Lata 90 to początki klubów, które znamy w dzisiejszej formie. Polska otworzyła się na świat. Fascynowało nas wszystko co nowe. Na imprezach było coraz mniej wodzirejów puszczających płyty, a ich miejsce zajęli DJ-e miksujący muzykę. Scenę klubową budowały subkultury. Inspirację stanowiły stacje muzyczne w telewizji satelitarnej, sprowadzane z zachodniej Europy kasety video z pokazami DJ-ów i winyle, po które wielu jeździło wtedy do Berlina. To wszystko ukształtowało środowisko klubowe na wiele lat. Obecnie znajdujemy się u progu kolejnej rewolucji, która zmieni kluby muzyczne na całym świecie, nie tylko w Polsce.
DJ, to już nie brzmi dumnie
Branża DJ-ska od wielu lat zmaga się z problemem niskich wynagrodzeń. W 2003 roku za kilkugodzinny set otrzymywałem 200-300 zł. W kolejnych latach moje zarobki rosły, docierając w 2008 roku do 800-900zł i nie były zjawiskiem wyjątkowym na tle całej branży. W tamtych latach minimalna pensja krajowa wynosiła 845 zł. Od tego czasu wysokość didżejskiego honorarium spada w stosunku do średnich zarobków, a także w stosunku do pensji minimalnej. Trudno wyobrazić dziś sobie przeciętnego DJ-a zarabiającego ponad 3500 zł za 3 godziny pracy. Większość klubów płaci kilkaset złotych za set, a wąska grupa najpopularniejszych DJ-ów może liczyć na stawki powyżej 1500 zł. Często słyszę o grających za 100 zł i pokrycie rachunku na barze. Gdy prawie każdy w naszym kraju zarabia więcej niż kilkanaście lat temu, honoraria DJ-ów praktycznie stoją w miejscu. Oczywiście warto zwrócić uwagę, że na początku lat 2000 DJ-e zarabiali wyjątkowo dużo w stosunku do innych zawodów i cieszyli się nawet umiarkowanym prestiżem. Obecnie sytuacja jest zupełnie inna, a podaż usług didżejskich wzrosła wielokrotnie. Jest to spowodowane przede wszystkim, niskim progiem wejścia do tej profesji. Jeszcze 25 lat temu kupno sprzętu i płyt stanowiło ogromną barierę finansową, również nauka miksowania dla wielu osób była wyzwaniem. Dziś już po kilkutygodniowym kursie można zaliczyć przyzwoity występ, a większość bywalców klubów nawet nie zauważy, że gra osoba początkująca. Zarówno dostępność muzyki, jak i technologia, na której oparto oprogramowanie do miksowania w znaczącym stopniu ułatwiły wejście do zawodu. To, co w latach 2007-2010 stanowiło nadzieję na “demokratyzację” didżeingu, dziś jest jego głównym problemem. W rezultacie wynagrodzenia nie rosną w zadowalającym tempie, a DJ-ami zostało mnóstwo przypadkowych osób: influencerzy, celebryci internetowi, fotografowie…dla których jest to kolejna poboczna działalność, umożliwiająca zdobycie większej.
Placówki gastronomiczne typu uzupełniającego
Zmiany nie ominęły również klubów. Przełomowy okazał się czas pandemii. Branża muzyczna bardzo ucierpiała w czasie tamtych wydarzeń. W całej Europie mnóstwo klubów ogłosiło upadłość. Niestety nie są prowadzone w Polsce badania sytuacji ekonomicznej klubów muzycznych, ale ten segment rynku uważa się formalnie za „placówki gastronomiczne typu uzupełniającego”, a już o samej gastronomii wiemy dużo. Od 2019 roku zamknięto ponad 20 tysięcy punktów gastronomicznych w naszym kraju. Ceny energii, koszty pracy i mały popyt okazały się nie do udźwignięcia głównie dla małych firm prowadzących handel detaliczny i gastronomię. Dobrze radziły sobie duże podmioty – sieci restauracji, hoteli, tak jak zazwyczaj dzieje się to w czasach kryzysu, jednak w środowisku klubowym takie raczej nie występują. Wzrosły także koszty utrzymania, co szczególnie uderzyło w ludzi młodych, stanowiących fundament klubowej publiczności. Prawdopodobnie najgorsza sytuacja jest jednak w Wielkiej Brytanii, gdzie jeszcze w 2013 roku istniało 1700 klubów, a dziś jest to mniej niż 800. W Londynie biuro burmistrza uruchomiło nawet specjalną grupę zadaniową, której celem jest ożywienie życia nocnego i ratowanie zagrożonych zamknięciem lokali. Wyjście do klubu w każdym państwie europejskim stało się luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić. Ceny biletów na koncerty w Polsce tylko w ciągu ostatniego roku wzrosły o 19%. Rosną także ceny napojów, nie tylko alkoholowych. Problemy ekonomiczne to tylko jedno z wielu wyzwań stojących przed branżą .
