fot. Sylwia Klaczyńska

Bambi Uzi: „Jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu”

Bambi Uzi
26 lut 2026
Dawid Balcerek

Na scenie klubowej działa od 2017 roku. Pierwsze kroki za deckami stawiała w Bydgoszczy, Toruniu i swojej rodzinnej Łodzi. Zakochana w brzmieniach drum & bass, przeszła drogę z grania w zaciszu domowym po największe festiwale w kraju. Na co dzień DJ-ka, promotorka, organizatorka imprez, bookerka klubu, prezenterka radiowa oraz… wykładowczyni prawa na Uniwersytecie Łódzkim. Członkini słynącej z zamiłowania do połamanej muzyki ekipy DrumObsession. Niedawno oficjalnie została pyrką, choć przez ostatnie miesiące dosłownie mieszkała na walizkach, łącząc obowiązki zawodowe w Poznaniu i Łodzi. Na szczęście zakończyła niedawno przeprowadzkę i znalazła w tym chaosie czas na rozmowę z nami.

Zacznijmy może od takiego luźnego pytania i sprawdźmy, co lub kto ukształtował Twój gust muzyczny. Pamiętasz, czego słuchało się u Ciebie w domu, gdy byłaś młodsza?

Muzykę kochałam od zawsze. Trudno mi wskazać jeden konkretny moment, od którego się zaczęło. W moim domu rodzinnym słuchało się rożnych rzeczy – czasem polskiej muzyki, czasem radiowych hitów. Pamiętam na przykład, jak wałkowaliśmy album Kayah i Bregovića, znając na pamięć wszystkie teksty. Jako mała dziewczynka byłam zapatrzona w Spice Girls – miałam wszystkie ich kasety, tańczyłam z siostrą do ich piosenek i kolekcjonowałam wycinki z gazet. Ich przekaz „girl power” towarzyszył mi od najmłodszych lat.
Muzyczne eksploracje zaczynałam klasycznie: od radia słuchanego na magnetofonie i MTV – to były jeszcze czasy, gdy było tam dużo muzyki. Z czasem przeniosłam się do Internetu, który otworzył przede mną nieograniczone zasoby. Moje gusta przeszły przez te lata ogromną ewolucję – fascynował mnie rock, rap, polski hip-hop, R&B czy pop. Elektronikę pokochałam nieco później, ale ona została ze mną najdłużej. Nigdy jednak nie zamykałam się w jednym klimacie. Dla mnie od zawsze najważniejsze było to, jakie emocje wywołuje we mnie dany utwór. Ta intuicyjna selekcja, oparta na odczuwaniu i szukaniu w muzyce wyrazu dla mojego nastroju, ukształtowała moją dzisiejszą wrażliwość. 

Łódź od zawsze była mocno kojarzona ze sceną DNB. Na pewno miało to duży wpływ na Twoją dalszą fascynację muzyczną. Pamiętasz swoje początki z DNB? Co Cię ujęło w tych połamanych brzmieniach?

Pierwszym numerem drum & bassowym, jaki usłyszałam w życiu, był „Darkside” od łódzkiego składu Sonic Trip. To były okolice 2000 roku, trafiłam na ten kawałek przypadkiem, pożyczając kasetę od kolegi jeszcze w gimnazjum. Pamiętam wyraźnie ten moment, gdy odpaliłam kasetę na mojej czarnej wieży – to było coś zupełnie innego niż wszystko, co do tamtej pory znałam. Ujęła mnie dynamika tej muzyki, jej surowość i energia płynąca z po raz pierwszy zasłyszanego reese bassu. Wtedy oczywiście nie wiedziałam, że tak się to nazywa, ale jest wysoce prawdopodobne, że tamtego wieczoru na mojej twarzy wymalował się pierwszy bassface. (śmiech)

A moment, kiedyś stwierdziłaś, że chcesz grać? Miałaś może swojego mentora lub mentorkę, którzy wprowadzili Ciebie w ten świat muzyki i grania?

