Mamy rok 2000, wydaliście „I nie zmienia się nic..”. Album, który w Poznaniu stał się klasykiem, wtedy jednak Polski nie zwojował. Składy z Kielc, Śląska i Warszawy zaczynały robić poważne kariery. Była wtedy w Tobie duża frustracja? Jak sam wspominasz był to ponury okres życia.
Przełom wieków to był bardzo ciekawy czas. Czy była frustracja? Może nie, ale na pewno duże zmęczenie życiem bez celu i drogą donikąd. Wydaliśmy czwarty duży album, który miał dawać tendencję zwyżkową, a po wyjściu z RRX, u Camey spadliśmy do II ligi. Nie było bólu dupy i nie czułem się jakoś specjalnie pokrzywdzony tym, że inni robili już kariery. Widocznie ci, którzy zaczynają wcześniej, muszą dłużej poczekać. I tak debiutowałem wcześniej od niektórych z nich, więc w sumie luz.
Tak, to był ponury okres – od względów ekonomicznych, mieszkaniowych po zwykłe życiowe potrzeby. I to wszystko jest zawarte na tym albumie. Jest tam trochę tego wkurwu i trochę ulicznego sznytu, frustracji w sumie też.
Miałeś wtedy chwile zwątpienia w to co robisz?
Okres zwątpienia był, wspominałem już o tym nieraz. Ta płyta pomimo fajnych sampli i propozycji muzycznych nie była w ogóle muzyczna. Jakość wokali też była słaba. Ten album brzmiał jak taka demówka bez miksu, było tam mnóstwo technicznych błędów. Jednak pomimo też swojej niskiej samooceny, tych niepowodzeń, to miałem w sobie cały czas dużo wiary i wiedziałem, że w końcu dopnę swego i osiągnę sukces. Mimo wszystko graliśmy ileś tych koncertów rocznie, było radio, wywiady, możliwość nagrywania płyt – wiedziałem wtedy, że chce wszystko postawić na rap i się tylko tym zajmować. To się wtedy jakoś sprawdzało, ale im większe oczekiwania tym większy zawód. Nie mieliśmy kontaktów i ludzi w stolicy, gdzie wtedy wszystko się działo. Byliśmy innym obiegiem.
Po burzliwych historiach, wytwórnie RRX i Camey były u Ciebie spalone. Zacząłeś nagrywać nowy materiał, więc pewnie zacząłeś rozglądać się za nowym wydawcą. Podbijałeś gdzieś z tym wcześniej zanim zgłosiło się T1?
Mimo, że był to słaby okres, mieliśmy przerwę i nie wydawaliśmy nic przez ponad 1,5 roku, to paradoksalnie był to lepszy czas. Wtedy mogliśmy się zastanowić nad sobą, dojrzeć do pewnych rzeczy i dostrzec błędy wynikające ze współpracy nad płytami u Camaeya. Myśleliśmy co zrobić, żeby już nie powielać tych błędów i żeby nasza produkcja miała taką jakość, która nas satysfakcjonuje.
My nie podbijaliśmy nigdzie z materialem, ponieważ takiego mateiralu nie mielismy nagranego. Od czasu „I nie zmienia się nic” skupiliśmy się tylko na koncertach, a mieliśmy trochę materiału. Nagrałem jedynie taki refren: Jest jedna rzecz, dla której warto żyć, hip hop, i nie zmienia się nic. To było nawiązanie do ostatniej płyty i to była jedynie taka wejściówka koncertowa, ale to nie miało nic wspólnego z żadnym numerem.
Arek Deliś wspomniał w wywiadzie, że przyszliście do niego z gotowym materiałem, który jednak kiepsko brzmiał. Było tak faktycznie? Twierdził również, że pomógł Wam w tym temacie i poznał Was z Magierą, z którym notabene do dzisiaj współpracujesz.
