Na zdjęciu Adam Szulc - 1995 Respect fot. archiwum autora

Muzyka z Poznania jest warta fryzurowania – felieton Adama Szulca

Miasto i Ludzie
15 lip 2025
Adam Szulc

Kiedy zaczynałem naukę w męskich zakładach fryzjerskich w połowie lat osiemdziesiątych, byłem już zainfekowany muzyczno­‍‑rockowym wirusem. Mój tata Edward – muzyk amator, gitarzysta i wokalista jeżyckich zespołów bigbitowych – zaszczepił mi zamiłowanie do rytmu, przytupując nogą przy ostrzejszych dźwiękach. Ten plemienny beat zawsze był dla mnie czymś na miarę zrozumienia samego siebie. Wszystko w moim przyszłym perkusyjnym graniu musiało być podzielone równo: intro, zwrotki, refreny i zamknięcie utworu. Najlepiej w czwórkach, ósemkach albo szesnastkach. Równo i symetrycznie – jak na włosach mojego pierwszego klienta na poznańskim Łazarzu.

Zawsze wydawało mi się, że te moje dwie pasje – pozornie odległe – są do siebie bliźniaczo podobne. Wystukiwanie rytmu na kolanach, szkolnej ławce czy barberskim blacie było tym, co identyfikowało moją tożsamość. Nożyczki i grzebień, zawsze razem jak para tancerzy, słuchały radiowego hitu i tworzyły fryzurę klienta zgodnie z jego rytmem. Mówiąc „radiowy hit”, mam na myśli Program Pierwszy Polskiego Radia, który grał w zakładzie, w którym terminowałem.

Moja zawziętość w poszukiwaniu nowych form fryzjerskich była równa wielogodzinnym treningom na niby­‍‑perkusji. Grałem na przypadkowych kawałkach instrumentów, niechcianych przez nikogo kartonach, maminych garnkach i prawdziwych pałeczkach kupionych w składnicy harcerskiej. Podobnie wyglądał mój pierwszy zestaw fryzjerskich narzędzi – grzebienie, nożyczki, pierwsza brzytwa – po części kupione w kiosku Ruchu, po części zdobyte w firmowym Wenusie, a po części sprezentowane przez dziadka Władka.

Dziadek był fryzjerem męskim w czasie wojny i zawsze mawiał: „Rzemiosło i fach w rękach to podstawa. Weźmiesz tobołek z narzędziami i zawsze na chleb zarobisz”. Z tym tobołkiem chodziłem po domach, strzygąc po praktykach swoich koleżków – tak samo zajaranych muzyką i fryzurami z Dziennika Ludowego, Razem i Zarzewia. To były peerelowskie magazyny, w których wkładki z kolorowymi plakatami rockowych muzyków inspirowały dzieciaki do wzdychania o byciu gwiazdą z odjechaną fryzurą. Wow – szał ciał i marzenie nastolatków połowy lat osiemdziesiątych!

fryzura z Jamy inspirowana Johnny Cashem fot. Paweł Wieczorek

Muzyka w naszym mieszkaniu grała zawsze. Ojciec, jak wspomniałem, miał „niucha” do gitary i śpiewu – czuł przeboje na kilometr. Jego ukochani Beatlesi nigdy jednak nie trafili do mojego serca – może przez ich smutny wygląd na plakacie nad moim łóżkiem? Ale już Breakout, Czesław Niemen czy wczesna Budka Suflera z tatowego szpulowca siali grozę w domowych pieleszach. Te dźwięki poruszały artystyczną strunę pod moim żołądkiem.

Najczęściej jednak w ratajskim bloku grało radio z nastawioną Trójką. A kiedy pojawiło się tam „Mniej niż zero” i „Szklana pogoda” – byłem już totalnie w domu. Drapieżna muzyka rockowa, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, trafiła strzałą w środek mego serca jak Amor z rockowej procy Pana Boga.

Oprócz muzyki były też dwie inne zawieszki na tej strzale: perkusja i fryzjerstwo męskie. Do dziś są ze mną nierozłączne.

Mój pierwszy koncert rockowy? Poznański zespół Wanda i Banda. Klub Trops, sala wypełniona po brzegi, Wanda wyginająca się na scenie i śpiewająca „Hi Fi” i „Nie będę Julią”, a na perkusji Marek Kapłon – zasłonięty ogromnym zestawem z blachami, kotłami i dwiema centralami. Plus rozczapierzone fryzury i brody muzyków – aaaarrrggghh! Ależ to grało!