Konkretne pragnienie grania pojawiło się w 2017 roku. W dość trudnym dla mnie momencie życia potrzebowałam odskoczni – czegoś, co dałoby upust mojej energii i byłoby przestrzenią tylko dla mnie, gdzie mogłabym się kreatywnie „wyżyć”. Zdecydowałam, że po dekadzie wyprawię sobie prawilną osiemnastkę, której wcześniej nie miałam. Zamarzyło mi się, żeby na niej wystąpić. Muzyka jarała mnie od zawsze, w tamtym czasie namiętnie tworzyłam swoje playlisty i w końcu uznałam, że czas pójść z tą zajawką krok dalej.

fot. Sylwia Klaczyńska

Pierwsze ruchy na kontrolerze pokazał mi Buhhaj, dzięki któremu ogarnęłam techniczne podstawy i mogłam zagrać pierwsze imprezy. Potem przyszły długie godziny samodzielnej nauki, poszerzania horyzontów i poszukiwań swojego soundu. Przełomem było moje pierwsze DrumObsession w 2019 roku i nawiązanie bliższej relacji z Alegrią. Jeśli miałabym kogoś nazwać swoim muzycznym mentorem, to właśnie jego. Nie dość, że zakochałam się w człowieku, to bardzo ujęła mnie jego wrażliwość, ogromne serce i nastawienie do budowania sceny. Dużo się od niego nauczyłam, zwłaszcza w kontekście mentalnego podejścia do grania i poruszania się w tym specyficznym światku. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – połączył nas drum & bass. (śmiech)

Poznań też nie jest Ci obcy, grałaś tu mnóstwo razy i znasz dobrze naszą scenę. Możesz porównać te dwa miasta ze sobą?

Zdecydowanie nie jest mi obcy – przewrotnie mogę stwierdzić, że to właśnie Poznań okazał się moją ziemią obiecaną. W obu miastach spotykam na parkiecie wspaniałych ludzi – basowe community jest jedyne w swoim rodzaju! Jeśli jednak miałabym pokusić się o subiektywną ocenę basowego podwórka w obu miastach, to Poznań wygrywa u mnie przede wszystkim otwartością i różnorodnością. Oferta imprez z muzyką basową jest tu bardziej zróżnicowana, a publika niezwykle wyedukowana i otwarta na nowe bodźce. Po latach konsekwentnej pracy takich kolektywów jak m.in. DrumObsession czy Dungeon Beats, poznańscy klubowicze nie boją się eksperymentów, a promotorzy chętniej stawiają na nieoczywiste bookingi.
Warto zauważyć, że sytuacja imprezowa w obu miastach przeszła w ostatnich latach spore przeobrażenia – część miejscówek była zmuszona się zamknąć, a przyzwyczajenia klubowiczów diametralnie się zmieniły. Mimo tych turbulencji, bardzo się cieszę, że moje rodzinne miasto stało się domem dla Audioriver, a od kilku lat Łodzianie żegnają wakacje na reaktywowanej po 20 latach Paradzie Wolności. Szczególne miejsce w moim sercu ma także festiwal Ravekjavík, który od blisko dekady wprowadza muzykę i sztukę w niedostępne na co dzień, pofabryczne przestrzenie, świetnie wpisując się w surowy, industrialny klimat Łodzi. To miasto ma ogromny potencjał.