Nie mogliśmy do niego przyjść z żadnym gotowym materiałem, który kiepsko brzmiał, bo my dopiero zaczęliśmy go nagrywać w momencie, gdy umówiliśmy się z nim, że u niego to wydamy. Mieliśmy wcześniej może z 2, 3 kawałki, które ukazały się gdzieś na składankach Klanu. To nie były czasy, gdy nagrywało się materiał i przychodziło z gotowym do wydawcy. Nagrywało się wtedy, kiedy był na to budżet, a ten budżet zapewniał wydawca. Gotowy materiał wychodził ze studia, a nie z pokoju Decksa, gdzie nawijałem gdzieś do pończochy, co mogliście zobaczyć np. w „Blokersach”. Takie nagrania to były wyłącznie zajawkowe nagrywki i to akurat na potrzeby tego legendarnego dokumentu (śmiech).
Co do Magiery, to poznaliśmy się przy okazji nagrywki na projekt Tymona, również ówczesnego wtedy redaktora „Klanu”, płytę Świntuch. Pojechałem wtedy do Magiery, napisałem na kolanie elaborat na milion wersów i wbiłem zwrotkę do „Te rzeczy są fajne”. Magiera zrobił jeszcze remix do „Pojawiam się i znikam” na „I nie zmienia się nic”. Szybko się zagadaliśmy i polubiliśmy. Fakt, że Deliś zaproponował nam z nim współpracę, czy nie wzięlibyśmy od niego bitów na płytę. Do dzisiaj mam te bity White House, ale to nie były nasze klimaty. Wówczas te produkcje były bardzo spokojne, takie klimaty smooth jazz i trochę ATCQ. Nie pasował ten klimat do SLU, Nowego Yorku – brakowało tego hard corowego brzmienia.
Wracając jeszcze do Arka Delisia. Mimo że płyta do dzisiaj dobrze się sprzedaje, to nie jesteście w ogóle rozliczeni za ten album oraz nie macie do niego praw autorskich. Możesz w ogóle zdradzić, na jakich warunkach była wtedy podpisywana umowa na tę płytę?
Płyta sprzedaje się bardzo dobrze. Została wznowiona w 2014 roku i wg. danych z zeszłego roku, sprzedała się od tej pory w nakładzie 15 tys. egzemplarzy, a od czasu wydania w ponad 100 tys. Jeśli chodzi o prawa autorskie, to są one niezbywalne i T1 ma prawa do fonogramu, które przysługują im na mocy podpisanej umowy w 2001 roku z T1 i Sylwestrem Latkowkim.
To była umowa typowo „pomatonowska”, tak jak nawijał kiedyś o swojej Włodi. Powinniśmy wtedy zasięgnąć opinii prawnika, nie zrobiliśmy tego i ją niestety podpisaliśmy. Mleko się wyłało, na pewno mogliśmy zrobić to inaczej.
Reasumują, oni są właścicielami płyty nagranej w 2001 roku, a my od 2003 roku nie jesteśmy rozliczani. Wg umowy mieliśmy co miesiąc dostawać procent od sprzedaży płyt, ale tego nie dostawaliśmy. W ogóle od 2005 do 2014 była zablokowana sprzedaż przez sprawę ze Stanem Borysem. Nie otrzymaliśmy od tego czasu żadnych pieniędzy, ani ze sprzedaży ani z zaiksu. Licząc w tym Darka i mnie, przez Magierę po nawet fotografa od zdjęć okładkowych, który do dziś nie jest rozliczony. W umowie zawarli, że mogą odpisywać każdy koszt na promocję płyty, więc podczas sprawy sądowej zaczęli przedstawiać poniesione koszty produkcji, od „wielomilionowych” klipów po najdroższą na świecie promocję. Muszą nam oddać pieniądze i tak to na dzisiaj wygląda.

Jak wówczas wyglądała w ogóle praca nad tą płytą i ile trwała?
Tak jak wspominałem wcześniej, odrzuciliśmy propozycję Delisia, jako Magierę na producenta wykonawczego, bo tego nie czuliśmy, ale przywieźliśmy do niego swoje wszystkie graty i sample, żeby nam z tym pomógł. On stwierdził, że te nasze sample, stopy, brzmienia są całkiem niezłe i „kupił” to, więc zaczęliśmy razem pracować. Dużo nas też sam nauczył przy tym, różnych patentów przy produkcji itd. Wyglądało to tak, że przyjeżdżaliśmy do niego na jeden, dwa dni i robiliśmy po 4,5 bitów. Później już były 2, 3 przyjazdy na nagrywanie wokali i skreczy, bo Decks to wszystko robił na żywo. Zawsze mówiłem, że ta płyta była nagrana w tydzień, bo zajęło nam to wszystko czasowo niecałe 7 dni w studiu.
