fot. Krzysztof Wysocki

„Deskorolka jest zjawiskiem ponadczasowym i zawsze na topie” – wywiad z Bartoszem Adamowskim, kolekcjonerem deskorolek

17 kwi 2024
Dawid Balcerek

Sam mówi o sobie, że bliżej mu do deskorolkowego muzealnika niż kolekcjonera. W swoich zbiorach ma ponad 60 deskorolek, w tym pierwsze modele tzw. „łyżwo-deski”, które były produkowane w czasach głębokiego PRLu. Jego kolekcję mogliśmy zobaczyć już na kilku wystawach w kraju. Od ponad 10 lat prowadzi stronę skatehistoria.pl, gdzie promuje historie polskiego skateboardingu i nie tylko. Aktywny skate oraz promotor kultury, który o deskorolce wie chyba wszystko.

Chodzą słuchy, że masz największą kolekcję deskorolek w kraju. Prawda to czy fałsz?

Oj, to chyba nie prawda. Z tego co mi wiadomo najwięcej z nich ma Alex Kuczyński, ale on zbiera głównie współczesne modele i w zasadzie same blaty. Nie każdy to wie, ale deskorolki kupuje się na części i jak się łatwo domyślić, to blaty są ich najważniejszym elementem. Zarówno pod względem użytkowym, jak i artystycznym. Nic więc dziwnego, że wiele osób kupuje same blaty, aby ozdabiać nimi swoje mieszkania lub pracownie.

Ile masz desek w kolekcji?

W swojej kolekcji mam ponad pięćdziesiąt deskorolek, a może i już coś w okolicach sześćdziesięciu.

Taka ilość musi zajmować sporo miejsca.

Uwierz mi, że zajmują sporo miejsca, zwłaszcza, że to kompletne deskorolki. Do tego dochodzi sporo ram ze zdjęciami, archiwalnych plakatów i reszta gadżetów związana ze skateboardingiem. Na spokojnie mógłbym wywalić wszystkie rzeczy i meble z mieszkania i w ich miejsce wstawić całą kolekcję. Myślę, że nie zostałoby zbyt wiele pustego miejsca. Zresztą cały czas w moje ręce trafiają kolejne deski. Szczególnie teraz, gdy ludzie budzą się z zimowego letargu i zaczynają sprzątać swoje piwnice i garaże.

Czy masz w swojej kolekcji deskorolkę, którą sobie cenisz najbardziej lub z jakiegoś powodu darzysz specjalną sympatią? 

Każda deska ma jakąś swoją historię. Nawet jeśli przeleżała w szafie lub w piwnicy większość swojego istnienia, to jej bliźniacze egzemplarze używane były przez pierwszych “praskejtów”. Myślę, że udało mi się zdobyć większość modeli produkowanych w PRLu, czyli powiedzmy te pięćdziesiąt czy czterdzieści lat temu. Staram się nie zbierać tych desek z pobudek kolekcjonerskich, myśląc kategoriami, która jest najstarsza, która najdroższa, a na której jeździł jakiś legendarny zawodnik. Bliżej mi do deskorolkowego muzealnika niż kolekcjonera. Mam jednak kilka smaczków, które udało mi się zdobyć, jak np. blat szwedzkiej firmy Stree-Style, która na początku lat 90. otworzyła pierwszy w Polsce skateshop z prawdziwego zdarzenia.

fot. Krzysztof Wysocki

Czy właśnie jej nigdy byś nie sprzedał za żadne pieniądze?

Z historycznego punktu widzenia, ta deskorolka jest bezcenna. Rzadko się zdarza, aby deska z tamtych czasów zachowała się w tak dobrym stanie i w dodatku z oryginalnymi naklejkami informującymi o miejscu zakupu. Z reguły żywotność takich desek to jakieś dwa lub trzy miesiące ostrej jazdy. Potem się najczęściej łamią i kupuje się nowe blaty. Więc z pewnością, takich desek jest już niewiele. Jednak nie jestem zarówno do niej, jak i pozostałych, jakoś szczególnie mocno przywiązany – w takim materialnym znaczeniu. Studiowałem ochronę dóbr kultury i teraz to taka moja ochrona deskorolkowych dóbr kultury. Można zaryzykować stwierdzenie, że dla historii polskiej deskorolki, to taki odpowiednik Szczerbca lub Drzwi Gnieźnieńskich – „zabytek klasy zerowej”.