Największa różnica leży niestety w podejściu części środowiska i relacjach pomiędzy ludźmi. Poznańskie ekipy basowe potrafią realnie ze sobą współpracować, wzajemnie się wspierać i grać do jednej bramki. Łódzkie podwórko bywa pod tym względem trudne, a nastawienie części lokalnych graczy bywa toksyczne. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy wiele osób, z którymi przez lata zbijałam piątki, zmieniło nastawienie do mnie w momencie, gdy moje działania zaczęły nabierać tempa. Mój rozwój stał się dla niektórych niewygodny. To przykre, że w kulturze, która powstała na fundamentach jedności i szacunku, sukces wciąż bywa paliwem dla niechęci, defensywnych reakcji i małostkowej zawiści. Nie mam oczywiście na myśli wszystkich, znam super promotorów z Łodzi robiących świetną robotę, ale te negatywne przykłady kładą się cieniem na całości. W Poznaniu przekonałam się, że scena może opierać się na zdrowych fundamentach. Tu czuję, że mogę rozwinąć skrzydła i PLUR nie jest jedynie wyświechtanym frazesem.
Głęboko wierzę, że z czasem ta sytuacja się polepszy, a łódzka scena basowa bardziej się otworzy i nieco odpuści kwestię ego czy niezdrowej rywalizacji. Chciałabym, aby Łódź stała się prawdziwą „ziemią obiecaną”, wolną od uprzedzeń, branżowych zawiści i nieczystych zagrań. To zawsze będzie moje miasto i za każdym razem będę tam wracać z nadzieją, że muzyka wygra z lokalnymi animozjami. Niezależnie od tego, gdzie mnie życie poniesie, chcę swoimi działaniami udowadniać, że scena może być miejscem wsparcia, a nie walki o wpływy.

Wcześniej byłaś rezydentką w Schronie, ale teraz zostałaś również bookerką tego klubu. Jaki masz pomysł na to miejsce i czego może spodziewać się Poznań po Twojej osobie? Będziesz próbowała przemycić więcej DNB czy podchodzisz do tego „obiektywnie”?

Pomysłów zdecydowanie nie brakuje, a ich realizacja w dłuższej perspektywie będzie zależeć od kilku czynników. Klub to żywy organizm, dlatego przede wszystkim badam frekwencję i zaufanie publiki, zwłaszcza przy bardziej niszowych propozycjach. Fundamentem zmian jest też sprawna współpraca z rezydentami, z którymi chcę budować spójną wizję artystyczną, a także dbałość o świadomą, zaangażowaną społeczność wokół klubu, dzięki której Schron jest miejscem inkluzywnym i bezpiecznym. To absolutna podstawa.
Ogromne znaczenie ma także sprawność i efektywność działania, dlatego zależy mi na wypracowaniu spójnych standardów organizacyjnych i komunikacyjnych, które przygotują nas na nowe wyzwania, jakie przed sobą stawiamy. Myślę, że to wartość dodana, jaką wnoszę do ekipy. Stopniowo nabieram rozpędu i coraz lepiej orientuję się w tajnikach funkcjonowania klubu, patrząc na Schron już nie tylko zza DJki, ale także przez pryzmat strategii, zakulisowej współpracy czy wartości całego programu muzycznego. W roli bookerki działam po raz pierwszy i całe to wyzwanie wymaga ode mnie sporo dyscypliny, ale daje też dużo zadowolenia. Momentem przełomowym był dla mnie niedawny Sylwester, czyli mój pierwszy, samodzielny line-up na tak dużą skalę. Impreza wypaliła powyżej oczekiwań, dzięki czemu poczułam prawdziwą satysfakcję i uświadomiłam sobie, że jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Poznań może się po mnie spodziewać profesjonalizmu, zaangażowania i świeżego spojrzenia budowanie oferty klubu. Chcę tworzyć przestrzeń, w której z jednej strony czujesz duszę undergroundu, a z drugiej strony wszystko jest dopięte na ostatni guzik pod względem ­organizacyjnym. I gdzie czujesz, że jesteś u siebie (niezależnie od tego, po której stronie DJ-ki stoisz).

