Obecnie jest jedną z najbardziej rozchwytywanych DJ-ek w naszym kraju. Na polskiej scenie klubowej działa już ponad dwie dekady. Zaprawiona w klubowych bojach, gdzie pierwsze kroki stawiała w legendarnym Eskulapie. Na rozkładzie ma też zagraniczne kultowe miejscówki, takie jak Fabric w Londynie czy Tresor w Berlinie. Kilkanaście razy zagrała na jednej z największych imprez w kraju – Mayday Polska, co jest ewenementem na skalę międzynarodowej. Prywatnie psychofanka Depeche Mode i wielka miłośniczka muzyki poważnej. Legenda polskiej sceny techno, Carla Roca.
W przyszłym roku minie 25 lat od Twojego debiutu za konsoletą. Jesteś weteranką sceny klubowej. Masz spore doświadczenie i dużo pewnie widziałaś. Jak w ogóle się z tym czujesz?
Z tak dużym doświadczeniem i wiedzą można tylko czuć się świetnie. Moja sytuacja daje mi dużą pewność siebie w czasie występów i nie tylko. W ciągu tych wszystkich lat spotkało mnie już tyle różnych sytuacji, z którymi przyszło mi się zmierzyć, że nie umiem sobie wyobrazić już teraz czegoś, co mogłoby mnie zaskoczyć i z czym nie mogłabym sobie poradzić. Ponadto wieloletnia obserwacja rynku, zachowania klubowiczów, jak i promotorów, dała mi też wiedzę od strony psychologicznej, dzięki czemu sprawnie poruszam się w środowisku. Czuję się w tej branży jak przysłowiowa ryba w wodzie.
Czy po tylu latach żyjesz już tylko z grania?
Didżejka nigdy nie była moim zawodem, a jedynie zajęciem dodatkowym – hobby, na które zawsze poświęcałam dużo czasu. Żałuję bardzo, że już wiele lat temu nie postawiłam na muzykę i nie zaangażowałam się w ten temat na 100%, bo z muzyką związana byłam od urodzenia. Od 5 roku życia grałam na fortepianie i chodziłam do Szkoły Muzycznej, więc tak naprawdę można było się spodziewać, że muzyka będzie w moim życiu zawsze bardzo ważna. Obecnie zazwyczaj wykradam czas z innych zajęć, aby móc kontynuować temat didżejowania. Moja rodzina od początku raczej nie była zadowolona z tego, że gram i zawsze był nacisk na to, żebym miała inną pracę. Nie brałam więc tematu grania na poważnie, a teraz mogę jedynie żałować, że nie postawiłam na swoim, tym bardziej, że po kilku latach grania moja kariera zaczęła się rozwijać bardzo dobrze również za granicą. Musiałam przystopować ten kierunek i skupić się bardziej na sprawach innego rodzaju. Nie przypuszczałam też wtedy, że ta branża może się z czasem tak rozwinąć, że będzie można z tego żyć i to tak naprawdę do emerytury.
Tyle lat w branży to ponad dwa pokolenia słuchaczy. Jak oceniasz zmiany, które zaszły w tym czasie na scenie? Co Twoim zdaniem miało duży wpływ na rozwój branży muzyki elektronicznej? A co miało ten zły wpływ?
Zmiany, które zaszły na scenie przez te lata są potężne. Począwszy od nośnika, z którego grają DJ-e, przez jakość sprzętu i nagłośnienia w klubach, przez dostępność muzyki oraz gwiazd z zagranicy, nowe możliwości promocji imprez i samych DJ-ów. Wszystko poszło do przodu, wszystko jest dostępne i na wyciągnięcie ręki dla niemal każdego.
Duży wpływ na rozwój branży miał na pewno też szerszy dostęp do narzędzi, które dają możliwość tworzenia muzyki. Nie można też oczywiście nie wspomnieć o roli mediów społecznościowych, wraz z którymi przyszły nowe możliwości promocji. Tutaj akurat mamy pozytywny i negatywny wpływ na rynek muzyczny. Plus, że łatwiej dotrzeć do odbiorcy swojej twórczości, a minus, że socjale również wykorzystywane są przez ludzi, którzy niewiele sobą reprezentują. Np. są kiepskimi DJ-ami czy muzykami, a postać, którą kreują za pomocą mediów, zdjęć i filmów jest bardziej fikcją niż prawdą. To sprawia, że niestety czasem tupet, pieniądz czy ładna twarz są czynnikami, które decydują o tym, kto zyskuje popularność i uwagę słuchaczy. A niestety ludzie bardziej utalentowani i autentyczni mają cięższą, bardziej wyboistą drogę do przebycia i zdecydowanie dłuższą.