W swojej kolekcji masz deskorolki jeszcze z lat 70 i 80 z czasów świetlności PRLu. Jak wówczas wyglądał „skateboarding” w naszym kraju? Z archiwalnych filmów PKF z Twojej strony możemy się dowiedzieć, że przejazdy na „łyżwo-deskach” obywały się już w 79 roku!

Początki polskiego skateboardingu przypadają na połowę lat 70., czyli czasy pod rządami Edwarda Gierka. Można powiedzieć, że Polska otworzyła się wówczas na Zachód, co spowodowało, że wiele modnych wówczas rzeczy zaczęło trafiać do Polski, w tym deskorolki. Prywatne przedsiębiorstwa zaczęły kopiować deski z tworzywa sztucznego i produkować we własnych zakładach. Takim absolutnie kultowymi spotem, czyli miejscem, gdzie można było w tamtych czasach spotkać “praskejtów” był świeżo odbudowany Plac Zamkowy w Warszawie. W latach 70. nie mieliśmy jeszcze oficjalnego odpowiednika angielskiego słowa skateboard. Stąd “łyżwko-deski”, “nartowrotki” czy “deskowrotki”. Dobrze nam znana “deskorolka” przyjęła się dopiero na początku lat 80.

A w którym roku trafiły do Polski pierwsze deskorolki z zachodu, i jakie to były modele?

To jest bardzo trudne do określenia. Wiadomo, że już w połowie lat 60. pojawiła się w Warszawie amerykańska deskorolka Sidewalk Surfboard z metalowymi jeszcze kółkami, i była dwukrotnie mniejsza od współczesnych deskorolek. W ubiegłym roku miałem okazję trzymać ją w rękach. Jeśli jednak skupimy się na deskach z tak zwanej “pierwszej fali” polskiego skateboardingu, czyli z połowy lat 70., to deski trafiały do nas głównie z USA i Francji.

fot. Krzysztof Wysocki

Oprócz kolekcjonowania oczywiście również jeździsz na deskorolce. Używasz również deski z kolekcji? Jakie najbardziej sobie cenisz do jazdy i dlaczego?

Staram się na nich nie jeździć, chociaż czasem ciekawość zwycięża i próbuję sprawdzać, jak to mogło odbywać się dawniej. Współczesne deskorolki są bardziej ustandaryzowane i w zasadzie jeździ się wyłącznie na deskach wykonanych ze sklejki klonu kanadyjskiego. Dawniej była większa różnorodność w wykorzystywanych materiałach i przez wiele lat stosowano zarówno tworzywa sztuczne, jak i drewno. Osobiście jeżdżę na zwykłej deskorolce, czyli takiej z dwoma podgięciami z przodu i z tyłu, na której można wykonywać ewolucje w powietrzu, a także grindy lub slajdy, czyli ewolucje polegające na ślizganiu się po poręczach, murkach i ławkach. Oczywiście obecnie popularnych jest jeszcze sporo innych desek, jak na przykład rekreacyjne “fiszki” lub longboardy.

Jak aktualnie ma się deskorolka w Poznaniu na tle innych miast? Jak stoimy w ogóle z miejscówkami?

Scena deskorolkowa w Poznaniu zawsze miała się bardzo dobrze. Poznań miał szczęście do świetnych zawodników, którzy wyróżniali się na arenie ogólnopolskiej. Może nie pod względem zawodów, ale pod względem stylu i rozpoznawalności, to już jak najbardziej. Mamy jeden z najdłużej działających polskich skateshopów, czyli Miniramp mieszczący się przy ulicy Długiej. Można tam zawsze wpaść i poczuć deskorolkowy klimat, za co od początku odpowiada właściciel sklepu Wino, czyli Kuba Winowiecki.  Miejscem absolutnie kultowym dla lokalnych skejtów był niezwykle popularny w latach 90. Plac Wolności, który posiadał sporo murków i bardzo dobrą nawierzchnię. W wielu skatevideo (to takie filmy, które można określić jako rodzaj dokumentu sportowego) można natrafić właśnie na tricki wykonane w tym miejscu. Jego popularność zakończyła przebudowa na początku lat 2000. Okazuje się jednak, że Fontanna Wolności, również może być kreatywnie wykorzystywana, o czym świadczą wizyty w tym miejscu skejtów z różnych części Polski.

