fot. Maria Magdalena Kwiatkiewicz

O języku sztuki – Maria Magdalena Kwiatkiewicz o Muzeum Biżuterii MoJA

Moda
24 kwi 2026
Karolina Sierszulska

W Poznaniu od lutego możemy odwiedzać nowe miejsce. Galeria YES funkcjonująca od 1998 roku przy ulicy Paderewskiego 7, przekształca się w Muzeum MoJA, z nowym adresem przy ulicy 27 Grudnia 17/19. W nim czekają trzy strefy: przestrzeń sprzedażowa, wystawiennicza z najnowszą wystawą czasową, warsztatami i wydarzeniami towarzyszącymi oraz biletowana przestrzeń ekspozycji stałej, w której będziecie mogli podziwiać współczesną polską sztukę złotniczą oraz biżuterię rdzennych społeczności z całego świata. Poznajcie bliżej pomysłodawczynię i założycielkę Muzeum Biżuterii MoJA, podróżniczkę, fotografkę, mecenaskę sztuki – Marię Magdalenę Kwiatkiewicz. Od czego zaczęła się jej podróż w głąb sztuki, czym są dla niej podróże i co myśli o współczesnym złotnictwie opowiada w naszym wywiadzie.

Witamy na mapie Poznania Muzeum Biżuterii MoJA! Nowa przestrzeń, inna forma. Dlaczego taka zmiana?

To naturalna ewolucja mojej pasji. Od prawie trzech dekad gromadzę dzieła współczesnej polskiej sztuki złotniczej i wciąż czułam, że ich ogromny potencjał czeka na pełne odkrycie. Nadszedł czas, by uwolnić te niezwykłe obiekty i oddać je wprost do odbiorców. Zależało mi jednak na czymś więcej niż tylko zachwycie nad formą, dlatego w nowej przestrzeni piękno biżuterii jest obudowane eksperckim komentarzem i rzetelnym merytorycznym tłem, na które ta sztuka po prostu zasługuje.

Co czeka na zwiedzających w nowym miejscu?

W nowym miejscu skupiamy się na roli przewodnika po świecie znaczeń. Naszym głównym zadaniem jest wyposażenie zwiedzających w narzędzia do samodzielnego rozkodowania sztuki złotniczej. Poprzez edukację pokazujemy, że biżuteria to precyzyjny język wyrazu, medium, za pomocą którego artyści manifestują swój światopogląd, a często również wchodzą w dialog z wydarzeniami społeczno-politycznymi. Chcemy, aby każdy gość, kończąc wizytę, potrafił samodzielnie dostrzec istotę i intencję zapisaną w metalu czy kamieniu.

Pani kolekcja aktualnie wynosi ponad 2500 obiektów. Gdzie to wszystko się zaczęło? 

Myślę, że początków tej drogi należy szukać w moich młodzieńczych marzeniach o historii sztuki. Choć życie skierowało mnie na Politechnikę Poznańską, świat biżuterii szybko upomniał się o moją uwagę, stając się przestrzenią zawodową, którą od 1981 roku budowaliśmy wspólnie z mężem i bratem w ramach firmy YES Biżuteria.
Przełom nastąpił jednak w 1998 roku, gdy powołałam do życia Galerię YES. To tam, a szczególnie podczas legnickiej wystawy “Amulety”, doświadczyłam swego rodzaju olśnienia. Zobaczyłam, że biżuteria to małe formy rzeźbiarskie o niezwykle głębokiej warstwie narracyjnej. Ta zdolność biżuterii do opowiadania osobliwych historii sprawiła, że przepadłam. Przez lata Galeria przy Paderewskiego 7 w Poznaniu była domem dla tej pasji, a dziś, z zasobem ponad 2500 obiektów, staje się fundamentem muzeum.

Pamięta Pani swój pierwszy eksponat?

Pamiętam go doskonale, ponieważ to spotkanie zdefiniowało moją drogę jako kolekcjonerki. Wszystko zaczęło się od bransolety profesora Andrzeja Bossa, przygotowanej na legnicki konkurs “Amulety” w 1998 roku. Kontrast użytych w niej kamieni polnych z polerowanym srebrem natychmiast do mnie przemówił. Dostrzegłam w niej równowagę między naturą a kulturą.
Początkowo chciałam, aby towarzyszyła mi osobiście w ważnych chwilach, ale jej ciężar sprawił, że noszenie jej stało się wyzwaniem. Wtedy, po pięciu latach, Andrzej Boss stworzył dla mnie drugą wersję – tym razem z bursztynów, pełną słońca i ciepła. Choć obie są dla mnie niezwykle ważne, to właśnie ta pierwsza, z kamieniami polnymi, pozostaje symbolem narodzin mojej kolekcji. To ona nauczyła mnie, że biżuteria może być nośnikiem intymnej historii, która z czasem nabiera coraz głębszych znaczeń.