Ostatecznie też bywa tak, że fejkowe kariery szybciej się wypalają, a na scenie zostają osoby, które faktycznie zapracowały na swój sukces.
Przykrym zjawiskiem ostatnich lat jest też wysyp DJ-ów, którzy udają producentów. Jest to już nagminne i bardzo mnie przeraża skala tego zjawiska. Wielu znanych DJ-ów chwali się „swoimi” produkcjami, które w rzeczywistości zrobił za nich ghost producer, a oni co najwyżej wymyślili do tych numerów tytuł. Zastanawia mnie zawsze, jakim trzeba być człowiekiem, aby nie mieć żadnych oporów i wstydu, żeby robić coś takiego. Temat zmian w branży jest tak szeroki, że można by napisać o tym osobny artykuł. (śmiech) Reasumując, zmiany ogólnie poszły w bardzo dobrym kierunku. Oceniam je pozytywnie i według mnie, branża muzyki klubowej dobrze teraz prosperuje.
Carla Roca cały czas wierna techno. A prywatnie, jako słuchaczka, jakiej muzyki lubisz posłuchać w domu? Jak wspominałaś w jednym z wywiadów, kiedyś spędzałaś po kilka godzin przy fortepianie – to trochę daleko od techno.
Ze względu na to, że w mojej rodzinie od pokoleń byli muzycy, to muzyka poważna towarzyszyła mi od urodzenia. Dziadek grał na skrzypcach, babcia na fortepianie, mama jest dyrygentem oraz całe życie zawodowe poświęciła ucząc w Szkole Muzycznej Fortepianu. Kończyła też skrzypce. Brat też na nich grał. Ja chodząc do szkoły muzycznej, byłam zawsze otoczona przez dźwięki instrumentów klasycznych i regularnie chodziłam na koncerty lub sama na nich występowałam. Słuchałam klasyki także w domu. Jestem od zawsze wielką miłośniczką muzyki Mozarta, Bacha i Chopina. Nie każdy niestety ma szansę docenić, jak wielkich emocji dostarcza muzyka poważna, bo nie ma nawet możliwości zabrnąć aż tak daleko, żeby się z tą muzyką i jej brzmieniem oswoić.
Co do muzyki elektronicznej, to również towarzyszyła mi całe życie. Od jej początków, przez różne etapy jej rozwoju. Zawsze jej słuchałam, bo jej dźwięki były dla mnie niebywale intrygujące i tajemnicze. Od dziecka byłam też fanką Depeche Mode i już od szkoły podstawowej w 93 roku jeździłam za nimi na koncerty. Ich muzyka, teksty piosenek, jak i samo bycie depeszem miały duży wpływ na kształtowanie mojej osobowości. Depeche Mode towarzyszy mi do dziś i tak już pewnie zostanie na zawsze. Trochę to wszystko może się wydawać niespójne z tym co gram, jednak we mnie gdzieś głęboko drzemie wulkan energii i grając techno mogę się naprawdę wyżyć i uwolnić trochę tej energii. Czuję poza tym niesamowitą jedność z tą muzyką. Techno działa na mnie jak lekarstwo na wszystko. Grając techno – w pewnym sensie – uzdrawiam się i wyrównuję poziomy energii. Znika zmęczenie i dzieje się coś magicznego, czego nawet nie umiem opisać. Nie mogłabym grać innego gatunku. Ale przyznam się, że poza przesłuchiwaniem nowych tracków w tygodniu, kiedy szukam materiału na kolejne sety – albo poza imprezami, na których gram – to rzadko włączam techno, a już na pewno nie zdarza mi się przesłuchiwać setów innych DJ-ów. Prawdopodobnie też ze względu na brak wolnego czasu.
To pewnie nasłuchasz się przy stole podczas obiadu rodzinnego, zamiast grać koncerty w filharmoniach, to Ty sobie puszczasz muzykę na imprezach. (śmiech)
Może Cię teraz zaskoczę, ale np. moja mama – mając świadomość realiów życia muzyka – właśnie nie chciała, żebym w ogóle wiązała swoje życie zawodowe z muzyką i graniem na czymkolwiek. (śmiech) Gra na instrumencie i obcowanie z muzyką poważną daje możliwość dużego rozwoju intelektualnego i też wzmocnienia pod względem samodyscypliny i siły charakteru. Myślę, że o to najbardziej chodziło rodzicom, kiedy w dzieciństwie wysłali mnie do szkoły muzycznej.