Czekając na sobotę
Pojawiły się alternatywne formy spędzania wolnego czasu i wyjście do klubu nie jest już główną rozrywką, jak było to jeszcze kilkanaście lat temu. Film dokumentalny „Czekając na sobotę” mógł powstać w tamtym czasie równie dobrze w dużym mieście, gdzie młodzież skupiona w ramach subkultur, żyła kolejną imprezą i była to dla nich jedyna okazja, by posłuchać ulubionej muzyki, w dodatku w większej grupie. DJ-e grali utwory szerzej niedostępne, więc warto było iść do klubu z myślą o ich setach. Dziś Internet umożliwia łatwe dotarcie do praktycznie każdej muzyki na świecie. Technologia stworzyła świat dla wielu osób bardziej interesujący, niż rzeczywistość.
Alkohol? Nie, dziękuję!
Wymyślony jeszcze w latach 90-tych model funkcjonowania klubów opiera się głównie na sprzedaży alkoholu i nie wymaga wielkiej kreatywności. “Bar plus DJ” – to najczęściej wystarczało, by spokojnie prowadzić działalność. Przedstawiciele Pokolenia Z, czyli osoby, które przynajmniej w teorii powinny odwiedzać kluby najczęściej, nie sięgają już po alkohol tak chętnie. W Wielkiej Brytanii 39% ankietowanych pomiędzy 18 a 24 rokiem życia nie pije alkoholu wcale. W Polsce młodzi ludzie piją o 20% mniej niż poprzednie pokolenia, pomimo zwiększonej dostępności alkoholu. W 2019 roku za średnie miesięczne wynagrodzenie można było kupić 1645 butelek piwa, natomiast dziś jest to już 1798, a mimo to sprzedaż w grupie wiekowej 18-30 lat spada. Dla klubów muzycznych opartych na starej formule to prawdziwy dramat. Problemy ekonomiczne w końcu przeminą – niższe stopy procentowe będą pośrednio generować popyt, wzrosną płace i poziom konsumpcji. Natomiast zmiany społeczne i kulturowe nie są czymś, z czym można sobie tak łatwo poradzić.
Częstotliwość imprezowania
W krajach wysoko rozwiniętych poważnym problemem jest starzenie się społeczeństw. W Polsce od lat 90-tych regularnie spada liczba osób w wieku do 38 lat i rośnie liczba osób po 70 roku życia. Prognozy wskazują, że ta tendencja jeszcze bardziej się pogłębi. Wewnętrzne migracje z prowincji do dużych miast trochę niwelują negatywny efekt tego zjawiska dla klubów, ale nawet to nie zmieni przyszłości. Zresztą nie tylko branża muzyczna będzie się borykać z tym problemem. W tym kontekście, rozkwit kultury klubowej w Afryce i Ameryce Południowej nie dziwi. W krajach rozwijających się społeczeństwa są młodsze, a artyści dużo bardziej kreatywni, niż w Europie i USA. Zwróćcie na to uwagę, oglądając następnym razem Boiler Room z Kolumbii czy Etiopii. Najciekawsze zjawiska w muzyce dzieją się na tzw. globalnym południu. W Polsce stosunkowo dobrze radzą sobie kluby spełniające oczekiwania klientów po 40-stce. Właśnie ta grupa wiekowa dorastała na fali największych sukcesów rodzimego clubbingu, w przeciwieństwie do młodzieży nie stroni od alkoholu i posiada ustabilizowaną sytuację finansową. Być może te nieliczne kluby, które w niedalekiej przyszłości zostaną na rynku, będą skierowane właśnie do 40/50-latków. W Europie Zachodniej nikogo nie dziwi obecność starszych osób na parkiecie. Możliwe, że Polska dużych miast pójdzie w tym kierunku. Głównym problemem okazuje się jednak częstotliwość imprezowania – im starszy klient, tym rzadziej wychodzi do klubów.
