„Malarz” – tak o sobie mówi lider zespołu Armia, ale też człowiek, który zakładał legendarną Siekierę. Puławianin, który osiedlił się lata temu na Winogradach, jest osobą skromną, mimo że jest kojarzony przez większość fanów rocka w naszym kraju. Jest znany jeszcze z takich projektów jak 2TM23, Trupia Czaszka czy Rimbaud.
Często rozmowy z Tobą zaczynają się od zdania: „Nie chciałbym zacząć od czegoś banalnego”. Ja pójdę pod prąd i zacznę właśnie w prosty sposób. „Jestem bardziej malarzem niż muzykiem” – tak zawsze o sobie mówisz. Ludzie znają Cię jednak przede wszystkim jako muzyka. Dlaczego tak się stało, że jesteś kojarzony głównie z muzyką, a nie z malarstwem?
Od dziecka najwięcej radości sprawiało mi rysowanie i malowanie, dlatego naturalne było dla mnie liceum plastyczne, a potem studia na historii sztuki. Tak wyobrażałem sobie moją przyszłość i tak zwane dorosłe życie. Ja uważam się przede wszystkim za malarza. Muzyka przyszła do mnie niespodziewanie i w sposób czarodziejski, jak miałem mniej więcej 7 lat. Podczas wakacji u babci bawiliśmy się z innymi dziećmi w chowanego. Ukryłem się za jakimś krzakiem, pod oknem domu sąsiadów. Okno było otwarte i wydobywała się z niego jakaś niezwykle piękna muzyka. Ja tak siedziałem w kucki i słuchałem tej cudownej muzyki do końca, kompletnie zapomniałem, że bawimy się w chowanego. Dziś, jak to wspominam, wydaje mi się, że mogłaby to być któraś sonata Debussy’ego. To było bardzo ważne wydarzenie w moim życiu. W mojej rodzinie nie było żadnych muzycznych tradycji, w domu nie było żadnych instrumentów. Byliśmy ubodzy, ale mieliśmy radio i tam po raz pierwszy usłyszałem Pink Floyd i Joy Division. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że sam będę grać czy śpiewać. To, że zacząłem śpiewać w zespole, to był przypadek. Jako nastolatek najpierw przebierałem się za hipisa, a później za punkowca, słuchałem bardzo dużo muzyki. Punk nie wymagał wielkich umiejętności – jak to śpiewa Patyczak: „trzy akordy i darcie mordy”. Zespół Siekiera powstał w sposób spontaniczny, że się tak wyrażę – na podwórku pod blokiem.
Ale jednak Twoja droga zaczęła się od muzyki.
No nie, od muzyki… Jak wcześniej powiedziałem, zawsze uważałem się i dalej uważam za malarza. Jak założyliśmy Siekierę, to najpierw graliśmy covery: Exploited, UK Subs czy Discharge – można powiedzieć, uczyliśmy się dopiero grać. Nie tak od razu stworzyliśmy własny repertuar. W końcu trafiliśmy na Festiwal do Jarocina w 1984 roku i wystąpiliśmy w konkursie. Nasz koncert trwał dwadzieścia minut, ale radykalnie zmienił moje życie. W jednej chwili ten „zespół znikąd” – tak o nas mówiono – stał się gwiazdą polskiego rocka.
No tak – legendarna Siekiera na Jarocinie…
Pamiętam, że ludziom po prostu opadły szczęki. Graliśmy bardzo prostą i bardzo brutalną muzykę z dość ekscentrycznymi, artystycznymi tekstami. Nie spodziewaliśmy się, że zrobi to tak kolosalne wrażenie.
Nie była to jednak długa przygoda.
Bardzo szybko opuściłem ten zespół. Gdy Robert Brylewski i Sławek Gołaszewski dowiedzieli się o tym, od razu zaproponowali mi współpracę. Mogę powiedzieć, że spełniło się wtedy moje marzenie z dzieciństwa, mogłem tworzyć i śpiewać to, co mi naprawdę w duszy gra. W Siekierze było to niemożliwe. Dlatego odszedłem. Tak powstał zespół Armia, w którym śpiewam do dziś.
Czyli muzyka była przypadkiem, a malarstwo – Twoim naturalnym wyborem?
Dokładnie tak. Jeśli miałbym wskazać dziedzinę, w której wyrażam się najpełniej, to jest to właśnie malarstwo. Oczywiście piszę też własne teksty, które dotyczą moich przeżyć, ale najgłębiej wyrażam się właśnie poprzez sztukę. Jest to dla mnie bardzo naturalne i nie wymagające jakiejś, nie wiadomo jakiej, „artystycznej pozy”.