Potem już poszło z górki. Miałem 13 lat, a na koncerty zawoziła mnie mama, czekając pod klubem. Kolejny był przegląd kapel w Zamku: Mr. Zoob i genialna Racja Stanu. Co to był za zespół! Absolutne objawienie i moja pierwsza wielka miłość muzyczna. Punkowe fryzury, hairmetalowy sznyt, solidne poznańskie granie, świetny kontakt z publiką i totalne wariactwo pod sceną. Miesiąc później Lombard na Rock Arenie pozamiatał wszystko. Muzyka, fryzury i… wąsy!

W 2024 roku spotkałem w Jamie Małgorzatę Ostrowską i powiedziałem jej, jak ważny był dla mnie ten koncert. „Znowu radio” jeszcze długo dźwięczało mi w uszach.

Choć poznańska scena rockowa była i jest dla mnie ważna, to punkowe zespoły, które szturmem weszły na muzyczną arenę w połowie lat 80., nie zostawiały jeńców. Po Jarocinie 84′ prasa pisała o Siekierze, Moskwie i Prowokacji – nie zostawiając na nich suchej nitki: „Muzyka powinna łagodzić obyczaje, a ci to co?!” A ja? Ja wszedłem w to jak w masło.

Poznańska Zbombardowana Laleczka była wyznacznikiem trendu. Ich „Syneczku, ty nie umieraj” ze śpiewającą Gertrudą to majstersztyk punkowej elegancji. Oczywiście dopełniały go fryzury – nieodłączny element każdej subkultury.

Moi osiedlowi kumple i świeżo poznani załoganci z koncertów w Sęku, Tropsie, Agorze, Orbicie czy Nurcie korzystali z moich usług. Irokezy, fryzury na The Cure i różnorakie poszarpańce przychodziły mi tak łatwo jak punkowy rytm na cztery. Kolesie mieli do mnie zaufanie – byłem „swój”. Prawdziwi fryzjerzy nie chcieli strzyc punków i irokezów, a młodzież nie chciała chodzić do nich. Nie było zgody, a ja byłem zwornikiem tych środowisk.

W 1989 roku, jako świeżo upieczony czeladnik, miałem już trzyletnie doświadczenie w strzyżeniu poznańskich punków, gotów i niezali – i coraz większą chrapkę na więcej. Po zawodówce trafiłem do technikum fryzjerskiego. Wtedy już jeździłem na Jarocin nie tylko jako fan, ale jako subkulturowy fryzjer – ten od irokezów. Piękna była ta kolejka panczurów do mojego fotela w wynajętym pustostanie.

Moje życie od początku płynęło z brzytwą i pałeczkami, ale też z piórem. Lubiłem pisać: wspomnienia, branżowe rozkminy, muzyczno­‍‑ideologiczne refleksje. Czy hardcorowcy mogą mieć długie włosy, a punki krótkie? Sztampa wkroczyła nawet do subkultur. Jak śpiewał Dezerter: „Ten jest stąd, a tamten stamtąd… Więc tego chcesz słuchać, a tamtego bić”. Niewiele trzeba, by się pokłócić – nawet o fryzury. W zakładzie fryzjerskim każdy powinien czuć się dobrze – wiedziałem to podskórnie, całym sobą.

Moje pisanie książek i recenzji może dziś wydawać się anachronizmem na miarę starożytnych hieroglifów, ale papier przetrwa stulecia. Mam nadzieję, że barbering i rockowa muzyka też.

Większość moich historii wiąże się z Poznaniem – miastem pracy i etosu, jak nigdzie indziej. W pewnym momencie zapragnąłem grać więcej. Topór, Dead Division, Parlament, Hacesja, Cymeon X, Respect – zespoły, w których grałem na perkusji, śpiewałem i pisałem teksty. Tam też fryzura musiała się zgadzać – czy była postawiona, czy położona, zawsze przygotowana przed próbą i koncertem.

W 2016 roku otworzyłem swoją wymarzoną Jamę – barber shop, który miał być trochę jak sala prób garażowego zespołu, trochę jak jarocińska kanciapa, w której strzygłem punków, a trochę jak najlepsze barbershopy świata. Najważniejsze było jedno: serce na wierzchu. I tego, wraz z rodziną, współpracującymi rzemieślnikami i – najważniejszym ogniwem – klientami, trzymamy się do dziś.

Tu muzycy z poznańskich kapel przygotowują fryzury przed koncertami. Tu można spotkać Litzę, Grabaża, Mańkovera czy członków mniej znanych bandów. Ich muzyka rozbrzmiewa wśród ścinanych włosów.

A ja – od dziecka po dziś dzień – piszę swoje życie kluczem wiolinowym, wyczesując nuty grzebieniem i przycinając je do własnych upodobań.

Tego wszystkim życzę – bycia sobą.