Czy będę przemycała więcej mojej ukochanej basówy? Jak najbardziej, z pewnością będę promowała wydarzenia w tym klimacie – i nie mam tu na myśli tylko DNB, muzyka basowa ma o wiele więcej do zaoferowania! Nie zamierzam jednak dominować programu ani tym ani jakimkolwiek innym gatunkiem. Siłą dobrze prosperującego klubu jest dla mnie różnorodność i otwartość, jako bookerka podchodzę więc do tematu obiektywnie. Chcę, aby Schron był synonimem jakościowej elektroniki w każdym wydaniu. Nieważne, czy wylądujesz na imprezie deep house’owej, industrialnym techno, ciężkich drumach czy ambientach – chodzi o zaufanie i przekonanie, że niezależnie od klimatu muzyka w Schronie będzie na najwyższym poziomie.

,,Poznańscy klubowicze nie boją się eksperymentów, a promotorzy chętniej stawiają na nieoczywiste bookingi”

Czy jako bookerka będziesz bardziej skupiała się na lokalnej scenie czy zagranicznych bookingach?

Why not both? (śmiech) Mam sporo pomysłów na zagraniczne bookingi, ale nie traktuję ich jako warunku koniecznego udanej imprezy. Kto choć trochę mnie zna, ten wie, że ważny jest dla mnie rozwój lokalnej sceny i wyjście z wiecznych kompleksów względem “Zachodu”. Dobrym przykładem tego podejścia był wspomniany wcześniej Sylwester, który uważam za mój udany eksperyment pod kątem podejścia do budowania line-up’u. Postawiłam na mocno zróżnicowany, w pełni lokalny skład i bardzo przemyślane przemieszanie klimatów między scenami. Chciałabym częściej sięgać do takiej formuły bazującej na local heroes (a takich nam w Poznaniu nie brakuje!). Nie zmienia to jednak faktu, że zagranicznych artystów także u nas nie zabraknie. Wierzę, że oba te światy mogą istnieć w dobrym balansie.

W Poznaniu zawsze działały prężnie kluby z muzyka elektroniczną. Obecnie poważnie funkcjonuje Tama ze Slow oraz Schron. Czy teraz jest dobry czas na to, żeby rozwinąć jeszcze bardziej markę Schronu?

Oczywiście! Gdybym nie poczuła takiej misji, w ogóle nie podejmowałabym się tego zadania. Schron ma ogromny potencjał i przechodzi obecnie swoisty restart. Jest przestrzeń na świeże pomysły i napisanie nowego rozdziału w historii klubu. To świetny moment na odbudowanie community, które zawsze było sercem tego miejsca. Chciałabym, aby Schron stał się marką kojarzoną przede wszystkim z jakościowym programem muzycznym i unikalnym klimatem artystycznego bunkra, a nie tylko z ,,ostatnim przystankiem” na klubowej mapie miasta. Zależy mi na tym, by zachęcić publikę do odwiedzania nas znacznie wcześniej, aby klub pozbył się etykietki afterowni. Tworzymy miejsce, w którym muzyka i społeczność są celem samym w sobie, a nie tylko tłem do przedłużenia nocy.

Jakie masz największe marzenie dotyczące bookingu, który chciałabyś zrealizować w przyszłości?

A ile mamy czasu? (śmiech) Nie wystarczyłoby miejsca na wszystkie moje marzenia bookingowe, a o niektórych wręcz nie chciałabym mówić, żeby nie psuć potencjalnych niespodzianek. Ciężko mi „ważyć” te marzenia i ustawiać je w jakiś ranking. Z pewnością chciałabym ugościć w Schronie moje ukochane DJ-ki, czyli m.in. Baby T (jungle’owe alter ego B-Traits), ­basową czarodziejkę Mię Koden czy Madam X, która stoi na czele labelu Kaizen. Idealnie oddają one energię i świeżość, jaką chcę wprowadzać do Schronu.”

Ostatnio w Poznaniu na imprezach króluje hard techno. To obecnie się sprzedaje, ale jest mnóstwo ludzi, którzy chcieliby się bawić na luźniejszych imprezach. Widzisz ten trend? Jak sądzisz, z czego to może wynikać? Jeszcze niedawno królowały brzmienia tech-house oraz melodic techno.

