W tym roku w Poznaniu odbędzie się rekordowa liczba festiwali, ale tym, który od samego początku wzbudzał największe emocje, był nowy projekt Dawida Podsiadły – Zorza wpierana przez T-Mobile. Nowe miejsce, nowa formuła festiwalowa, niekończące się porównania z Męskim Graniem, ogromne zainteresowanie i całkiem ciekawy line-up. Wszystko zapowiadało się wyśmienicie – do czasu…
Już w piątek od rana organizatorów zaniepokoiły alerty burzowe. Wiadomo było, że coś wisi w powietrzu. Niestety, pogoda pokrzyżowała plany wszystkim – zarówno uczestnikom festiwalu, jak i organizatorom. Silny wiatr i ulewa doprowadziły do uszkodzenia infrastruktury, co wywołało duże napięcia wśród uczestników. Nie można było korzystać ze stref gastronomicznych, a kolejki sięgały dwóch godzin. Do tego pojawiły się ogromne kałuże i całe przestrzenie, w których dosłownie można było się taplać w błocie.
Czy to była wina organizatora? Tak.
Czy można mieć do nich ogromne pretensje? Niekoniecznie – choć nie są całkowicie bez winy. Już tłumaczę dlaczego (i zaznaczam: nie jesteśmy w żaden sposób z organizatorem związani).
Po pierwsze – wiele osób pisało, że powinna być możliwość płacenia gotówką. Nie, drogi uczestniku – na nowoczesnych festiwalach z reguły nie używa się gotówki. To logistycznie niemożliwe.
Po drugie – pogoda naprawdę potrafi płatać figle. Owszem, błota mogło być mniej, ale najwidoczniej nie dało się tego uniknąć. Jestem przekonany, że organizatorzy – podczas swojego pierwszego tak dużego wydarzenia – robili wszystko, co mogli. Nie wyszło. Przyjęli to na klatę. Mam nadzieję, że następnym razem przygotują się lepiej na deszcz.
Po trzecie – system płatności działał całkiem sprawnie wtedy, kiedy faktycznie można było z niego korzystać.
Po czwarte – liczba scen była odpowiednia, ale zmiany godzinowe wywróciły rozpiski koncertów.
Po piąte – nagłośnienie było w porządku. „Znawców” odsyłam na inne festiwale – niech sobie porównają.
Po szóste – koncerty. Naprawdę nie rozumiem narzekań na to, co działo się na scenach. Każdy wiedział, na co kupuje bilet. Rojek z Podsiadłą to nie Myslovitz – to było wiadomo. Komentarze w stylu „nie podobała mi się aranżacja” są, szczerze mówiąc, niepoważne.
Po siódme – kolejki przed wejściem. Faktycznie, bramy otwarto z opóźnieniem – zarówno w piątek, jak i w sobotę – z powodów bezpieczeństwa. I to jest zrozumiałe. Jeśli stoisz na zewnątrz i zmokniesz – to wina pogody. Jeśli jednak coś spadnie ci na głowę na terenie festiwalu – wina spada na organizatora. Nie ma się co dziwić, że wolano poczekać z wpuszczeniem ludzi. Jedyny zarzut: zbyt późna informacja o zmianach godzin otwarcia.
Po ósme – publika. Mam wrażenie, że większość osób była pierwszy raz na plenerowym festiwalu. Trzeba to powiedzieć wprost: festiwal to nie stadion. Tu zawsze będą kolejki, może być błoto i nie chodzi się w szpilkach.
Po dziewiąte – Zorza nie jest święta. Organizatorzy mogli lepiej rozplanować teren, by ograniczyć błoto, i – co najważniejsze – wpuścić mniej osób. Jedno z lokalnych mediów (epoznań) podało, że sprzedano ok. 60 tys. wejściówek. Nie jestem w stanie tego zweryfikować, ale ludzi było zbyt dużo, szczególnie pierwszego dnia. W sobotę było już spokojniej. Czy płatności można było lepiej zabezpieczyć? Pewnie tak – podejrzewam, że zawiódł czynnik ludzki.
Zorzy daję drugą szansę. Formuła festiwalu jest w porządku. Mieszanka popularnych artystów, takich jak Podsiadło czy Rojek, z bardziej klubowymi klimatami (np. Catz 'n Dogz) jest ciekawa. Uczestnicy dzielili się na zaprawionych festiwalowiczów i zupełnych świeżaków – to też miało swój urok. A samo miejsce ma ogromny potencjał. Liczę, że w przyszłym roku lepiej wykorzystana zostanie przestrzeń parkowa wzdłuż ul. Warszawskiej.
Za rok też tam wpadnę!
Autorami zdjęć są: Michał Murawski, Maciej Czyżewski i Jakub Sarzyński