Jakiś czas temu publikowaliśmy artykuł o kultowych miejscówkach,, których już nie ma na klubowej mapie Poznania. A Ty, który klub lub cykl imprez najlepiej wspominasz?
Jako poznanianka nie mogę odpowiedzieć inaczej – Eskulap. Odbywały się tam niesamowite imprezy, zawsze ze wspaniałymi ludźmi i klimatem. Najlepiej wspominam cykl organizowany przeze mnie, czyli Black Point Night, który odbywał się tam w latach 2002-2009. Nie omijałam też imprez z cyklu Tresor Night oraz Hypnotic Experience, organizowany przez Epixa.
A w kraju?
Biorąc pod uwagę całą Polskę, to chyba żaden klub nie ściągał tylu ludzi z całego kraju jak klub Kanty w Jaworznie. Byłam tam przez wiele lat niemal w każdy ostatni piątek miesiąca. Wtedy odbywały się tam imprezy techno, a ja pojawiałam się tam jako klubowicz, potem jako też DJ, a na końcu również jako rezydentka tego klubu. O znaczeniu tych dwóch miejsc dla ludzi i rozwoju clubbingu w Polsce można napisać prace naukową. (śmiech)
Na łamach polskiego labelu Dual Force Records ukazał się Twój remix kawałka „Overload” – Maxa Treshera. Jak do tej pory jest to Twoja jedyna produkcja. Biorąc pod uwagę Twój muzyczny backgrodund nachodzi pytanie, dlaczego tak mało produkujesz? Wiążesz w przyszłości plany z produkcją muzyki?
Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Jak do tej pory wydałam tylko ten jeden numer, ponieważ nie mam czasu skupić się na produkcji. I gdyby Max Tresher mnie mocno nie przycisnął, to i tego jednego by nie było. Jak wspominałam już wcześniej, bycie DJ-em i wszystko inne, co jest związane z muzyką – to są moje dodatkowe zajęcia. W tygodniu mam inną pracę. Nie można też pominąć istotnego faktu, że mam rodzinę – syna, który chodzi do szkoły, a więc pełnię też rolę mamy. Do tego zajmuję się domem i mam wiele obowiązków, które i tak wypełniają mi każdy dzień na full. To, co udaje mi się „wyrwać” każdego dnia, aby spełniać się też w roli DJ-a, często okupione jest zarywanymi nocami, przemęczeniem, nieraz nawet frustracją. Jako jedna z najbardziej rozchwytywanych DJ-ek w Polsce, tematów związanych z samym graniem mam już tyle, że mogłabym obdzielić nimi co najmniej jeszcze dwa etaty. Mimo tego, że cały czas pracuję 7 dni w tygodniu – od rana do nocy na pełnych obrotach – nie wszystkie moje plany i marzenia jestem w stanie realizować. Jako osoba z wykształceniem i doświadczeniem muzycznym mam już dużą wiedzę na temat produkcji i kompozycji muzyki. Mam solidne podstawy, których nie jeden producent mógłby mi pozazdrościć. Kończyłam też w Londynie produkcje w Point Blank Music College. Od lat ćwiczę swoje umiejętności m.in. w Abletonie. Dwa lata temu kupiłam mieszkanie, w którym mam studio, gdzie mogę swobodnie pracować nad muzyką – oczywiście jeśli mam na to czas. Dlatego dużymi krokami zbliża się już moment, kiedy to wszystko wystartuje u mnie na dobre i wtedy będę nie do zatrzymania. (śmiech)
W tym temacie postawiłam na uczciwość i samodzielność. Nie będę kupować kawałków, pod którymi trzeba się tylko podpisać. Dlatego musi to siłą rzeczy trochę potrwać. Nauka produkcji to też lata pracy. Nie rozumiem, jak ludzie mogą myśleć, że ktoś kto gra od roku i nie ma żadnej przeszłości na gruncie muzycznym, jest w stanie nagle wypuścić super produkcję. To nierealne.
Wracając do moich planów w tym temacie, to w mojej pracy zawodowej kończy się niedługo kilka ciężkich projektów i myślę też nad tym, że będzie to moment mojego przejścia zawodowo na stronę muzyczną. Tak więc, będę w końcu mogła się bardziej zaangażować – zarówno w granie jak i produkcję.