Które z elementów kolekcji są dla Pani najcenniejsze? Z którymi z nich wiążą się ważne i niezapomniane historie?

Każdy z ponad 2500 obiektów zajmuje ważne miejsce w strukturze zbioru, jednak z perspektywy czasu za najcenniejsze uważam te prace, które stały się artystycznym komentarzem do spraw fundamentalnych. Mam tu na myśli obiekty poruszające tematy społecznie ważne – zarówno te odnoszące się do wielkich wydarzeń historycznych, jak i te będące zapisem intymnych, często trudnych doświadczeń twórców.
Kiedy patrzę na prace, w których artysta zawarł swój bunt, lęk czy solidarność – czuję, że moja rola jako dokumentalistki polskiego złotnictwa nabiera pełnego sensu. Te obiekty wymagają od nas zatrzymania się i, jak to często powtarzam, rozkodowania emocji, które zostały w nich zamknięte.

fot. Nagaland, archiwum M.M. Kwiatkiewicz

Na swojej stronie napisała Pani: „Mój aparat szuka opowieści, nie widoków”. Idąc tym tropem, jakich opowieści dostarcza nam biżuteria, którą przywozi Pani z podróży?

Podróżowanie to dla mnie przede wszystkim spotkanie. Choć zachwycam się naturą, to rzeczywiście mój aparat, a wraz z nim ja sama, szuka opowieści zapisanych w twarzach, gestach i codzienności rdzennych społeczności. Widoki są tłem, ale to ludzie tworzą tę najciekawszą, wielowarstwową panoramę świata.
Biżuteria świata, którą przywożę z wypraw, jest naturalnym przedłużeniem tych fotograficznych zapisków. To zmaterializowane wspomnienia i relacje. Kiedy patrzę na naszyjnik wykonany przez lokalnego rzemieślnika, słyszę język danej kultury, widzę dłonie, które go stworzyły i czuję emocje towarzyszące tamtej chwili. W Muzeum MoJA te obiekty pełnią rolę ambasadorów świata. Pozwalają nam zrozumieć, że niezależnie od szerokości geograficznej, biżuteria zawsze była i pozostaje uniwersalnym sposobem opowiadania o tym, kim jesteśmy i w co wierzymy.

Do jakich miejsc na świecie wraca Pani myślami z największym sentymentem?

W zasadzie mogłabym wrócić do każdego z ponad stu krajów, które odwiedziłam. Wiele z nich, jak Nepal, Tybet, Uzbekistan czy Kolumbia, ma w sobie magnetyzm, który przyciągał mnie wielokrotnie. Podróże nie mają przecież kresu. Zawsze pozostaje do odkrycia kolejna warstwa obyczajowości czy nieznany dotąd odcień ludzkich osobowości.
Co ciekawe, najmocniej tęsknię jednak nie za konkretnym miejscem, a za kadrami, których… nie zdążyłam wykonać. Często powracają do mnie w snach ujęcia, których z jakiegoś powodu nie uwieczniłam na fotografii. To poczucie niedosytu jest dla mnie siłą napędową zarówno w podróży, jak i w kolekcjonerstwie. Przypomina mi, że zawsze warto szukać dalej, patrzeć uważniej i doceniać te chwile, w których udaje się uchwycić istotę człowieka.

Czy jest jeszcze jakiś zakątek świata, z którego chciałaby Pani przywieźć biżuterię?

Lista miejsc, które budzą moją ciekawość, jest wciąż długa, a moim wielkim marzeniem jest jeszcze wnikliwsze poznanie serca Amazonii oraz społeczności żyjących tam w symbiozie z naturą. Jednak plany te traktuję z ogromną delikatnością i świadomością odpowiedzialności, jaka wiąże się z dotykaniem świata rdzennych kultur.
W MoJA odcinamy się od postrzegania biżuterii przez pryzmat egzotyki czy kolonialnego zbieractwa. Myślę o Amazonii jak o możliwości bycia świadkiem kultury. Dlatego staram się, by biżuteria w moich zbiorach nigdy nie była anonimowa; zawsze szukam człowieka, który stoi za daną formą.

Czym charakteryzuje się współczesna polska sztuka złotnicza? Co najbardziej Pani w niej ceni? Czym wyróżniają się tworzący ją artyści?

