Rojber: „Powtarzalność zaczyna funkcjonować jak znak”

Rojber
07 lip 2026
Dawid Balcerek

Z pewnością kojarzycie różowe świnki w przestrzeni miasta, które możemy napotkać w najróżniejszych zakamarkach Poznania. Odpowiada za nie Rojber, twórca street artu, który czynnie działa od 2018 roku. Jego prace możemy zobaczyć na murach polskich i zagranicznych miast. Świnia stała się jego znakiem rozpoznawczym oraz nośnikiem pozytywnej energii w miejskim pejzażu. Z czasem jego znak rozpoznawczy zaczął ewoluować — świnia nie jest już jedynym bohaterem obecnym w jego twórczości. Artysta rozwija własny alfabet postaci, poszerzając wachlarz charakterów i emocji, które przenosi na miejskie mury. Tworzy głównie za pomocą farb, markerów i wlepek, realizując także formy przestrzenne oraz asamblaże – traktując przestrzeń miejską jako pole do gry, eksperymentu i pozostawienia śladu.

Dlaczego malowanie po murach i dlaczego świnie?

Od dzieciaka moją uwagę przykuwały wszelkie ślady farby, wyryte napisy, wlepki, graffiti i murale. Zawsze fascynowała mnie ta pierwotna potrzeba, która drzemie w człowieku – zostawienia po sobie śladu, zaznaczenia obecności, ingerencji w przestrzeń. Czasem to potrzeba pobazgrania, czasem dewastacji, a czasem wręcz przeciwnie – upiększenia, wypowiedzenia hasła, komentarza, buntu.
Początkowo eksperymentowałem z szablonami, szukając własnej formy komunikacji. Chciałem znaleźć sposób, w jaki mógłbym zaznaczyć swoją obecność w przestrzeni miejskiej. Wiedziałem, że chcę w tym uczestniczyć – nie mogłem już być tylko obserwatorem. Z roku na rok fascynacja rosła, a ja coraz bardziej czułem, że muszę zacząć działać.
Mimo ogromnej chęci malowania długo byłem przekonany, że tego nie potrafię, że to nie mój świat. Aż pewnego dnia mnie olśniło. Przypomniałem sobie rysunek, który znałem od małego i który wielokrotnie powielałem – świnię rysowaną z literek, taką, jakiej rodzice uczą Cię kreślić, gdy stawiasz pierwsze ślady kredką na papierze. Prosta, zabawna, charakterystyczna. Genialna w swej prostocie i symbolice. Świnia była mi też bliska, bo wyrasta z polskiej wsi, z której pochodzę, i wnosi do miasta element natury, który zawsze był dla mnie ważny.
Wiedziałem, że to jest to. Pozytywna postać, która przełamuje miejską szarość – na przekór postępującej betonozie. Pojawiająca się wszędzie tam, gdzie mogę dotrzeć. W każdym zakamarku, do którego zdołam się wślizgnąć. Kolejnego dnia biegałem już z farbą, stawiając swoje pierwsze, koślawe świniaki.
Czułem w tym siłę i sens. Wiedziałem, że jeśli będę konsekwentny i będę praktykować, rozwijając tę postać, doprowadzi mnie ona do miejsca, w którym teraz jestem.

Co niesie Twoja twórczość? Co chcesz światu przedstawić? Czy możemy doszukiwać się w Twoich działaniach czegoś więcej niż zwykły obrazek?

Z zewnątrz to może wyglądać jak proste wrzucanie świni w przestrzeń miasta. I w pewnym sensie tak właśnie jest. Interesuje mnie moment, w którym coś obcego pojawia się w dobrze znanym miejscu i zaczyna działać na odbiorcę – czasem na zasadzie zaskoczenia, czasem lekkiego dysonansu. To krótkie spięcie w codzienności jest dla mnie kluczowe.
Świnia jest najprostszym możliwym narzędziem. Dzięki swojej formie mogę działać szybko i konsekwentnie, a przez powtarzalność zaczyna funkcjonować jak znak. Interesuje mnie ten proces – jak ta sama forma, wrzucana w różne miejsca, zaczyna działać inaczej w zależności od kontekstu. Z czasem buduje własną obecność w mieście – trochę jak coś, co się rozprzestrzenia i zaczyna żyć własnym rytmem.

Ludzie często zastanawiają się, o co z nią chodzi. I to jest dla mnie ciekawe, bo nie ma jednej odpowiedzi. Z jednej strony to coś bardzo prostego i intuicyjnego, z drugiej – przez kontekst miejsca zaczyna nabierać różnych znaczeń. Można doszukiwać się w tym czegoś więcej, ale równie dobrze można się po prostu na chwilę zatrzymać i pomyśleć: „co to tu robi?”.
Na ulicy liczy się dla mnie przede wszystkim gest i energia. Głębsze warstwy pojawiają się później – w innych formach, gdzie jest przestrzeń, żeby je rozwinąć. Nie skupiam się na tym, żeby każda rzecz coś dokładnie znaczyła. Bardziej interesuje mnie powtarzalność i to, co z niej wynika – jak z czasem zaczyna się z tego robić coś większego.