A jak wyglądało zaistnienie jako malarz? W latach 80. to musiało być trudniejsze niż dzisiaj.
W latach osiemdziesiątych to ja byłem jeszcze bardzo młody i na początku swojej artystycznej drogi. To były dopiero poszukiwania własnego stylu i języka. Aby zaistnieć, trzeba być w jakimś szerszym, artystycznym środowisku, np. na akademii sztuk pięknych w dużym mieście, a ja mieszkałem w Puławach i moje obrazy widziało tylko kilku znajomych. Pierwszą wystawę miałem dopiero jakieś 25 lat temu na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie wcześniej studiowałem przez rok historię sztuki. Sprzedałem nawet jeden obraz, kupił go mój przyjaciel Wojcek Czern z zespołu „Za siódmą górą”.
To w jaki sposób pokazujesz światu swoje obrazy?
Mam stronę w internecie, gdzie można zobaczyć moje obrazy i grafiki, a od czasu do czasu ktoś zorganizuje mi wystawę. Nie wystawiam w galeriach i nie istnieję na żadnym „rynku sztuki”. Nigdy nie miałem ambicji, żeby się „sprzedawać”. Maluję, bo mam taką wewnętrzną potrzebę, a jak ktoś bardzo chce mieć mój obraz na ścianie, to się z nim mogę prywatnie umówić.
Czy powiedzieć, że malarstwo i muzyka się u Ciebie uzupełniają i mają na siebie wzajemny wpływ?
Zdecydowanie tak. Malarstwo wpływa na moją muzykę, bo ja postrzegam świat obrazami. Teksty, które piszę, są jak opisy plastycznych wizji – to nie są jakieś filozoficzne idee czy komentarze do aktualnej rzeczywistości, tylko moje duchowe obrazy. Michał Jacaszek, z którym często współpracuję, powiedział kiedyś, że muzyka Armii jest muzyką ilustracyjną. Nie może być inaczej, bo to jest po prostu muzyka tworzona przez malarza.
Malujesz w ciszy czy przy muzyce?
Malowanie to jest prawie kontemplacja, ale ja zawsze maluję przy muzyce – mógłbym oczywiście pracować w ciszy, ale nie mogę się powstrzymać, żeby czegoś nie posłuchać. Najczęściej słucham klasyki: Bacha, Debussy’ego, Chopina. Bacha słucham codziennie, nie wyobrażam sobie dnia bez niego, jego muzyka ma właściwości, że się tak wyrażę – lecznicze. Sakralizuje się przestrzeń. Rocka słucham rzadziej, ale czasem sięgam. Nie jest tak, że gram w rockowym zespole i nie obchodzi mnie, co się dzieje. Np. ostatnio bardzo spodobała mi się nowa płyta The Young Gods – Appear Disappear.
Czy wg Ciebie sztukę trzeba w jakiś sposób rozumieć?
Dla mnie sztuka to bardziej kwestia czucia, a nie rozumienia, ponieważ sztuka nie jest skierowana do intelektu, tylko o wiele głębiej, do duszy ludzkiej. Tam następuje to tajemnicze spotkanie, ta rozmowa dusz. Wzruszenie i zadziwienie. Obraz albo cię porusza, albo nie. Odbiór sztuki jest całkowicie subiektywny. Dlatego tak zwana „krytyka sztuki” jest w zasadzie czymś dziwnym i z lekka podejrzanym. Van Gogh powiedział, że celem sztuki jest miłość bliźniego. Ja się trzymam tej starożytnej platońskiej zasady, że w sztuce musi być piękno, dobro i prawda. Chciałbym, aby człowiek przez kontakt z moimi obrazami czuł się kochany. To samo staram się robić w Armii. Tu chodzi o to, aby wyrazić to, co jest tak naprawdę niewyrażalne.
Ile zajmuje Ci namalowanie obrazu?
Maluję dość szybko, zrywami, czasami kilka obrazów naraz. Używam techniki akrylowo-olejnej. Podmalówki robię akrylami, dzięki czemu obraz szybko schnie i tak to idzie…
A jak rozpoznajesz moment, w którym obraz jest już skończony?