Współczesna polska sztuka złotnicza to dla mnie przede wszystkim przestrzeń ogromnej odwagi twórczej i autentyczności. To, co cenię w niej najbardziej, to fakt, że nasi artyści nie boją się traktować metalu, kamienia czy innych alternatywnych rozwiązań jako materii rzeźbiarskiej.
Każdy z twórców, których prace znajdują się w kolekcji MoJA, dąży do wypracowania własnego, unikalnego języka – formy, która z czasem staje się ich rozpoznawalną sygnaturą. Niezmiennie fascynuje mnie to, jak potrafią połączyć śmiałą, często wizjonerską pomysłowość z solidnymi podstawami warsztatowymi. To właśnie ten warsztat pozwala im skutecznie przekuć ulotną wizję w namacalny obiekt, który przetrwa próbę czasu.
Polscy artyści złotnicy wyróżniają się niespotykaną wrażliwością na kontekst. Ich prace często niosą w sobie ładunek intelektualny, komentują rzeczywistość lub zadają pytania. Ta symbioza rzemieślniczej doskonałości z głęboką potrzebą wypowiedzi artystycznej sprawia, że polskie złotnictwo jest zjawiskiem unikatowym w skali światowej.

Czy rodzime, ludowe rzemiosło zachwyca Panią tak samo, jak to z dalekich zakątków świata?

To dwa zupełnie odmienne światy i inne systemy wartości, dlatego nie sposób postawić między nimi znaku równości. Rodzime rzemiosło i polska sztuka złotnicza to zapis naszej tożsamości, historii i ewolucji estetycznej, którą dokumentuję od 1945 roku. Z kolei biżuteria świata jest w mojej opinii lekcją innej wrażliwości i świadectwem odmiennych kodów kulturowych.
Mimo tych różnic, obie te dziedziny łączy jeden, najważniejszy fundament: w ich centrum zawsze stoi człowiek. Bez względu na to, czy patrzę na miedziane konstrukcje z okresu PRL-u, czy na obrzędowy naszyjnik z serca Amazonii, widzę przede wszystkim zapis ludzkich emocji, potrzebę komunikacji i chęć utrwalenia czegoś ważnego dla danej społeczności. To właśnie ta wspólna płaszczyzna biżuterii jako uniwersalnego i zmaterializowanego języka kultury, jest tym, co zachwyca mnie najbardziej i co chcę eksponować w Muzeum MoJA.

Pani ulubiony materiał, z którego wykonana jest biżuteria to?

Moja uwaga jako kolekcjonerki najmocniej koncentruje się na materiałach, które niosą w sobie zapis czasu i natury. Wyjątkowe miejsce w zbiorze zajmuje bursztyn ze swoim organicznym ciepłem oraz krzemień pasiasty – nasz sandomierski unikat o niezwykłej, graficznej strukturze. Trudno też wyobrazić sobie polską sztukę złotniczą bez srebra, które po 1945 roku stało się fundamentem nomen omen polskiej szkoły srebra.
Równie istotne są dla mnie współczesne próby materiałowe. To fascynująca wypadkowa artystycznych eksperymentów i czystej ciekawości, która skłania twórców do poszukiwania nowych dróg wyrazu w materiałach nieoczywistych.
Niezmiennie jednak stoję na stanowisku, że o szlachetności biżuterii nie decyduje kruszec, lecz intencja i chęć skomunikowania się z otoczeniem. Prawdziwa wartość obiektu kryje się w tym osobliwym języku wyrazu artystycznego, gdzie materiał jest nośnikiem myśli.

Jakich wydarzeń możemy spodziewać się w przyszłości w Muzeum? Na co warto czekać?

Przyszłość Muzeum MoJA to przede wszystkim przejście od statycznej ekspozycji do żywego centrum dialogu i edukacji. Chcemy, aby to miejsce stało się azylem dla artystycznej wrażliwości, dlatego planujemy szeroki program interaktywnych warsztatów złotniczych i projektowych. Zależy mi, aby nasi goście, od najmłodszych po ekspertów, mogli poznać dzieła, zrozumieć proces ich powstawania, a niekiedy nawet spróbować własnych sił w pracy z materią.
Nie rezygnujemy oczywiście z moich ukochanych podróży – będziemy kontynuować wystawy fotograficzne, które osadzają biżuterię w jej naturalnym, kulturowym kontekście. Przygotowujemy również wystawy czasowe, które będą podejmować odważne, krytyczne dyskusje na temat biżuterii jako medium komentującego współczesną rzeczywistość.
Krótko mówiąc: czekamy na moment, w którym MoJA stanie się przestrzenią, gdzie biżuteria zostanie ostatecznie odczarowana i zrozumiana jako pełnoprawny, fascynujący język sztuki.
Nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić Was w to, co nieznane i odległe, a co zostało zamknięte w dziełach ludzkich rąk: biżuterii, fotografiach i sztuce rdzennych kultur całego świata.

Specjalne otwarcie Muzeum Biżuterii MoJA odbędzie się 25 i 26 kwietnia w godz. 12:00-16:00.
W tych dniach obowiązuje specjalna cena biletu: 10 zł od osoby.
W programie: oprowadzanie kuratorskie dla dzieci i dorosłych, warsztaty tematyczne, gry i zabawy.

Materiał powstał we współpracy z Muzeum Biżuterii Moja.