Czy działasz jeszcze na innych płaszczyznach niż tylko przestrzeń miejska?

Tak, rozwijam się na wielu płaszczyznach. Poza działaniami w przestrzeni miejskiej coraz więcej czasu poświęcam malarstwu i jest to kierunek, który obecnie najmocniej chcę rozwijać. Pracownia daje mi zupełnie inny rodzaj skupienia. To moment, w którym mogę wyłączyć się z rytmu miasta i skupić na samym procesie – eksperymentowaniu, szukaniu formy i pracy z materią w bardziej kontrolowanych warunkach.
Równolegle myślę o kolejnych obszarach – instalacjach, formach przestrzennych, przedmiotach użytkowych czy ubraniach. Interesuje mnie rozwijanie tego języka poza samą ścianą. Buduję też portfolio murali – głównie w przestrzeniach usługowych, gdzie wyzwaniem jest uchwycenie charakteru miejsca bez utraty własnego stylu. Każda taka realizacja to osobna łamigłówka i nowe doświadczenie.
Naturalnym krokiem jest dla mnie wyjście w większą skalę. Duży budynek w centrum miasta to kierunek, który bardzo mnie interesuje – zarówno pod względem projektowym, jak i organizacyjnym.

Czy masz pomysł może na inną postać lub ewolucje swojej twórczości? Masz określony kierunek, w którym chciałbyś podążać? 

Od dłuższego czasu staram się nieustannie deformować i zmieniać kształt, odchodząc od klasycznej formy świni w poszukiwaniu nowych kierunków i postaci. Obecnie moim faworytem jest robal – organiczna, zdeformowana forma balansująca między czymś żywym a abstrakcyjnym znakiem. Pojawił się już na wielu płaszczyznach i naturalnie rozwija się jako kolejny element mojego alfabetu postaci.
Chciałbym iść dalej w tym kierunku – tworzyć kolejne postacie i budować między nimi relacje. Interesuje mnie rozwijanie własnego uniwersum, w którym te formy zaczynają ze sobą współgrać, wchodzić w interakcje i funkcjonować w bardziej złożonych scenariuszach. To dla mnie naturalna kontynuacja – przejście od pojedynczego znaku do systemu, który daje więcej możliwości opowiadania i pracy z przestrzenią.

Na przykładach kolegów po fachu, wiemy już, że dożyliśmy czasów, że w Polsce można utrzymać się z ulicznej pasji. Jak to wygląda obecnie u Ciebie? Jaki masz do tego stosunek, jako nielegalny artysta?

Obecnie jestem w miejscu, w którym częściowo mogę potwierdzić te słowa. To moje główne zajęcie – zarówno zawodowo, jak i pod względem stylu życia. To już nie jest pasja, tylko sposób funkcjonowania. Cieszę się, że mam sprzyjające okoliczności, by móc żyć z pasji i poświęcać jej większość swojej uwagi w ciągu dnia. Jednocześnie traktuję to w pełni profesjonalnie i rozwijam obszary, które pozwalają tę działalność utrzymać. Jestem bardzo wdzięczny za wszystko, co się na to składa – osobiste predyspozycje, wspaniałych ludzi wokół mnie oraz czasy, w jakich przyszło nam działać.
Nielegalność dotyczy samego aktu działania – momentu wejścia w przestrzeń, która formalnie do mnie nie należy. Późniejszy efekt staje się już wartością intelektualną – głównym filarem tej twórczości – a dzięki rozwijaniu innych obszarów wszystko funkcjonuje w pewnej synergii.
Ten etap trwa stosunkowo od niedawna. Poza malowaniem od roku, angażuję się również zawodowo w prowadzenie Ulotnie Bar & Street Art, gdzie wspólnie z Arturem Chraplewskim staramy się docierać ze sztuką uliczną do nowych odbiorców, opowiadając fakty i nietuzinkowe historie o artystach oraz ich twórczości.

Jakie plany? Może jakieś wystawy? 

Planów mam sporo. Przede mną intensywny czas – dużo malowania i dzielenie energii między sezon zleceń a płótna czekające w nowej pracowni. W ten rok wszedłem z nową energią. Przeprowadzka mocno odświeżyła moją codzienność – nowy fyrtel, nowe powierzchnie, nowe zakamarki. To naturalnie ciągnie mnie do eksploracji miasta.
W kontekście warsztatu chcę w tym roku mocniej otworzyć się na ludzi – nowe znajomości, wymiana perspektyw i technik. To dla mnie sposób na wybijanie się z własnych schematów, które z czasem zaczynają zamykać głowę.
Wystawy są na horyzoncie. Na pewno będzie mnie można zobaczyć na kolejnej edycji Urban Art Area w Warszawie. Jesienią pokażę swoją solową wystawę pt. „PROCES” – zbiór prac, które powstawały na przestrzeni ostatnich lat, wokół emocji, napięcia i ich transformacji w formę. Wernisaż odbędzie się 3 października w Baraku Kultury – wpadajcie!

IG ROJBER