Pracuję także nad własnymi kursami didżejskimi, które chciałabym uruchomić w ciągu najbliższego roku. Ludzie stale proszą, żebym podzieliła się z nimi swoim doświadczeniem i specjalistyczną wiedzą. Wierzę, że posiadam unikalne kompetencje i mogę przekazać wiele cennych informacji, do których dostęp ma na ten moment niewiele osób w Polsce. Poza latami doświadczenia i praktyki, brałam też udział w kilkumiesięcznym mentoringu w międzynarodowej agencji bookingowej pod okiem managerki DJ Anny, Samy Abdulhadi czy Victora Ruiza. Wspaniale będzie dalej przekazywać tę wiedzę. Jest to wiedza bardzo unikatowa na naszym polskim rynku. Miało być o kawałku, a poszło trochę dalej w tej mojej odpowiedzi. (śmiech) Jednak clue jest takie, że kawałek jest jeden, ale będzie wkrótce dużo więcej! Amen.
Czy zastawiałaś się nad rozwojem sceny elektronicznej? Jaka może być granica, biorąc pod uwagę koszty festiwali oraz gaże artystów? W Berlinie już pojawiają się głosy niezadowolenia i powrotu do korzeni.
Jeżeli artysta/DJ robi świetną robotę, wspaniale gra, rusza ludzi na parkiecie, przyciąga tłumy na swoje występy, dostarcza całym sobą najwyższą wartość i jakość – to nie rozumiem, dlaczego nie miałby być za to odpowiednio wynagradzany. Jeśli ściąga ludzi na imprezę, to klub i organizator zarabiają swoje na biletach i na barze. Kluby raczej nie płacą wielkich stawek DJ-om, na których przychodzą garstki osób. Trzeba też spojrzeć, jak to wygląda od strony DJ-a. Taka rozchwytywana osoba jest cały czas w trasie, poświęca życie prywatne oraz często zdrowie dla takiego stylu życia i kariery. Oni ciężko pracują – cały czas jeżdżą po świecie i grają po 3 imprezy w tygodniu. Nie wiem ilu osobom chciałoby się prowadzić taki tryb życia przez dłuższy czas – do tego w takim tempie i napięciu. Każdy ma prawo do wyceny swojej pracy i jej wartości według swojego uznania. A jeśli kluby i festiwale akceptują wysokie stawki, to znaczy, że znają wartość danego artysty i świadomie się na nie zgadzają.
Kolejna sprawa to fakt, że DJ-e, którzy grają zawodowo na dużą skalę, mają za sobą sztab ludzi, którzy pracują razem z tym artystą nad wieloma aspektami. Z gaży DJ-a opłacany jest też cały team, który dba o to, żeby wszystko w ogóle mogło sprawnie funkcjonować, np. manager, agent, tour manager, fotograf czy człowiek od social mediów. To tylko część takiej standardowej ekipy gwiazdy dużego formatu.
Poza gażą DJ-ów, następną sprawą w temacie kosztów są rosnące wymagania i oczekiwania publiczności. Chodzi o produkcję wydarzeń, czyli strony wizualnej i nagłośnienia oraz standardów, jakie panują na festiwalach i imprezach. Ludzie chcieliby teraz mieć wszędzie najlepsze nagłośnienie, światła, wizuale, hologramy… Coraz więcej, coraz lepiej. Nawet jeśli coś było hitem i sensacją, to już po 3 latach są oczekiwania, żeby było coś nowego, żeby coś zaskoczyło, żeby było wow! A to wszystko kosztuje ogromne pieniądze.

Wracając do korzeni, tanich biletów, undergroundowych i nieznanych DJ-ów – jednocześnie trzeba byłoby zrezygnować z tych wszystkich bajerów, za które dotychczas się płaciło. Wyobrażacie to sobie? Np. Tomorrowland bez całej swojej oprawy i scenografii, która stwarza właśnie charakterystyczny klimat tej imprezy? Przecież jest dużo takich festiwali organizowanych budżetowo, za małe pieniądze. Dlaczego nie ma tam ludzi? Dlaczego te festiwale upadają i znikają po kilku latach działania i dokładania do nich pieniędzy przez samych organizatorów? Nie wiem czy ludzie są w stanie obniżyć swoje oczekiwania wobec tego, co zobaczą i usłyszą na imprezach „po powrocie do korzeni”. Ten temat można jeszcze dłużej rozbierać na czynniki pierwsze, ale powrót do korzeni już nie wypali.