Ale słuchaj, bo mi się przypomniało jeszcze z tym podbijaniem do wytwórni. To było po premierze filmu „Blokersi”, która odbywała się w Warszawie. To było dokładnie 25 września. Było tam upchane tyle wiary, że ostatecznie siedziałem gdzieś na ziemi, bo oczywiście się spóźniłem (śmiech). Potem był after alkoholowo zapoznawczy, gdzie podbił do mnie Deliś przekonany o sukcesie filmu i z tym swoim cwaniackim uśmieszkiem spytał: To co? Nagrywamy i wydajemy płytę? Po tych wszystkich moich złych doświadczeniach stwierdziłem, że jest dobry moment i trzeba kuć żelazo, póki gorące. Powiedziałem eee dobrze, zróbmy tę płytę, przecież gorzej być nie może (śmiech).
Daras wrócił wtedy z egotycznych wakacji, które mu kolidowały z premierą filmu, czego bardzo żałował. Ale jak wrócił to właśnie pojechaliśmy wtedy pierwszy raz do Magiery. I tak dojeżdżaliśmy jakoś przez 3 tygodnie października. Ostatnio właśnie sprawdzałem, że ostatni wokal miałem z 25 listopada nagrany u Donia w studio. To była zwrotka Icemana, bo te wszystkie lokalne rzeczy nagrywaliśmy u nas. Potem już tylko czas produkcyjny i te wszystkie rzeczy poza nami.
A w międzyczasie przytrafiła nam się jeszcze taka okropna historia, o której kiedyś wspominał Magiera. Wszedł na pulpit, otwiera folder „Na legalu”, a tam nic nie ma. Pamiętam termin „zapętlił mi się dysk”, co do dzisiaj nie wiem co oznacza (śmiech). Staliśmy wtedy na Grochowskiej pod sklepem i Decks prawie z łzami w oczach mówił, że została nam już tylko pętla na szyi z kamieniem i skaczemy do Warty (śmiech). To była moja najlepsza płyta i wiedziałem, że warsztatowo to jeszcze dałbym radę odtworzyć, ale emocjonalnie nie dałoby rady. Zebrałem się do kupy i pojechałem jeszcze raz do Magiery na trzy dni i nagrałem u niego jeszcze raz „Randori”, „Kolejny stracony dzień”, „Głuchą noc”, „Mój rap moja rzeczywistość” i jeszcze dwa inne numery, bo resztę uratowaliśmy ze zgranej płyty CD. Słuchacze tak naprawdę dostali płytę składak, bo to dostali utwory, które zachowały się ze zgrywki ze stołu z dobrze ustawionymi wokalami, ale ni można powiedzieć, że nie dało się tego jeszcze dopieścić. Jest to jeszcze do zrobienia. Moim zdaniem to jest niedokończona płyta (śmiech). Uratowaliśmy tylko to co się dało, nie chcieliśmy ciąć na siłę niektórych rzeczy. Zostały też odrzuty z babolami, które mam dysku. Ogólnie to się cieszę, że nam to gdzieś spierdoliło, bo zrobiłem to o wiele lepiej. Np. na raz wbiłem „Nie kocham hip-hop” i to tak zostało, razem z refrenami.
Wracając jeszcze do tematu, to w sumie powstała taka demówka, ale Deliś na pewno jej nie słyszał. Coś tam mu Magiera zgrywał, ale finalnie dostał całą płytę i zapłacił Magierze za całość 5 tys. zł. Gdybyśmy wtedy mieli trzeźwiejszą ocenę sytuacji, bo ta kwota nie była jakaś wielka i byśmy ją sami wyłożyli przed premierą „Blokersów”, to kto wie, może potem mielibyśmy swoje Prosto jak Sokół (śmiech).
Potem premiera i „Mój rap moja rzeczywistość” oraz „Nie-kocham hip-hop”. Przedstawiłeś się całej Polsce. Dwa dobrze przyjęte single i wielkie bum – „Głucha noc”. Uliczny numer z mało imprezową tematyką stał się hitem dyskotek i rozgłośni radiowych. Ten sukces Cię zaskoczył?