Kawowe rejwy
Znamy główne czynniki napędzające zmiany, ale co dalej? Czy kluby czeka nieuchronny koniec? Odpowiedzią na mniejsze spożycie alkoholu i trend zdrowego życia są nocne “sober raves” – imprezy, na których nie podaje się napojów alkoholowych, a także poranne “coffee parties”. Te ostatnie nie są nowym zjawiskiem. Pierwsze imprezy, podczas których alkohol zastępowano kawą i smoothies organizowano w 2013 roku w Londynie i Nowym Jorku. Obecnie przeżywają renesans. Odbywają się z najczęściej w weekendy i często poprzedzone są np. sesją jogi lub innym rodzajem aktywności. Polskie “kawowe imprezy” cieszą się również dużą popularnością. Osoby wpisujące się w trend zdrowego życia mają szansę potańczyć bez zarywania nocy, poznać kogoś nowego i nie są już skazane na budowę relacji międzyludzkich w mediach społecznościowych czy aplikacjach randkowych. Jest to szczególnie istotne w czasach post-pandemicznej epidemii samotności. Kryzys sanitarny pozostawił znaczące ślady w relacjach międzyludzkich, głównie wśród ludzi młodych, którzy dla branży rozrywkowej są kluczową grupą.
Imprezy bez alkoholu i “kawowe rejwy” z pewnością są godne uwagi i warto na nie wpaść. Mam jednak wątpliwości czy stanowią realną odpowiedź na problemy, z którymi borykają się właściciele lokali, DJ-e i twórcy muzyki elektronicznej. W większym stopniu uważam je za biznesowy sposób radzenia sobie z trudną sytuacją i nie sądzę, by kreowały trwałe zjawiska kulturowe. Z punktu widzenia przedsiębiorcy wydają się doskonałym rozwiązaniem – gdy publiczność stroni od alkoholu, proponujemy mocktaile, gdy chcemy by tańczyli w niedzielę rano, oferujemy kawę i napoje energetyczne. Moim zdaniem, te wydarzenia to kolejne produkty z niewielkim potencjałem kulturotwórczym. Zakręty historii, w tym przypadku klubowej, często generują pomysły, które w założeniu mają zmienić świat. Z reguły kończą jako dodatek do głównego nurtu, o ile potrafią przetrwać w szczycie popularności dłużej niż kilka lat.
Rozwiązanie?
Zaskakująco dobrze radzą sobie w Polsce festiwale muzyczne. Oferują wszystko, czego nie znajdziemy w zwykłym klubie. Kilka scen, zróżnicowana muzykę, inne formy sztuki, projekcje filmów, warsztaty, a nawet wykłady czy panele dyskusyjne. Kompleksowe podejście do kultury jest tym, co przyciąga publiczność. Wg badań najliczniejsza grupa na festiwalach to osoby w wieku 24-35 lat, pochodzące z dużych miast. Właśnie tych ludzi w klubach brakuje najbardziej. Być może kierunkiem, w którym powinna pójść branża muzyczna jest pewna “hybryda” zapożyczająca z festiwali ideę całościowego doświadczenia kultury, bez największych wad wydarzeń na kilkadziesiąt tysięcy osób. Dobrym przykładem jest gdańska 100cznia. Oryginalna, kontenerowa architektura, food trucki, urozmaicona muzyka, street art w galerii Layup, boisko do koszykówki, skatepark – to tylko część bezustannie zmieniającej się i odpowiadającej nowym wyzwaniom oferty 100czni. Co więcej, publiczność otrzymuje “festiwalowe” doświadczenie kultury, bez konieczności zakupu drogich biletów z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i bez noclegów w niebotycznych cenach. To, co odróżnia 100cznię od podobnych przestrzeni w innych miastach i powinno stanowić inspirację, to niebanalne połączenie muzyki, gastronomii, sztuki i inicjatyw społecznych.
Poczucie pokrewieństwa
Od samego początku kluby były miejscem, gdzie ludzie mogli poczuć się częścią społeczności skupionej wokół idei, muzyki i tożsamości. Dla wielu osób jest to jedyne miejsce, gdzie czują się bezpieczne w wyrażaniu siebie – w tym miejscu warto wspomnieć, jak dużą mają wartość dla społeczności LGBT+. Kluby nie znikną, a tym co zawsze będzie trzymać je przy życiu jest naturalne pragnienie tańca i przeżywania muzyki wśród ludzi, z którymi czujemy więź – opartą także na podobnym guście muzycznym. Parkiet w nocnym klubie daje nam wrażenie intymności, możliwość bycia sobą, a jednocześnie nie wiąże się z samotnością, bo mamy wokół siebie ludzi myślących i czujących podobnie. To spontaniczne poczucie “pokrewieństwa” z nieznajomymi jest największą zaletą klubów, fundamentem, bez którego nie mogą istnieć, wartością, której nie zastąpi żadna znana nam technologia. Znaleźliśmy się jednak u progu rewolucyjnych zmian, a kolejne lata wydają się pod tym względem niezwykle interesujące.