Pewnie, widzę to bardzo wyraźnie – nie tylko w Poznaniu, ale i na całej europejskiej scenie. Moda rotuje i według mnie patrzymy teraz na wahadło trendów wychylone mocno w jedną stronę. Po latach lżejszych gatunków oraz trudnym okresie pandemii, który mocno zmienił nasze nawyki imprezowe, publika zwróciła się ku mocniejszym doznaniom. Nie bez znaczenia jest tu zmiana pokoleniowa i tiktokowa estetyka hard techno, które zrobiło się po prostu modne. Obecnie wyczuwam jednak pewne zmęczenie materiału i potrzebę powrotu do luźniejszych, bardziej przestrzennych brzmień. Przesyt jest nieunikniony, a wahadło zacznie wkrótce wychylać się w innym kierunku.
Żeby postawić sprawę jasno – nie mam nic przeciwko hard techno. Jako miłośniczka potężnego basu doceniam agresywną stopę w tej muzyce, jednak jestem przeciwna dominacji tego gatunku i stylistycznej monokulturze, która powoduje wypieranie innych, lżejszych brzmień z klubowych parkietów. Jako bookerka nie zamierzam eliminować takich imprez, bo mają one swoją oddaną publikę. Chcę po prostu proponować ciekawe alternatywy i przywrócić odpowiedni balans, dając tym samym wybór słuchaczom, którzy poszukują w elektronice nieco innych odcieni.

Jesteś członkinią ekipy DrumObsession, ale dzięki Twojemu „transferowi” lokalna scena DNB na pewno dużo zyska. Czy teraz Łódż lub inne miasta, z Twoją smykałką organizacyjną, mogą liczyć też na Wasze imprezy?

Jak najbardziej, to już się dzieje! Na przestrzeni ostatnich lat odwiedziliśmy z DrumObsession wiele miast, zagraliśmy m.in. w katowickim CELu, białostockim FOMO (zdążyliśmy je odwiedzić niedługo przed zamknięciem!), łódzkiej Willi, ­warszawskim K-Barze, trójmiejskim Drugim Domu czy krakowskim STK. Przed nami obchody 20-lecia kolektywu oraz setna edycja cyklu – kamienie milowe w naszej historii, które uczcimy adekwatnie do rangi okazji. Choć sama jestem częścią składu dopiero od trzech lat, jestem pełna podziwu dla imponującego wyniku, jaki DrumObsession wypracowało przez dwie dekady.
Odpowiadając na Twoje pytanie – inne miasta zdecydowanie mogą na nas liczyć. Chciałabym, abyśmy dotarli z naszym vibe’m w kolejne zakątki Polski, a może i za granicę? Mamy już za sobą udany showcase na chorwackim festiwalu Membrain, czas na dalszą ekspansję. Na pewno ekipa może liczyć na moje pomysły i zapał – oby tylko wystarczyło sił i godzin w dobie na to wszystko. (śmiech)

Twoje zainteresowania muzyczne nie zamykają się tylko na muzykę DNB. Wspomniałaś, że zaczynasz mocno wchodzić też w inne gatunki muzyczne. W jakim kierunku chciałabyś iść ze swoimi setami?

