zdjęcia Piotr Skrzypek

Bunt, który trzeba umieć dobrze zagrać

Titus i Litza – Acid Drinkers
13 maj 2026
Michał Krupski

Acid Drinkers to dziś zespół, który z naszego miasta przyciąga największą publiczność. I choć wciąż lubią myśleć o sobie jako o formacji alternatywnej i buntowniczej, to przy frekwencji przekraczającej 4000 osób na koncercie trudno już mówić o niszy – to raczej solidnie ugruntowana pozycja na scenie. Ich powrót był wydarzeniem dużego kalibru, ale chyba mało kto przewidział, że aż tak mocno zaznaczą swoją obecność na polskiej scenie rock and rollowej. Spotkaliśmy się w Kaferdamie, przy kawie, w kameralnym składzie – połowa zespołu, zero scenicznego hałasu, za to sporo spokoju i dystansu. Rozmowa miała dotyczyć popularności, ale jak to zwykle bywa przy takich spotkaniach, szybko zeszliśmy z głównego toru. I dobrze – bo zamiast gotowych odpowiedzi pojawiła się szczerość, refleksja i coś, co trudno wyreżyserować. Litza i Titus okazali się dokładnie takimi ludźmi, jakich chce się spotkać poza sceną – autentyczność była tu bardziej wyczuwalna niż jakikolwiek gitarowy przester. Acid Drinkers zagrają niebawem na Festiwalu Rockowizna.

Zadowoleni z koncertu na Targach? Mieliście dobrą publikę.

Titus: I tak, i nie. Jestem zadowolony z występów zespołów, frekwencji, organizacji i nagłośnienia. Natomiast akustyka sali pozostawiała wiele do życzenia. Już na próbie, kiedy zobaczyłem blaszany sufit i stalową konstrukcję, wiedziałem, że niewiele da się zrobić. Gdybym pół roku wcześniej wiedział, jak to wygląda, sugerowałbym zmianę miejsca. Choć pewnie i tak nic by to nie zmieniło, bo zwyczajnie brakuje przestrzeni do takich koncertów. Poznań jest biedny w duże sale koncertowe. Brakuje Areny.

Litza: Dodam tylko, że to nie była wina nagłośnienia – mieliśmy naprawdę bardzo dobre. Natomiast nagłośnienie takiej sali to ogromne wyzwanie. Z drugiej strony ma to klimat lat dziewięćdziesiątych. Wtedy często graliśmy w podobnych miejscach – hale, lodowiska. Pamiętam koncert, kiedy Popcorn nie dojechał i Jaca, nasz techniczny, wskoczył na scenę. Zagraliśmy z jedną gitarą i nikomu jej nie brakowało. Pogłos robił swoje. Nic nie zrobimy, Arena jest w remoncie, więc faktycznie nie ma gdzie grać takich koncertów.

Ile było osób?

Titus: Około cztery tysiące.

Mam wrażenie, że jesteście dziś zespołem z Poznania, który przyciąga najwięcej ludzi.

Litza: Trudno powiedzieć, ale faktycznie liczby są duże.

Tomek, kojarzysz takiego faceta jak Western?

Titus: Tak, kojarzę.

Zdarza się, że ktoś Ciebie z nim myli?

Titus: Nie, ale podobno w drugą stronę się zdarza.

To mam anegdotkę. Kiedyś w klubie 8 Bitów na Garbarach, w czasach kiedy Acid Drinkers było nieaktywne, Western pojawił się na parkiecie i go pomylono z Tobą. Był tym faktem oburzony. Myślałem, że te pomyłki działają w dwie strony, bo rzeczywiście podobieństwo między Wami jest.

Titus: To facet z mojej dzielnicy. Aż się dziwię, że się jeszcze nie spotkaliśmy. (śmiech)

Litza: Przecież jak zaczeszesz włosy do tyłu, to moglibyście być bracholami. (śmiech)

Powrót na scenę – to było wyzwanie czy przyszło naturalnie?

Litza: Dla mnie to było coś bardzo fajnego. Z Titusem widywaliśmy się od czasu do czasu, ale temat powrotu zawsze gdzieś wracał. Przełomem był koncert Flapjacka z okazji rocznicy płyty „Sugarfree”. Zaprosiłem Titusa na scenę, bo przecież on kiedyś z nami grał. Titus też zaprosił Popcorna. Zamiast grać Flapjacka, zagraliśmy numery Acid Drinkers. Chcieliśmy sprawdzić, czy to ma sens. Okazało się, że ma. Tak się to nasze spotkanie na scenie na trzeźwo rodziło. Potem przez kilka miesięcy regularnie próbowaliśmy i wszystko zaczęło się układać.