To był jeszcze grudzień 2001. Załamany byłem tym klipem, tym trzymaniem w pseudo kajdankach, te niewyjściowe mordy heh. Straszne to było. Nie mieliśmy wtedy możliwości takiej ingerencji, jak to jest teraz przy montażu. Przychodził pan reżyser Latkowski i robiło się to na trzy duble i koniec klipu, a nie jak teraz sobie przewiniesz na kompie, tu cofniesz itd. Poszło to, ale nie przeszło to zbytnio i rudzie marudzili. Ale np. Sokół lobbował to ze swojej strony i polecał całą płytę, a szczególnie „Kolejny stracony dzień”. On doceniał takie „stotytolingi”. Wtedy wyszedł numer „Jest jedna rzecz”, Viva zaczęła to grać non stop. Całą Polska zwariowała i wtedy już poszło z koncertami. No i pod koniec 2002 „Głucha noc” i potem luty 2003 reedycja i „Na legalu +”. Wtedy już była masakara – wywiady, telefony, koncerty. Reklamodawcy wtedy jeszcze nie podbijali, ale byliśmy wszędzie – TVP, Telexpress, wyborcze, przekroje, Hip-Hop Opole, większe i mniejsze media muzyczne. To było duże zaskoczenie. Tym bardziej, że wycenili nasze zarobki na 700 tys. zł za „Na legalu”. Tak spojrzeliśmy na siebie i zapytaliśmy się siebie gdzie jest ten hajs? My nie ogarnialiśmy jeszcze co to jest olis, byliśmy bardziej gośćmi z garażu niż ludźmi od Piotrka Metza. Byliśmy wtedy jeszcze nieświadomi tego wszystkiego, a ktoś tam trzepał na nasz kapuchę.
Pezet do dzisiaj wspomina na koncertach, że irytował go sukces „Seniority, bo na płycie miał o wiele bardziej wartościowe numery. Miałeś podobnie? Trochę ciągnęła się za Tobą ta „Głucha noc”.
Musiałem się z tym pogodzić, że Peja to „Głucha Noc”. Ale to tyczyło bardziej przypadkowych osób. Ludzie słuchający rapu wiedzieli, że SLU to coś więcej niż ten numer. To jest niestety pułapka jednego hitu. Podobnie jest z „Jest jedna rzecz”, który to numer jest hymnem pokoleniowym. Muzyka jest też dla ludzi, jeśli ludzie chcą to zagram tą „Głuchą noc”. Nie zawsze ją gram, ale nie mam z tym problemu. Nie jestem przecież człowiekiem jednego hitu, zrobiłem 21 albumów, a do tego jestem dzisiaj już na tyle dojrzały, że się tym nie wkurwiam.
Ta płyta zmieniła Twoje życie o 180% stopni, a po „Głuchej nocy” już nic nie było jak dawniej. Wielka popularność plus pieniądze, a na liczniku zaledwie 25 lat. Była mocna sodówka?
Na pewno walczyłem o to, żeby odbierano mnie tak jak wcześniej, ale zaczęło do mnie docierać, że już wszystko się zmieniło. Ludzie zaczynają z tobą inaczej rozmawiać, jakby przeprowadzali z tobą wywiad. Ty sam też potem się zamykasz. Okazuje się, że nie jesteś częścią danej wspólnoty, bo oni dalej są swojakami, a temu to się udało i o nas zapomniał. Im bardziej nie chciałem zapomnieć, tym potem bardziej wychodziło inaczej. Poczucie własnej wartości zaczęło się podbudowywać, a alkohol zagłuszał stres i lęki przed oceną swoją, sceniczną oraz recenzjami. Wiele pytań traktowałem jako atak w moja stronę, bo się pewnie bałem konfrontacji. To wszystko było podszyte jakimś lękiem. Alkohol to wszystko nakręcał i zaczęły się spadki formy i obniżenie lotów człowieczeństwa. Zaczęło się kompensowanie biedy rozrywkami, na które mnie było wcześniej stać. Zostawiłem żonę, potem narzeczoną, był alkohol, narkotyki, siłownia, koksy, nawet kolczyk (śmiech). No i w tym tonie zrodziła się „NOJA” i „Szacunek Ludzi Ulicy”. Jeśli to był element sodówki to miało to bezpośrednie odzwierciedlenie w twórczości. Jakie życie taki rap. Tak jak mówisz, jak ma się 25 lat i wychodzi się z zera, potem sobie jesz krewetki nad Śródziemnym, to rzeczywiście e się okazać, że możesz się zgubić. Wszystko powinno być stopniowane częściowo. Młody człowiek może nie być gotowy na taki sukces i może odbić sodówka.
