Na półkach sklepu Art Rock znajduje się każda odmiana rocka, sporo jazzu, klasyki popu, a także odrobina hip-hopu. A w prywatnych zbiorach właściciela – Witolda Andree – ok. 700 różnych winyli zdobytych na przestrzeni lat. Wśród nich przeważa jeden szczególny tytuł, jeden szczególny zespół. Jest to prawdopodobnie największa taka kolekcja w kraju, na którą składają się rzadkie wydania z całego świata, oryginalne reedycje i kolorowe krążki. Mowa tutaj o legendarnym albumie zespołu Pink Floyd The Dark Side of the Moon. Kiedy rozmawiamy, na sklepowym adapterze gra album Pink Floyd Division Bell – pierwsze amerykańskie wydanie z 1994 r. na niebieskim, przezroczystym winylu.
Znalazłem informację, że w 2023 r. Pana kolekcja The Dark Side of the Moon, kultowego, ósmego studyjnego albumu zespołu Pink Floyd, liczyła 120 pozycji. Jak prezentuje się teraz?
Między 130 a 140 różnych egzemplarzy. Oczywiście nie są to wszystkie, które wyszły na świecie. Licząc wszystkie tłoczenia, to będzie ich ponad 500. Natomiast część z nich w ogóle się nie różni, tylko matrixem, czyli wytłoczonym numerem na dobiegówce. Mnie interesują różnice, które są widoczne gołym okiem. Po pierwsze – kraj produkcji, po drugie – wydanie, po trzecie – wyraźne różnice albo znaki, które umieszczano na okładce lub płycie. To mogą być egzemplarze np. z tych samych państw, ale z różnych lat.
Czy została jeszcze jakaś edycja, którą chciałby Pan mieć?
Nie ma takich, które bardzo chcę zdobyć. Takim egzemplarzem było tłoczenie japońskie z 1974 r. Jest to wydanie prawie kompletne, z tzw. obi – dodatkową banderolą, która była na japońskich płytach. Ona mówiła o tytule, cenie (tu jest 2500 jenów), i numerze katalogowym. W tamtych czasach była przez ludzi przeważnie wyrzucana. Płyty kompletne z banderolą trafiają się rzadziej i są co najmniej dwa razy droższe. Ten egzemplarz z obi, oryginalny, kwadro – bo wersje stereo mam trzy inne, z trzema różnymi banderolami, wszystkie z lat 70. – udało mi się kupić w tym roku. Ostatnio sprawdzałem i ktoś wystawił tę płytę za 2500 dolarów, ale myślę, że trudno sprzedać ją w takiej cenie. Natomiast jest warta od 500 dolarów w górę. Jednak jeśli chodzi o ceny, to nie ma reguły.
Słucha Pan wszystkich płyt z kolekcji? Czy są raczej tylko do postawienia na półkę?
Odsłuchuję wszystkie, żeby wiedzieć, jak to brzmi – do niektórych nie wracam. Czasem z kolegami porównujemy jakość dźwięku, która różni się na poszczególnych wydaniach. Powiem tak… Nie mam wszystkich, natomiast mam w tej chwili płyty z każdego kraju, gdzie została wydana: Malezja, Singapur, Australia, Nowa Zelandia, Tajwan, Korea Południowa… Co ciekawe, koreańska w pewnym momencie była cenzurowana, dwa nagrania wyrzucono, Any Colour You Like i Brain Damage, może kojarzyły się z narkotykami. Mam płyty z całej Europy, choć nie wszędzie została wydana. Np. w Skandynawii było jedno skandynawskie tłoczenie, z tego, co wiem. Posiadam również egzemplarze z krajów socjalistycznych, gdzie została wydana pod koniec lat 80. – w Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech, w Rosji. Oczywiście, jeśli chodzi o Związek Radziecki, ta płyta chyba była mało legalna, ale jednak ją wydali. Poza tym posiadam kilka wydań argentyńskich, kilka wenezuelskich, z Peru, Meksyku, Brazylii i Afryki Południowej. Również z Izraela i Turcji – bardzo trudno dostępna i bardzo droga, mam co najmniej jedną. Plus cały zestaw płyt wydawanych na przestrzeni lat. Jeśli chodzi o wznowienia w latach 90. czy 00. to mam praktycznie wszystkie. Ale to już były ogólnoświatowe albo europejskie i amerykańskie.
W Pana kolekcji są tylko winyle, czy także kompakty albo kasety?
Kompaktów mam z około dziesięciu różnych wydań, były takie okolicznościowe. Najlepiej wydany w latach 00. jest ten z 2003 r. na 30-lecie albumu – zarówno winyl, jak i kompakt – najlepiej brzmiący, najlepiej zrobiony. Ten na 50-lecie jest najgorzej zrobiony. Rzeczy idealnej się nie poprawia. Każde kolejne wydanie jest gorsze, brzmi dużo gorzej niż te z lat 70., to jest przepaść w dźwięku. Odsłuchuję wszystkie, które mam w kolekcji, ale do niektórych nie wracam. Teraz najczęściej słucham tego egzemplarza japońskiego.