Jakie spoty w Poznaniu lub okolicach sobie cenisz i za co? Czy może brakuje takich miejsc?

Pewnie podobnie jak wielu innym skejtom z Poznania, szczególnie bliska mi jest fontanna naprzeciwko poznańskiej Opery oraz pomnik Armii Poznań przy ulicy Kutrzeby. Murki fontanny dostępne są tylko od listopada do kwietnia, kiedy nie jest jeszcze zalana wodą. Z kolei pomnik przy Kutrzeby to miejsce bardzo atrakcyjne do jazdy, ale podobnie jak w przypadku innych tego typu miejsc, łatwo o spotkanie z policją lub straż miejską. Jest też trochę skateparków, zarówno w samym Poznaniu, jak i w okolicznych miejscowościach. Jednak uliczne miejscówki z dobrą nawierzchnią i ciekawymi elementami drobnej architektury będą zawsze dla skejta bardziej atrakcyjne. Tym bardziej cieszą nas wszystkie nowe inwestycje w mieście, które dostarczają nam nowych, ciekawych spotów.

fot. Krzysztof Wysocki

Czy dzisiaj, jako społeczeństwo, które wychowało się już na co najmniej na dwóch pokoleniach deskorolki, możemy cały czas mówić, że deskorolka wciąż wzbudza kontrowersje? 

Od ostatnich igrzysk w Tokio, deskorolka to sport olimpijski. Mamy polską kadrę, wspieraną przez Ministerstwo Sportu, a nasi zawodnicy walczą o zakwalifikowanie się do tegorocznych igrzysk w Paryżu. Jednak oprócz tego “oficjalnego” pojmowania deskorolki, jest jeszcze cała ta warstwa “kulturotwórcza”, która nie pozwala traktować skateboardingu, wyłącznie jako sportu. Z naszego punktu widzenia, w sensie skejtów, jazda na deskorolce, to nie tylko zawody, ale także sposób życia, sposób wyrażania siebie, sztuki wizualne z nią związane, film, muzyka, wydarzenia artystyczne. To wszystko nie zawsze jest właściwie zrozumiane przez osoby z zewnątrz, a wiadomo, że taka nasza ludzka natura, że się bronimy przed tym, czego dobrze nie znamy.

Obecnie mamy mocny bum na lata 90., młodzież chętnie sięga do pop kultury tych czasów. Czy ma to również przełożenie na deskorolkę, która miała wówczas swoje złote czasy? Jak to widzisz?

Tak, to prawda. Od kilku lat mamy ogromny bum na kulturę lat 90. i 2000. Kiedy idę Półwiejską i mijam młodych ludzi, to większość z nich chodzi w szerokich ciuchach. Na przełomie wieków był to nieodłączny element związany z hip-hopem. Teraz niekoniecznie już tak jest. W przypadku skejtów to owszem od zawsze dominował szeroki styl, ale z nami skejtami, to już tak jest, że nosimy to co nam najbardziej odpowiada i to raczej skateboarding był dawniej wyznacznikiem stylu, w którym upatrywało się inspiracji. Zatem powracająca moda na buggy i szerokie ciuchy może świadczyć o tym, że jednak deskorolka jest zjawiskiem ponadczasowym i zawsze na topie.

Prowadzisz portal skatehistoria.pl, który jest poświęcony historii polskiej deskorolki. Nie brakuje Ci na rynku papierowych wydawnictw, jak Ślizg, Dosdedos lub Dizaster? Czy może dzisiaj taka forma prasy już nie ma racji bytu? Były próby reanimacji Ślizgu online, ale nawet to nie doszło do skutku. Czy deskorolka jest już tak mało popularna w Polsce czy to tylko oznak czasów?