Na płycie poruszałeś wiele wątków społecznych, jak chociażby bezrobocie, które dzisiaj jednak już jest na niskim poziomie. Wiele rzeczy się zmieniło na lepsze, to był inny kraj, inne problemy, inne społeczeństwo. Czy rap zaangażowany, bo tak się wówczas mówiło, ma dzisiaj racje bytu? Mam wrażenie, że o ważnych tematach, mówią cały czas Ci sami raperzy, którzy o nich mówili 20 lat temu.
Ja nie utraciłem starego Peji na „Na legalu”, więc to była kontynuacja tematów. Ja byłem świadkiem biedy, bezrobocia i patologii. Mnie to wszystko ukształtowało, jestem tego wytworem, więc stąd hasło reprezentuje biedę, które było potem prześmiewcze i memiczne. Dzisiaj z rapem jest lepiej, ale należałoby poruszać cały czas takie kwestie, stąd też mój utwór „Mój rap moja rzeczywistość 2”. Rap stał się dzisiaj elementem popu, a teksty stały się płytkie, niezaangażowane. Widać wszechobecny tani blicht bez klasy i smaku, nawiązania do ninetisów i disco polo, gdzie klipy nagrywa się zagranicą. Po raperach z mainstreamu nie spodziewałbym się specjalnie takich treści, ale oczywiście są wyjątki np. Kacper HTA, który jest wrażliwy na takie tematy.
DJ-Feelx ocenił wtedy ten album, za najlepszy jaki wyszedł w historii polskiego rapu. Twierdził, że był kompletny. Z perspektywy czasu ciężko się z nim nie zgodzić, jak dzisiaj na najlepiej sprzedających się płytach nie ma nawet skreczów, a już nie wspominając o innych elementach kultury, których nie brakowało w tekstach i klipach.
Miło, że to docenił. Ten album był mało oskreczowany, na co zwrócił uwagę też DJ Kostek. Można było trochę więcej, ale my tego tyle kładliśmy na innych albumach, że stwierdziliśmy, że teraz będzie inaczej. Teraz też daję mało skreczy na swoje albumy. Nie mówię, że jest taki światowy trend, ale daje tam, gdzie mi pasują. Można opierdalać całe numery, kiedyś wrzucało się wszędzie cuty, zamiast nawet refrenów. To był hip-hop.
A to jeszcze jest Twój hip-hop? Nadal kochasz ten hip-hop i go nienawidzisz jeszcze bardziej?
Czy go kocham? Taaaaaaak (śmiech). Czy jeszcze bardziej? Nieeee, nie da się chyba jeszcze bardziej, ale cały czas jest dużo niezgody z mojej strony na to co się dzieje. Nawet jeśli popieram ruchy młodych, nagrywam z nimi i ich wspieram, to nie znaczy, że każdy siusiumajtek będzie głaskany przez Rycha Peję po głowie. Nie patrzę na te ich „spotifaje” i ich milionowe wyniki i bite rekordy. Mnie to nie interesuje. Krzysztof Antkowiak nie będzie rywalizował z Krzysztofem Krawczykiem czy Marylą Rodowicz. Ja mogę rywalizować z chłopakami co tworzyli tę scenę od samego początku i tymi, co wychowali się na nich i kontynuowali te muzyczne tradycje. A tak, to ogólnie jebać pozerów, co robią hity tylko dla hajsu. Można robić fajną muzykę dla zabawy i to nie musi być to, co wkładają nam do głowy media i portale muzyczne. Tak wygląda moja miłość i nienawiść do hip-hopu i tyle.