Tu małe sprostowanie – ja właściwie od zawsze byłam multigatunkowa i nie mogłam muzycznie usiedzieć w miejscu – od dziecka jako miłośniczka muzyki i od początku istnienia Bambi Uzi jako DJ-ka i selektorka. Już mój pierwszy set, zagrany dla przyjaciół w grudniu 2017 roku, był jaskrawym i – z dzisiejszej perspektywy – uroczo nieudolnym zlepkiem różnych klimatów, w którym drum & bass pojawił się dopiero na samym końcu.
Ta różnorodność towarzyszyła mi od samego startu. Moją śmiałość do grania rożnych klimatów regularnie trenowałam jako świeżak w toruńskim klubie NRD podczas cyklu „Hałas”, gdzie noce naturalnie ewoluowały od techno po DNB. Co więcej, line-up mojej pierwszej imprezy, którą zorganizowałam w 2019 roku, debiutując jako promotorka w nieistniejącej już łódzkiej Sodzie, był tego najlepszym przykładem – postawiłam na mnogość gatunków i progresję brzmień z biegiem nocy. Ważnym momentem był też dla mnie set mojej ukochanej Baby T, na wspomnianym wcześniej Membrainie w 2022 roku. Był to mistrzowski i ogromnie inspirujący pokaz tego, jak odważnie i zręcznie można łączyć style, a w zasadzie zacierać granice między nimi.
Fakt, jestem najmocniej kojarzona z drum & bassem i te brzmienia mają w moim sercu szczególne miejsce. Jednak po kilku latach intensywnego eksplorowania jednego gatunku, zaczęłam się w nim trochę dusić i naturalnie poszukiwać kolejnych inspiracji. Kto powiedział, że DJ może grać tylko jeden klimat? No dobra, pewnie znajdzie się kilku czepialskich purystów, ale otacza mnie zbyt wiele świetnej muzyki, bym miała zamknąć się w sztywnych ramach. Nie postrzegam muzyki linearnie, jest to dla mnie przestrzeń wielowymiarowa, a całe moje didżejowanie to po prostu wyraz podążania za miłością do dźwięku. Moja selekcja będzie więc zawsze odbijać moje aktualne fascynacje, które stale ewoluują.
W jakim kierunku chcę iść? Dobre pytanie. Chciałabym po prostu zawsze grać to, na co mam w danej chwili największą ochotę i do czego sama najchętniej bym tańczyła. Nie ma w tym żadnej chłodnej kalkulacji czy podążania za modą – to po prostu odbicie mojej własnej, nieco rozbieganej zajawki. Podążam za tym, co mnie ekscytuje, bo tylko wtedy mogę grać autentyczne sety, które mają to „coś”, co ludzie świetnie wyczuwają. 

..To przykre, że w kulturze, która powstała na fundamentach jedności i szacunku, sukces wciąż bywa paliwem dla niechęci, defensywnych reakcji i małostkowej zawiści”

W londyńskim radiu Aaja prowadzisz swoją autorską audycję „The Bambi Uzi Show”. Jak tam w ogóle trafiłaś i jak Ci się pracuje jako radiowiec?

Ekipa z Aaja Radio zgłosiła się do mnie sama w 2022 roku z propozycją autorskiego show. Zainspirowana radiowymi doświadczeniami wspomnianej Baby T (było to świeżo po jej secie na Membrainie!) zgodziłam się. Od tamtego czasu nagrałam 30 odcinków poświęconych szeroko rozumianej basówie (i nie tylko), jak również promowaniu polskich talentów. Ta przygoda niesamowicie mnie rozwinęła. Początki były wyzwaniem – praca z mikrofonem, oswojenie się z brzmieniem własnego głosu i prowadzenie audycji w pełni po angielsku wymagały ode mnie wyjścia z osławionej strefy komfortu. Było jednak warto – dziś swobodnie czuję się przed mikrofonem, ładnie doszlifowałam język i nauczyłam się budować radiową narrację.
To doświadczenie rozbudziło apetyt na coś więcej. Bardzo chętnie spróbowałabym swoich sił w polskim radiu, w autorskim formacie. Marzy mi się program na żywo, gdzie mogłabym wejść w głębszą interakcję ze słuchaczami i dzielić się nie tylko muzyką, ale też obserwacjami na temat kondycji sceny. Uważam, że w Polsce wciąż brakuje rzetelnego, odważnego dziennikarstwa muzycznego, które nie boi się poruszać trudniejszych tematów. Czuję, że mam coś wartościowego do powiedzenia. Radio jest idealnym miejscem, by ubrać te myśli w słowa i zainicjować dyskusję, której mi u nas brakuje.

Jesteś doktorem prawa i wykładasz na Uniwersytecie Łódzkim. Ciężko jest Ci łączyć zawód z pasją, zwłaszcza w weekendy, gdzie musisz być wieczorem w klubie, a rano na uczelni?