Może zabrzmi to dziwnie, bo jako pasjonat historii powinienem być gorącym zwolennikiem prasy drukowanej, jednak z bólem serca muszę stwierdzić, że to przeżytek. Mam ogromny szacunek do ludzi, którym nadal chce się to robić i wiem, ile czasu i pracy to kosztuje w porównaniu do prowadzenia serwisu internetowego. Jako dzieciak chłonąłem wszystkie treści o tematyce deskorolkowej, które można było spotkać w prasie. Oprócz pism stricte deskorolkowych, jak INFOmagazine i Dizaster czytałem również lifestyle’owy Ślizg, ale z biegiem lat było tam coraz mniej treści, które mnie interesowały. Myślę, że podobnie jest z innymi czytelnikami. Internet daje nieograniczone możliwości wyboru treści i musimy się z tym pogodzić. Gorzej będzie w przypadku, gdy te treści zaczną z internetu znikać. Dla nas skejtów własne zdjęcie w gazecie było czymś wyjątkowym i myślę, że każdy, kto jeździ na deskorolce, chciałby znaleźć się na okładce „Trasher Magazine”, czyli najpopularniejszego pisma deskorolkowego na naszej planecie. Jednak dla wszystkich, którzy tęsknią za prasą drukowaną, mam na swojej stronie przygotowaną bogatą bibliotekę skanów!

Z okazji działalności swojej strony wypuściłeś kolekcję specjalnych blatów. Powiesz coś o tym więcej?

W lutym tego roku świętowałem dziesięciolecie swojej strony i z tej okazji przygotowałem okolicznościową serię desek, którą przygotowałem przy współpracy z Krzysztofem Wysockim, właścicielem manufaktury Wataha Skateboards, która w sercu Wielkopolski produkuje blaty do deskorolek. Wspólnie przygotowaliśmy deski w dwóch kształtach i umieściliśmy na nich pracę Emila Dery, który od wielu lat zawodowo przygotowuje grafiki na deskorolki.

fot. Krzysztof Wysocki

W zeszłym roku ruszyłeś po kraju z wystawą swoich deskorolek, które były połączone z dyskusją. Możesz powiedzieć, gdzie już byłeś i jak to wygląda? 

To był szalony rok. Odwiedziłem Opole, Toruń, Lublin i Warszawę, gdzie deski wiszą na stałe. Każde z tych miejsc było wyjątkowe. W Lublinie zrobiliśmy wystawę w tamtejszym centrum kultury, wpisanym do rejestru zabytków. Trzeba było przekonać panią konserwator, że to dobry pomysł i ostatecznie deski zawisły na wielkich ramach z siatką. Nie sądziłem, że spotka się to z tak dużym zainteresowaniem. Chciałbym, żeby projekt rozrósł się jeszcze bardziej i przybrał formę muzeum, nad czym wspólnie pracuję wraz w warszawskim skateparkiem Woodpark, w którym eksponowana jest cała wystawa.

Już wspominaliśmy lata 90. Jednak są rzeczy, których nigdy nie odtworzymy – czasy The Kids, VHSów i medialnych bohaterów typu Tony Hawk minęły bezpowrotnie. Jak w dzisiejszych czasach można zarazić młodych ludzi deskorolką?

Z deskorolką jest trochę jak z taką sinusoidą. Bywały okresy wielkiego zainteresowania i okresy stagnacji. Myślę, że obecnie mamy do czynienia z bardzo dużą popularnością deskorolki, jak nie największą w całej swojej historii. Dostęp do sprzętu jest ogromny. Nie trzeba mieć w swoim mieście stacjonarnego skateshopu, bo wystarczy internet. W przeciągu ostatnich 15 lat powstało w Polsce mnóstwo świetnych skateparków. Internet połączył nas wszystkich do tego stopnia, że faktycznie można poczuć, że wszyscy mieszkamy w globalnej wiosce. Dostęp do mediów społecznościowych i dzielenie się swoimi osiągnięciami w jeździe na desce sprawia, że nie musimy uczyć się tricków z filmów VHS, bo na YouTube jest mnóstwo poradników. Jeszcze nigdy dostęp do informacji nie był tak prosty i trzeba to wykorzystać.

fot. Krzysztof Wysocki

https://www.skatehistoria.pl/

https://www.facebook.com/Historia.Polskiej.Deskorolki/