20 lat temu był inny rap i inna rzeczywistość. Uważasz, że płyta po tylu latach się broni? Myślisz, że dzisiejszy młody słuchacz jest w stanie zrozumieć ten album?
Słuchając teraz tych numerów np. „WOS”, „Mój rap…”, „Jest jedna rzecz” – słuchaj to się wszystko stało, to są nadal aktualne rzeczy. Wystarczy włączyć tv i wyjdzie na to, że teraz jest chyba większy burdel niż 20 lat temu, więc wychodzi na to, że ta płyta się broni. Młodzi ludzie przychodzący na koncerty przeżywają najbardziej właśnie te stare numery. To do nich przemawia i to jest dla nich prawdziwe. Oni są świadomi, że ten dzisiejszy plastik nie jest autentyczne i szukają prawdziwości, która wtedy była na porządku dziennym, a wtedy nie było innego przyzwolenia.
Mimo, że w Twoim życiu wiele się zmieniło, to jednak jedno pozostaje bez zmian zmian, „jakie życie taki rap”.
Nie ma co ukrywać, że jakie życie taki rap jest trochę takim moim przylgniętym sloganem, ale oczywiście nie muszę rapować tylko o tym tak jak żyje. To coś jak np. w teście Włodiego – nic nowego u Włodiego. A zmieniło się ekonomicznie, światopoglądowo, mentalnie. To całe przejście od syfu, który sobie sam zgotowałem, czyli narkotyków, szybkiego seksu, znajomości od kielicha po wyjście do nowej drogi – założenia rodziny, brania odpowiedzialności za słowa i czyny, edukacje dzieci i ich wychowanie. Dużo się zmieniło. Jeśli ktoś uważa, że to tatusiowy rap, to niech tak uważa, bo jestem tatusiem. Mam 45 lat i już mam za sobą potrzeby udowadniana jaki to byłem macho. To już za mną, takie rzeczy mogłem robić 20 la temu. Ja już się wygadałem na temat rodziny i odstawienia kielicha, ale wiem, że to gdzieś cały czas pomaga ludziom. Dostaję od ludzi informacje zwrotne w wiadomościach lub na mitingach. Jeśli mówimy o rapie zaangażowanym, choć nie obala on systemu, w którym żyjemy, to podtrzymuje on na duchu każdego kto zbłądził. Może nawet ratuje życie.
„Znów kolejny dzień ci uciekł, głupot narobiłeś jeszcze więcej / Jak na razie do tej pory życia swego zmienić nie chcę”. Patrząc na to, jakie życie aktualnie prowadzisz i jaką drogę przeszedłeś od tamtego czasu, to tekst się zestarzał. Jednak chciałbym zapytać, czy jest jakiś element życia, którego brakuje Ci z tamtego okresu?
Nie, to nie mogło się zestarzeć. Cały czas zdarzy mi się walnąć głupotę w wywiadzie, towarzystwie czy w domu. Bycie cały czas odpowiedzialnym byłoby męczące na dłuższą metę. Takie głupawki są fajne na swój sposób. Nie bierzcie mnie za gościa, który jest teraz poważnie śmiertelny. Ważne, żeby nie zabijać w sobie tego dziecka, żarty są potrzebne. Wiadomo, że jak idę do kumpli, to nie pierdolimy jak na kółku różańcowym (śmiech).
Brakuje mi na pewno spania do kiedy chce heh. Brakuje tej beztroski. Teraz jest dużo odpowiedzialności od bezpieczeństwa rodziny, przez finanse po sprawy zawodowe. Nie było kiedyś dzieci, a ta beztroska jeszcze była podlewana alkoholem. Ja rozumiem artystów, którzy piją mając rodzinę i obowiązki, bo chcą tej beztroski trochę załapać. Nauczyłem się łapać ten hype bez alkoholu, ale do tego jest potrzebny czas i jeszcze raz czas.