Momentami bywa intensywnie, ale kluczem do sukcesu jest logistyka i dobra organizacja. Obecnie mam ograniczoną liczbę godzin na uczelni, a dodatkowo mój grafik jest ułożony w taki sposób, by zajęcia nie kolidowały z graniem. Większość z nich prowadzę zdalnie, co ułatwia sprawę przy wyjazdach.
Stałam się też bardzo selektywna w przyjmowaniu bookingów. Nie gram w każdy weekend i nie przyjmuję każdej oferty. Wybieram tylko te wydarzenia, które naprawdę mnie ekscytują i ludzi, z którymi chcę współpracować. Dzięki temu utrzymuję względny balans. Ta różnorodność daje mi sporo świeżości i chroni przed popadnięciem w rutynę, co jest ważne dla każdego, a zwłaszcza dla osoby działającej kreatywnie.

Oprócz grania imprez, również je często organizujesz. Przydaje Ci się Twój zawód w branży muzycznej? 

Gdybyś zapytał mnie o to kilka lat temu, pewnie odpowiedziałabym, że nie bardzo. Dziś jednak dostrzegam coraz więcej zalet wynikających z mojego prawniczego backgroundu. Praca bookerki to nie tylko muzyka i imprezy – to negocjacje, umowy, dbałość o detale, ridery i deadline’y. Moja prawnicza natura pomaga twardo stąpać po ziemi i zachować chłodny profesjonalizm w sytuacjach, gdy emocje biorą górę.
Wykonałam dość spektakularną woltę, przechodząc z profesji czysto prawniczej w świat muzyki i organizacji wydarzeń, jednak warsztat, umiejętności i sposób myślenia ze mną pozostały. Nie tęsknię za żywotem korporacyjnym, jednak praca na uczelni daje mi stabilny fundament i satysfakcję, dlatego nie chciałabym z niej rezygnować – nawet, jeśli sam przedmiot moich zajęć jest mało „artystyczny”.
Niedawno przekonałam się, że te dwa na pozór odległe od siebie światy mogą się jednak przeciąć i to w sposób, jakiego nigdy bym się nie spodziewała. W czerwcu ubiegłego roku mój macierzysty Wydział świętował swoje 80-lecie. Po oficjalnych uroczystościach przyszedł czas na część artystyczną, którą zwieńczył mój DJ set zagrany w Auli Czerwonej – miejscu dla mnie wyjątkowym, w którym jeszcze kilka (no dobra, kilkanaście) lat temu sama przesiadywałam jako studentka. Historia zatoczyła koło – był to dla mnie wzruszający moment i najlepszy dowód na to, że te dwie sfery wcale nie muszą się wykluczać, a wręcz przeciwnie – może między nimi zachodzić fascynująca synergia. Dziś czuję, że bycie naukowczynią czyni mnie bardziej świadomą artystką, a pasja do muzyki pozwala mi wnosić świeżą energię i otwartość do świata akademickiego.

Jakie są reakcje studentów, gdy poznają Cię na uczelni lub widzą za deckami w klubie?

Wiesz co, na zajęciach raczej nie afiszuję się z moją pasją, choć po czerwcowym występie w Auli wieść o moim „drugim życiu” naturalnie poszła w świat. Spotkałam się z niezwykle ciepłym przyjęciem – zarówno ze strony studentów, jak i władz uczelni czy moich kolegów i koleżanek z Wydziału, którzy byli pod wrażeniem swobody, z jaką połączyłam te dwa dość odległe od siebie światy.
Zdarzają się też sympatyczne sytuacje w sieci. Kiedyś dostałam wiadomość prywatną z gratulacjami po moim graniu na Paradzie Wolności. Po wymianie kilku kurtuazyjnych zdań okazało się, że pisze do mnie jeden z moich studentów. To było bardzo miłe i uświadomiło mi, że autentyczność zawsze się obroni – bez względu na to, czy prowadzę zajęcia czy stoję za deckami. Cieszę się, że moi studenci widzą we mnie nie tylko wykładowczynię, ale też człowieka z pasją.