W procesie twórczym przychodzi taki moment, że obraz zaczyna żyć jakby własnym życiem. Paul Klee mówił, że w pewnym momencie obraz na niego „patrzy”, a kiedy obraz zaczyna patrzeć, wiadomo, że wtedy dopiero jest skończony. To tak jak prawosławna ikona, która „patrzy” na ciebie. Ale to jest okno do Nieba. To są ciekawe intuicje, bo nawet Nietzsche mówił, że „kto patrzy w otchłań, musi bardzo uważać, bo otchłań też patrzy na niego”. Sztuka jest działalnością duchową i w niej przenikają się światy. Dlatego istnieje według mnie coś takiego jak odpowiedzialność artysty. Od tego momentu, kiedy obraz jest skończony, każdy może go interpretować po swojemu. Tak jakby nie należy już do mnie.
Nie chciałeś być muzykiem, nie masz wykształcenia muzycznego, a mimo to stworzyłeś kawał muzyki, która dziś jest uznawana za kultową. Jak to możliwe?
Ja po prostu byłem trochę muzykalny i miałem to szczęście, że grałem ze znakomitymi muzykami. To jest naprawdę wielkie szczęście i zaszczyt. Gdy powstawała płyta Armii „Legenda”, nikt z nas nie przypuszczał, że stanie się ona czymś ważnym dla tylu ludzi. To jest wielka tajemnica sztuki.

Masz ponad 60 lat i jak sam twierdzisz, jesteś w świetnej formie wokalnej. Jak zmieniało się Twoje podejście do śpiewania na przestrzeni lat?
Na początku, ponad 40 lat temu, złapałem mikrofon i starałem się naśladować wokalistę z zespołu Discharge, który bardzo dobrze darł ryja. Chyba nawet nieźle mi z tym szło. Z czasem sam nauczyłem się panować nad swoim głosem i teraz robię pewne rzeczy świadomie. Nigdy nie brałem żadnych lekcji śpiewu, jestem samoukiem. Wydaje mi się, że teraz jestem w najlepszej formie wokalnej w życiu. Wyrobiłem się, bo śpiewam psalmy jako kantor w chrześcijańskiej wspólnocie. A psalmy egzorcyzmują rzeczywistość.
Czy to oznacza, że wcześniej wszystko działo się spontanicznie?
Dokładnie, wszystko wychodziło spontanicznie. Teraz potrafię świadomie kontrolować swój instrument – gardło. Dzięki temu mogę wytrzymać dwugodzinny koncert zespołu Armia, który jest bardzo energetyczny.
Jak wygląda to w kontekście wieku?
Ja mam 63 lata i to, że wytrzymuję tak długi koncert muzyki, jak to się mówi, czadowej, to jest dla mnie jakiś cud. To oczywiście takie starcze podrygi… Ale ja cały czas bardzo to lubię, po prostu lubię śpiewać w zespole Armia.
Czy Twoje podejście do muzyki zmieniło się również pod względem treści i twórczości?
Wystarczy posłuchać płyt, które nagrałem przez te 40 lat. Ja jestem artystą niezależnym i nikt mnie nie zmusi do tego, abym śpiewał coś, czego nie czuję. Nagrywam bardzo różne rzeczy w różnych składach, bo w jednej szufladce bardzo szybko bym się znudził. Sztuka jest dla mnie czymś tajemniczym i fascynującym, dlatego swoją twórczość określam jako bajkową. Nigdy nie wydałem na płycie utworu, który by mi się nie podobał, dlatego trudno mi na przykład powiedzieć, która płyta Armii jest moją ulubioną. Ja bardzo wziąłem sobie do serca to, co papież Jan Paweł II powiedział kiedyś o powołaniu artysty, że powinien być jak ten pies, co liże rany Łazarza. Bo istnieje Prawda, której nie da się ukryć, to wołanie, które słyszy każdy człowiek gdzieś w swoim sercu. O tym właśnie śpiewam na nowej płycie Armii „Wojna i Pokój”, którą wydaliśmy w tym roku. Jestem szczęśliwy, że mogę to robić, bo ja chcę tylko przekazać, że życie ma sens, a miłość jest możliwa.
Nigdy nie byłeś osobą, która próbuje kontrowersyjnie zaistnieć w mainstreamie, jak na przykład Maciej Maleńczuk, który dzięki swojemu wizerunkowi sprzedaje całe duże sale koncertowe?
Mnie to nie interesuje, ja chcę spokojnie pracować i móc śpiewać, co chcę, bez cenzury i przymusu. Nie mam ochoty nikogo udawać i nie dążę do jakiejś „doskonałości”. Nie lubię występować na dużych festiwalach. Zdecydowanie wolę koncerty klubowe lub małe festiwale, takie jak np. Rock na Bagnie, gdzie atmosfera jest wyjątkowa. Ja lubię widzieć z bliska ludzi, dla których śpiewam. To mi daje siłę i satysfakcję, bo moja sztuka jest skierowana do kogoś, nie jest jakąś wydumaną i abstrakcyjną ideą – sztuką dla sztuki. Nie potrzebuję wiele do szczęścia. Sam fakt, że ktoś jest wzruszony moim śpiewaniem, jest dla mnie wystarczającą nagrodą.