W zeszłym roku obyło się 25-lecie Mayday, bliskiej Twemu sercu imprezy. Powspominajmy trochę…
Mayday jest mi szczególnie bliski, ponieważ jestem z tą imprezą związana już od 23 lat. Pierwszy mój występ miał miejsce w 2002 roku i było to już na samym początku mojej kariery. Do tej pory zagrałam już kilkanaście razy, co jest też ewenementem na skalę międzynarodową. Zdarzyło się też, że w ciągu jednego roku udało mi się zagrać trzy razy, bo oprócz polskich dwóch edycji – w 2023 i 2024 roku – miałam również występ na Mayday Dortmund w Westfallenhallen, które odbyło się w kwietniu zeszłego roku. Bardzo cieszę się z tego, że jestem tak doceniana przez organizatorów i że darzą mnie takim zaufaniem. Jest to wyjątkowa impreza i jedyna, która odbywa się nieprzerwanie od tylu lat! Jedyna, która ma też tak bogatą historię hymnów z każdej edycji, które stanowią ważny element klimatu i odczucia, że to jednak nie jest zwykła impreza, a coś więcej. Każda edycja jest perfekcyjnie zorganizowana i dopięta na ostatni guzik. Ludzie przyjeżdżający z całej Polski stanowią jedną, wielką rodzinę, co daje się odczuć poprzez panujący klimat. I to nie tyko 10 listopada w Spodku, ale i przez cały rok, kiedy spotykam fanów Mayday w innych miejscach i klubach w Polsce. Ostatnia impreza, czyli 25-lecie było fantastyczne, a już kilka dni przed imprezą był sold out biletów. To o czymś świadczy. Granie na Mayday to wspaniałe doświadczenie i mam nadzieję, że będę miała szansę zagrać tam jeszcze niejeden raz.
Jakiś czas temu miałaś przerwę w graniu. Chcesz o tym powiedzieć?
Moja przerwa w graniu trwała około roku i była spowodowana moją ciążą oraz urodzeniem syna. Wcześniej, jedynie przez dwa lata, ograniczyłam swoje występy z dwóch powodów. Po pierwsze -chciałam grać techno, a wówczas techno było zepchnięte na dalszy plan na rzecz electro i minimalu. Nie chciałam zmieniać swojego stylu, tylko po to, żeby zachować ciągłość bookingów. Nie było mi to do niczego potrzebne. Po drugie – wyprowadziłam się do Londynu. Między innymi właśnie po to, żeby uczyć się produkcji w Point Blank Music College i rozwijać w innych dziedzinach życia.
Jak oceniasz „kontrowersyjne” zaproszenie Tiesto na Audoriver? Co sądzisz o tym ruchu organizatorów?
Jestem w stanie zrozumieć, że festiwal chce się rozwijać w różnych kierunkach i kierować swoją ofertę do większego grona osób. Być może wcześniejsze lata pokazały, że to, co było do tej pory, nie przyniosło jednak zakładanych rezultatów. Należy pamiętać, że festiwale tego formatu to już nie tylko zabawa i chęć osiągnięcia satysfakcji przez organizatora. To już jest duża odpowiedzialność i na pewno wiele analiz i badań stoi za takimi, a nie innymi decyzjami. Chcielibyśmy wszyscy, aby muzyka nie była w żaden sposób zależna od pieniędzy i biznesu, jednak niestety już dawno muzyka to wielki biznes i widać to na każdym kroku. Widzimy to choćby po tym, jak ważny wpływ na kompozycję, formę i brzmienie utworów mają algorytmy oraz statystyki Spotify.
Gdzie usłyszymy Cię w najbliższym czasie w Poznaniu?
Już 12 kwietnia pojawię się w klubie HUB, gdzie zagra również Olivier Huntemann, a 23 maja w Tamie, na imprezie Rave the Planet Clubshow.
Luźne pytanie na koniec. Masz nieograniczony budżet i robisz swój festiwal. Wymień 3 Twoich headlinerów.
Może nie na jednej scenie, ale na pewno chciałabym usłyszeć kilkugodzinny set Richiego Hawtina. Mimo że muzycznie to nie do końca mój gust, to miło byłoby popatrzeć na ogień i energię I hate models. Nie wiem kogo jeszcze. (śmiech)