W zaciszu domowym działasz również z produkcją muzyczną. Opowiedz nam, nad czym obecnie pracujesz i czego możemy się od Ciebie spodziewać? 

Szczerze? Obecnie pracuję przede wszystkim nad urządzeniem domowego studia. (śmiech) Niedawno przeprowadziłam się do Poznania i wciąż szukam balansu w nowej rzeczywistości. Nie będę ukrywać – okres przeprowadzki i zadomawiania się w nowym miejscu w połączeniu z wejściem w rolę bookerki klubu pochłonął mnóstwo mojej energii.
Wraz z moim partnerem Alegrią marzyliśmy o tym, by w nowym domu mieć dedykowaną przestrzeń, która pomieści wszystkie nasze sprzęty i płyty. Szczęśliwie nam się to udało i jesteśmy teraz na etapie porządkowania i urządzania tej przestrzeni, która będzie służyła naszym kreatywnym działaniom. To właśnie tam zamierzam dawać upust moim artystycznym wizjom. Gdy tylko emocje związane z przeprowadzką opadną, a studio zacznie w pełni funkcjonować, planuję zanurkować w Abletonie.

To na koniec pytanie o Twój pseudonim artystyczny. Nie będę pytał o jego etymologię, bo o tym już mówiłaś w wywiadach. Zapytam natomiast żartobliwie o konsekwencje jego posiadania. Wspominałaś kiedyś o tym, że jesteś mylona z inną polską artystką oraz że nazwa marki broni też ostatnio nie pomaga.

Fakt, jeśli w ostatnich latach ktoś nie żył w naszym kraju pod kamieniem, to pewnie wie, że jest na scenie inna artystka o sarenkowym pseudonimie. Ja jednak byłam pierwsza. (śmiech) Dobrze pamiętam ten moment, gdy – funkcjonując już jakiś czas jako Bambi Uzi – natknęłam się w Internecie na newsa o początkującej raperce o ksywie tak podobnej do mojej. Nie byłam tym zachwycona, ale co zrobisz? We wcześniejszym researchu nie natrafiłam na osoby o zbliżonych pseudonimach, jednak w ostatnich latach zaobserwowałam ich kilka. Z polską Bambi muzycznie nie mamy zbyt wiele wspólnego, klimatem bliżej mi do kanadyjskiej DJ-ki, która również się tak nazywa, ma tylko dwa „i” na końcu. Specjalnie mi to nie przeszkadza, choć zdarzają się dość kuriozalne sytuacje. Kiedyś dostałam niecenzuralną wiadomość prywatną na Instagramie tylko dlatego, że ktoś pomylił mnie z tą drugą Bambi. Innym razem otrzymałam zaproszenie do głośnego polskiego podcastu, co również okazało się dość nietypową pomyłką. Zdarzają się też zabawne sytuacje – nie tak dawno temu mój tata zadzwonił do mnie z pytaniem, czy gram na jednym festiwalu, bo widział na autobusie plakat i była tam Bambi. Wyjaśniłam mu, że chodzi o inną osobę. Był uroczo oburzony tym, jak ktoś mógł skopiować moją ksywę. (śmiech)
A tak zupełnie na serio – być może nadejdzie czas na zmianę pseudonimu. Abstrahując nawet od „Bambi”, w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej „Uzi” budzi wyjątkowo trudne skojarzenia, mam tu pewien dysonans. Jeśli poczuję potrzebę przyjęcia nowego artystycznego imienia, będzie ono pełniej rezonowało z tym, kim jestem i co jest mi obecnie bliskie. Rozbrykana sarna strzelająca dropami ma swoją historię, ale czas napisać do niej nowy rozdział. Zmiana jest przecież naturalnym etapem ewolucji.