Czy w ostatnich latach był jakiś okres, który wpłynął szczególnie na Twoją twórczość?
Tak. Pandemia. Było wtedy bardzo dużo czasu do poważnej refleksji egzystencjalnej i duchowej. To bardzo odbiło się na mojej twórczości, bo pracowałem wtedy nad płytą solową i kolejną płytą Armii. To było jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, bo nagle człowiek odkrywa swoją bezsilność i to, jak bardzo niewiele od niego zależy. To jest bardzo dobre, bo przywraca człowiekowi jego prawdziwe wymiary. Nagle wiele rzeczy okazuje się niepotrzebnych, zostaje to, co prawdziwe i naprawdę ważne. Miłość i jedność. Moja żona wpadła na pomysł koncertów domowych, które publikowaliśmy, najpierw codziennie, a potem co tydzień, na YouTube. Było tego prawie sto… Dużo się wtedy modliłem i doświadczyłem, że Bóg nie opuszcza grzesznika. Dzięki temu przeżyłem ten czas bardzo kreatywnie, miałem też źródło dochodu, bo ludzie pytali się o obrazy.

A Twój solowy projekt? Raczej nie działasz z nim prężnie.
Nagrałem już cztery płyty solowe. Ostatnia „Pod wulkanem” ukazała się dwa lata temu. Koncertów solowych jest mało, może trzy razy w roku, ale bardzo je lubię, bo mogę grać własną muzykę akustyczną, trochę w innym stylu niż Armia. To jest dla mnie niesamowita przygoda, otwarcie na nowe horyzonty i współpraca w niezwykłymi artystami, takimi jak na przykład Michał Jacaszek.
A w Poznaniu, gdzie fajnie się gra?
Dobrze mi się gra w Blue Note, tamtejsza sala bardzo dobrze brzmi.
Przez Twoje życie przewinęło się wielu muzyków, ale chciałbym skupić się na dwóch osobach, które najbardziej na Ciebie wpłynęły – Sławek Gołaszewski i Robert Brylewski.
To są współzałożyciele zespołu Armia i osoby, które miały największy wpływ na mój rozwój muzyczny. Szczególnie inspirujące było dla mnie spotkanie ze Sławkiem Gołaszewskim, który był filozofem z wykształcenia i pracował też jako dziennikarz w radiu. Potrafił w bardzo ciekawy sposób uzasadnić to, co wspólnie robiliśmy. On był wzruszającym, mistycznym poetą. Jego wpływ na mnie był ogromny i bardzo wiele mu zawdzięczam. Mogę powiedzieć, że w jakimś sensie jestem jego uczniem.
A Robert Brylewski?
Robert stworzył unikalne brzmienie Armii, to znaczy w jakiś przedziwny sposób zaadaptował technikę dub z reggae do hardcore’owej muzyki, którą graliśmy na początku. Dzięki temu powstał naprawdę wyjątkowy i bardzo oryginalny sound – nie ma drugiego tak brzmiącego zespołu. To byli wspaniali i szlachetni ludzie.
Śledzisz poznańskie podwórko artystyczne?
Nie, to żebym od razu śledził… ale na przykład bardzo podoba mi się zespół The Hilgrims, który w tym roku wydał swoją pierwszą płytę „Old Meadow Bells”.
Opowiedz coś o rodzinie, bo nie są anonimowymi postaciami i zapewne jako głowa rodu jesteś z nich dumny.
Moja żona jest pisarką i pracuje właśnie nad biografią Władysława Hasiora. Nasze dzieci współpracują ze mną na różnych płaszczyznach, Nina projektuje okładki dla wielu moich projektów, a Stasiek gra w Armii na gitarze. Najnowsza płyta „Wojna i Pokój” to przede wszystkim jego kompozycje.
Na koniec postaram się zadać trudniejsze pytanie, bo nie ma zbyt wielu osób, które mogłyby o tym podyskutować. Czy punk rock i chrześcijaństwo mogą iść w parze?
Paradoksalnie tak, czego dowodem jest płyta zespołu Budzy & Trupia Czaszka – „Uwagi” oparta o teksty osiemnastowiecznego jezuity, księdza Józefa Baki. Kto nie wierzy, niech sam się przekona.