Bardzo ciekawią mnie początki Pana pasji.
Najpierw słuchałem muzyki z winyli mojego ojca – Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni. Natomiast swoje zacząłem zbierać w połowie lat 70. Wtedy płyty zachodnie były horrendalnie drogie jak na nasze zarobki. Kosztowały od połowy miesięcznej pensji w górę, czasem nawet całą pensję. Pierwszą płytę kupiłem w 1975 r., to był Abbey Road Beatlesów, angielskie wydanie, dałem za nią wtedy 500 zł, czyli połowę średniej pensji w Polsce. Drugą płytę kupiłem dopiero rok później – Rolling Stones za 600 zł. Pod koniec lat 70. udało mi się wyjechać do Francji, do pracy. Potem jeszcze raz w latach 80. Kiedy tam zarabiałem pieniądze, najczęściej przywoziłem winyle i ta kolekcja rosła. I tak do dzisiaj.
Abbey Road zostało zdarte do końca?
Zawsze starałem się mieć dobry sprzęt z dobrą igłą, dobrą wkładką, aby te płyty się nie niszczyły. Do tej pory mam ten Abbey Road i nadal świetnie gra. Płyty tłoczone w latach 60. i 70. szczególnie, to są płyty nie do zdarcia. Najlepszym przykładem są pierwsze wydania Beatlesów z początku lat 60., one grają znakomicie, nawet gdy wizualnie już nie wyglądają. Jeśli porównamy dźwięk płyty wydanej w latach 70., 80., i tej samej wydanej teraz, to ta stara zawsze brzmi lepiej. Ale ten dźwięk musi być w jakiś sposób przeniesiony, przez odpowiedni sprzęt: gramofon z dobrą wkładką, odpowiednio dobrany wzmacniacz i kolumny. To nie musi być sprzęt hi-endowy. Niektórzy się ze mną pewnie nie zgodzą… Kupują wzmacniacze lampowe, kable za 500, albo i 1000 zł za metr – ja uważam, że to są bajki. Można słuchać muzyki w znakomitej jakości za kilka tysięcy złotych. Najdroższe, co mam, jeśli chodzi o mój sprzęt, to wkładka – kupiłem ją za 1600 zł, ale to słychać. Pozostałe składniki niekoniecznie muszą być drogie, ale dobrze dobrane.
A The Dark Side of the Moon? Kiedy zdobył Pan swój pierwszy egzemplarz?
Pierwszy egzemplarz nie był mój. To był rok 1974. Mój starszy kuzyn był na wakacjach z rodzicami w Jugosławii i przywiózł wtedy „Ciemną Stronę Księżyca”, bo tam wydawano płyty… Zachodnie. W Jugosławii! To była pierwsza płyta, którą nagrałem na magnetofonie. Nie pamiętam, kiedy zdobyłem już własny egzemplarz, nie później niż w 1978 r. Być może, jak byłem we Francji i pracowałem na budowie, miałem wtedy 17 lat. Za to pierwszy egzemplarz kolekcjonerski dostałem na początku lat 80. od moich rodziców, na gwiazdkę. To było wydanie z 1977 r. na białym winylu, oficjalne niemieckie. Nie mam już tego egzemplarza, ale oczywiście mam tę płytę w swojej kolekcji.
W tym momencie nie mogę nie zapytać: dlaczego akurat ta płyta?
Uważam, że to jest najlepsza płyta wydana w historii muzyki.
I od początku szukał Pan zawsze tej konkretnej?
Dopiero z czasem, kiedy rozwinął się sklep – tak miałem jeden lub dwa egzemplarze. Zaczęło się od tego, że jeden mój kolega kolekcjonuje winyle Beatlesów Sgt. Pepper’s – ma ich prawie 300, ja mu nawet jakieś egzemplarze znajdowałem. Jakieś 15 lat temu, jak on tak szukał tych płyt, to stwierdziłem, że jak ty kolekcjonujesz „Sierżanty”, to ja zacznę zbierać „Ciemne Strony Księżyca”. To mnie natchnęło. Fajnie jest mieć ileś tam wydań. Mam chyba z dziesięć różnych Wish You Were Here, to moja druga ulubiona płyta, ale o tę płytę już nie zabiegam. Czasem coś wpadnie z inną okładką lub grafiką – tam też są różne niuanse. „Ciemnych Stron Księżyca” szukam.