Jeśli miałbym wybierać między tamtym czasem a teraz? Miło sobie powspominać tamte momenty, ale teraz z dziećmi też jest super. Lubię sobie wyjechać samemu z żoną i to smakuje jeszcze lepiej, bo nie trzeba tego podlewać alkoholem i pigułami. Jeśli kochasz swoje życie, swoje zajęcia, potrafisz kochać siebie, to potrafisz kochasz też innych. Nie traktujesz innych jak przeszkodę a swoich obowiązków jak jakieś ciężkiej katorgi w kamieniołomie. Musisz sobie samemu pomóc i nauczyć się żyć od nowa. Moje ostatnie 12 lat życia to właśnie nauka życia od nowa. Cały czas się uczę.
Każdy artysta z biegiem czasu ma uwagi do swoich płyt. Niektórzy muszą do tego dojrzeć. Co teraz byś zmienił w tym albumie?
Na każdej płycie chciałbym coś zmienić, od refrenu po skrecze. Teraz staram się to minimalizować. Jak nagrywam wokale to staram się od razu szukać błędów, żeby przy obróbce nie było już ich edycji. Co bym poprawił „Na legalu”? Literówki. Zasypiam i się budzę, przy muzyce się nie nudzę, a powinno być zasypiam się i budzę. Dowiedziałem się o tym ze strony na FB „Najbardziej absurdalne wersy w polskim rapie” (śmiech). Byłem w szoku, bo sam tego nie znałem. Dużo jest jeszcze takich literówek, np. bahomazy zamiast bohomazy w „Jest jedna rzecz”. Muzycznie można było więcej podogrywać szczegóły i rozwinąć sample. Moglibyśmy pozmieniać te refreny szóstkowe, np. w „Jest jedna rzecz”. Robi się dwa albo cztery refreny, a nie trzy. W „Randori” jest szóstkowy, a powinien być czwórkowy lub ósemkowy. Zminimalizowałbym te wszystkie braki warsztatowe – akcenty we flow poprzestawiać, zmienić te słowotoki, gdzieś inaczej złamać słowo, nagrać zwrotki na stówę bez cięć, porobić podbicia. To jest wyzwanie, może kiedyś się jeszcze uda (śmiech).
A co zmieniłbyś wtedy w sobie? Co przekazałbyś dzisiaj młodemu Ryśkowi?
Wyzbyłbym się tej dziecinnej naiwności i braku zaufania jednocześnie. Chciałbym dać tamtemu Ryśkowi więcej narzędzi w pomocy w komunikacji z ludzi unikając wielu błędów. Pomimo, że tak bardzo deklarowałem swoją niezależność, to byłem bezwolny i można było mnie namówić na wiele rzeczy. Nie mówię tutaj o stylu życia, tylko o sprawy biznesowo. Bez twojej wiedzy wywalają dwa utwory, zmieniają tytuł płyty z „Od teraz na legalu” do „Na legalu” ze znakiem zapytania, cenzurują utwór na Ski Składzie, a ty ostatecznie z tym nic nie robisz. I w końcu doprowadza to, że musisz opuścić tę wytwórnie, przecież nie zbijesz tej osoby. Niby znajduje się ktoś kto za Ciebie zadecyduje, bo chce ci pomóc, ale szanujmy się i informujmy się.
A w drugą stronę?
Chyba zupełnie nic. Jestem mądrzejszy, życiowo wyglądam lepiej, nie mam rozterek, nie piję, nie targają mną emocję. Bardziej oganiam życie i przemysł, wszystkiego tego się nauczyłem. Potrafię w końcu sobie coś dać, a nie tylko innym. Nie mam obsesji na swoim wyglądzie, bo kiedyś tak często miewałem. Nie jestem już więźniem takiego gówna i opinii. Potrafię odpuścić wiele rzeczy, nie wchodzić w interakcje. Staram nie dać się sprowokować i cenię sobie spokój. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jaką kulę śniegu potrafiłem ulepić.
Dzisiaj dzięki temu, że popełniam głupoty, paradoksalnie do wcześniejszego pytania czy żyję inaczej, czasem też zdarzy mi się wpierdolić w jakąś kabałę (śmiech). No na wszystko nie da się być nieczułym i głuchym, ale dzisiaj to już nie jest walka o życie. To nie jest w stanie mnie już osobiście dotknąć. Nie ważne co mówią, tylko kto mówi. Ważne, żeby skupiać się wyłącznie na swoich rzeczach, najbliższych ludziach i pielęgnowaniu relacji z nimi.