Netflix kolejny raz nas miło zaskoczył polskim serialem. Po świetnej „Wielkiej wodzie” i „Heweliuszu”, w tym roku otrzymaliśmy „Ołowiane dzieci” – serial, o którym ponownie może być głośno na świecie. Historia przedstawiona przez reżysera Macieja Pieprzyca wraz z autorem scenariusza Jakubem Korolczukiem opisuje historię lekarki Jolanty Wadowskiej-Król, która leczyła ołowicę u dzieci na Śląsku w latach 70. Walczyła z chorobą, ale też z lokalną władzą, Hutą Szopienice oraz upartymi mieszkańcami. Sporo tego, prawda?
Serial jest aktualnie najchętniej oglądanym tytułem na platformie Netflixa. Nie ma co się dziwić, bo jest to dobry serial, który został świetnie wyprodukowany. Akcja toczy się wokół huty w Szopienicach – to oczko w głowie ówczesnej władzy regionu, która chce się pochwalić nowoczesny, zakładem swoim przyjaciołom z ZSSR podczas wizytacji towarzysza Breżniewa. Właśnie w tej dzielnicy Katowic pracuje nasza bohaterka, grana przez świetną w swojej roli Joanne Kulig. U jej boku możemy zobaczyć Kingę Preis, która gra lekarkę Wiesławę Wilczek. Damski tercet uzupełnia profesor Berger, szefowa kliniki pediatrycznej, którą grała niezawodna Agata Kulesza. Tutaj warto zwrócić uwagę, że w rzeczywistości trzecią kobietą, która pomagała ratować dzieci na Śląsku była prof. Bożena Hager-Małecka, ale do tego jeszcze wrócę później.
„Ołowiane dzieci” to również wyraziste kreacje męskie, gdzie na akranie możemy podziwiać grę Zbigniewa Zamachowskiego i Mariana Dzięciela, którzy grają lokalnych polityków walczących o władze w regionie. Natomiast te trio aktorskie uzupełnia pan Niedziela, czyli Michał Żurawski grający agenta SB, który jest największym złolem obok samej huty. Właśnie z tymi dwoma złymi charakterami musi odbyć największą walkę doktór Jolanta.
W międzyczasie nasza bohaterka dwoi i się i troi, żeby doprowadzić do poprawy sytuacji chorych dzieci, a na końcu samych mieszkańców dzielnicy, którą zatruwa wspomniana huta. Huta w tym przypadku jest największym wrogiem lokalsów, ale zarazem też im wszystko daje, co prowadzi do wielu konfliktów. Przy okazji truje dosłownie wszystko – rośliny, zwierzęta, glebę, wodę, jedzenie itd. W rzeczywistości psy nie przeżywały tam tygodnia, ptaki masowo padały, a okna trzeba było myć codziennie. Pani doktór w takich warunkach przebadała ok 5 tysięcy dzieci.
Jest też kilka wątków pobocznych, które dodają napięcia serialowi i fabularnie go urozmaicają. Nie chcę spojleorwać, ale Niedziela strasznie miesza.
Przejdźmy do aspektu wizualnego serialu, bo jest świetny. Dla stworzenia realizmu twórcy połączyli kilka miast ze Śląska, co dało porażający efekt. Przedstawiony obraz Szopienic może szokować, ale tak właśnie żyli ludzie na osiedlu pod hutą. Oni naprawdę egzystowali w takich warunkach, gdzie nie mieli m.in. dostępu do bieżącej wody. Oglądając serial aż czuje się ołów w nozdrzach. Twórcy również genialnie odwzorowali wnętrza pomieszczeń – mieszkania, biura zakładowe, partii, czy sanatorium (ta boazeria!). Nie zabrakło oczywiście koszyczków do herbaty, białych komód w kuchni, sklepów Społem, budek z piwem, Syrenek z Warszawami i innych stylowych aut z tego okresu. Jeśli chodzi o scenografię, to Joanna Macha oraz Marcelina Początek-Kunikowska odwaliły kawał dobrej roboty. Na pewno inaczej to odbiorą starsi widzowie, a inaczej młodzież. Dla młodego widza przedstawiony obraz może być niczym z filmu si-fi. Niektórzy pewnie pierwszy raz zobaczą obrazki z dziennika telewizyjnego, który dzisiaj może robić za program rozrywkowym, a wówczas był kołem napędowym propagandy PRL-u. To dobra lekcja historii, która oprócz scenografii, pokazuje, w jak ciężkich czasach opresji musieli żyć Polacy.
Uwagę zwraca również świetnie dobrana muzyka, która towarzyszy nam przez cały serial. Mamy tutaj hity dekady w wykonaniu tuzów lat 70. Usłyszymy m.in. Annę Jantar, Breakout czy Marka Grechutę.
Uwaga, serial można ,,zjeść” w jeden wieczór.
Teraz trochę kontrowersji wokół serialu. Magdalena Majcher, autorka książki „Doktórka od familoków” na podstawie rozmów z Jolantą Wadowską-Król, wypunktowała ostatnio cały serial i wskazała dokładnie, co jest fikcją a co prawdą. W sieci wybuchła dyskusja nad pominiętymi faktami, m.in. wymazaniu z historii wspomnianej już prof. Bożeny Hager-Małeckiej. Dziwi mnie to, bo to to ona ruszyła całą machinę badań na Śląsku po powrocie ze Szwajcarii, gdzie zetknęła się pierwszy raz z ołowicą. To ona zdiagnozowała pierwsze chore dziecko w regionie. Dziwny to był zabieg twórców i mocno krzywdzący dla całej historii. Takich wątków było więcej, ale do tego dojdźcie już sami, ale dopiero po seansie, żeby nie psuć sobie serialu. Na końcu zawsze pamiętajmy, że jest to serial fabularny, a nie dokumentalny. W związku z tym wiele historii w serialu nigdy się nie wydarzyło. Może dlatego to się właśnie tak dobrze ogląda? Oceńcie sami. Natomiast ode mnie za całokształt wysokie 8/10.