Teraz kolekcjonuję przede wszystkim płyty z autografami i staram się sam je zdobywać. Mam Selling England by the Pound Genesis, ich najbardziej znaną płytę, z autografem Stev’a Hacketta. Mam Neila Younga, Atomic Rooster, Nazareth czy Uriah Heep. Mam Pink Floyd Meddle – własnoręcznie zdobyte autografy: Roger Waters i Nick Mason. Richard Wright nie żyje, a David Gilmour podobno nie podpisuje. Tutaj sam Nick Mason na płycie Animals – to jest wydanie z lat 70., oficjalne niemieckie, w tej chwili kosztuje 600 zł, bo jest na różowym winylu. Autograf Nicka Masona zdobyłem, jak grał na Torwarze w 2019 r. Roger Waters podpisał mi przy okazji opery Ça Ira w 2006 r., przy której się specjalnie zatrudniłem. Pracowałem ciężko fizycznie przez siedem dni, ale miałem go obok siebie na próbach, kiedy budowałem trybuny.
Sklep, który już od dawna jest na mapie Poznania.
Handlowałem płytami od 1977 r., na giełdach studenckich. Pierwszą płytę, którą sprzedałem, było Pink Floyd Animals – miałem wtedy dwie. Oczywiście, za te pieniądze, na tej samej giełdzie, kupiłem kolejną płytę. Przez lata 80. cały czas handlowałem, nawet miałem firmę, zarejestrowaną w 1988 r., która nagrywała i sprzedawała. Ale ta, z różnych powodów, nawet politycznych, została zlikwidowana przez milicję. W 1995 r. założyłem firmę Oskar jako hurtownię płyt kompaktowych. Funkcjonowała przez 3 lata, po czym wydaliśmy pierwszą płytę Colina Bassa, basisty grupy Camel – od tego czasu zaczęło się wydawnictwo. W 1999 r. założyłem sklep detaliczny na ulicy Wodnej, wtedy ten sklep miał swój pub, ale były duże koszty. Później przeniosłem się na Wielką 9, wejście od Szewskiej – to był gdzieś 2003 r., a trzy lata temu sklep się powiększył.
Sklep przetrwał winylowe „załamanie”.
Tak, dokładnie. Przez jakiś czas dopłacałem do interesu. Ten sklep to było hobby, bardzo długo. Przez lata prowadziłem wydawnictwo płytowe, wydałem 150 albumów na kompaktach, 50 na winylach, zajmowałem się muzyką z pogranicza rocka progresywnego. To były zespoły brytyjskie, francuskie, kanadyjskie, polskie, także holenderskie. Z tego żyłem, dlatego sklep mógł funkcjonować jako hobby, nawet jak do niego dopłacałem, to było miejsce: „koledzy przyszli, słuchamy muzyki”. Jakbym miał z niego żyć w latach 2005 do 2012, to nie byłbym w stanie go utrzymać. A w tej chwili koniunktura na winyle bardzo mocno się poprawiła i odpowiednie dochody ten sklep przynosi.
Czy ma Pan w takim razie wskazówki, jak się nie „naciąć” kupując winyle?
Stan można ocenić dopiero po umyciu płyty, a 99% z nich jest niemytych, zakurzonych. Przede wszystkim, płyt się nie ogląda w świetle słonecznym. Nie jesteśmy wtedy w stanie ocenić jej stanu, rys, uszkodzeń – chyba że są głębokie – ale te, które mogą powodować jakieś zniekształcania, tych nie zobaczymy. Musimy oglądać je w świetle sztucznym. Trzeba kupować od sprawdzonych dostawców.
Zza lady obserwuje Pan rynek winyli, a ten ciągle rośnie, pojawiają się reedycje, nowe wydania, edycje kolekcjonerskie.
Rośnie. To mamy nawet w statystykach: w Stanach sprzedaż winyli przekracza wszelkie rekordy. Ich powrót zaczął się gdzieś po 2006/7 r., a tak naprawdę wielki po 2010 r. Od 2015 r. przybywa coraz więcej ludzi młodych. Średnia wieku pomiędzy rokiem 2005‒2015 kupujących w moim sklepie spadła z 50 lat na 25 – średnia! W tej chwili mój główny klient to młodzież, nawet z podstawówki, gdzie nie ma tradycji od rodziców. Rodzice przychodzą i mówią „mój syn/córka oszalał_a na temat winyli, ja nigdy nie miałem”, ale tutaj kupuje. Jest to fajnie. Nie wiem, w jakim stopniu jest to moda, a w jakim chęć pokazania się.
Myśli Pan, że to zainteresowanie płytami winylowymi będzie rosło?
Na razie rośnie, ale jak będzie dalej… Co chwile przychodzą ludzie, którzy mówią, że kupili nowy gramofon albo po wielu latach wrócili do winyli, również młodzi ludzie, i mówią: „to jest pierwsza płyta, którą kupuję”. Przyszłość w takich ludziach.