Titus: Dla mnie to było wyzwanie, bo po tylu latach musiałem trochę zmienić swoją rolę. Przez 30 lat byłem w centrum – scena, teksty, kontakt z publicznością. Musiałem zrobić krok w tył. Nie wiem, czy to nie było trochę za wcześnie, ale skoro wszyscy chcieli wracać, to nie zamierzałem siedzieć w domu.

Litza: Oczywiście było to wyzwanie. Te utwory wcale nie są łatwe do grania. Przy innych projektach można się rozleniwić, a w Acid Drinkers nie ma zmiłuj. W Acidach w jednym utworze jest więcej grania niż na całym koncercie np. Luxtorpedy. Trzeba być bardzo precyzyjnym – zwłaszcza stojąc obok takiego gościa jak Popcorn, który jest najlepszym gitarzystą metalowym w Polsce.

Acid Drinkers to jeszcze jest bunt czy już rzemiosło?

Litza: Zawsze to jest bunt.

Titus: Tak – nawet wobec samego siebie. (śmiech) Ale rzemiosło musi być. Żeby bunt miał ostrze i siłę, musi być dobrze wykonany. Rzemiosło musi być perfekcyjne. Nie jakiś plask z otwartej, tylko porządnie z pięści.

Powtarzacie często, że dzisiejsze Acid Drinkers jakościowo jest w najlepszym momencie w swojej historii.

Litza: Tak, to przez doświadczenie, jakie mamy. Jakby nie patrzyć, robimy to ponad 30 lat.

Titus: Chyba musieliśmy się porządnie nauczyć grać te numery. A że zajęło to 30 lat… (śmiech)

Czy obawialiście się reakcji fanów po powrocie?

Titus: Nie myślałem o tym. Skupiłem się na przygotowaniu zespołu do koncertów.

Litza: Największą frajdą jest dla nas wspólne granie. Próby, spotkania, granie razem – to jest sedno. Próbowaliśmy grać numery, których nie ma na koncertach. Wiesz, to jest fajna zabawa i o to w tym wszystkim chodzi. Ja z Popcornem spotykam się też czasami poza próbami, aby sobie pograć. Coś lepszego można dziś robić niż spotkanie z drugim człowiekiem i po prostu grać?

Wasz pierwszy koncert po powrocie? To był Blue Note?

Titus: Nie, nie. Pierwszy był tak naprawdę tajny koncert w Kłecku. W Blue Note było to z Flapjackiem.

Litza: Graliśmy pod inną nazwą – De Sqrvionss. To był taki test. Bo w Blue Note za naszymi plecami był napis Scorpions. Potem stwierdziliśmy, że nie możemy być Scorpions.

Titus: Bo są za słabi. (śmiech)

Litza: No i w taki sposób Titus zmienił nazwę na De Sqrvionss i kto wie, może jeszcze kiedyś tak zagramy. (śmiech)

Staliście się bardzo pożądanym zespołem festiwalowym. Jestem przekonany, że macie sporo propozycji i nie wszystkie przyjmujecie. Pojawicie się w kilku miejscach w Wielkopolsce, w tym na Rockowiźnie w Poznaniu. Gracie tam już drugi raz z rzędu. Widać, że ten projekt rośnie w siłę.

Titus: Jeśli wszystko jest perfekcyjnie przygotowane – scena, zaplecze, organizacja – to można się skupić na graniu i to jest najważniejsze. Visual Production staje na głowie, aby wszystko tam dobrze wyszło.

Litza: Dla mnie w ogóle ten Visual to jeden z lepszych producentów festiwali. I nie chodzi o to, że ten Poznań jakoś chwalę, ale tam naprawdę dla muzyka jest wszystko bardzo dobrze przygotowane. Poza tym oni mieli duży wpływ na nasz powrót na dużą scenę zaraz po reaktywacji, za co jesteśmy wdzięczni. Gdyby nie Visual, to kto wie, może nadal byśmy tylko grali sobie próby w salce.

Titus: Tak, to właśnie oni wyszli z propozycją festiwalową.

Czyli oni byli iskrą zapalną…

Litza: My chcieliśmy sobie po prostu gdzieś zagrać po powrocie, a Visual wyszedł z dużą propozycją. Tak jak im udało się wskrzesić Comę, tak mają też zasługę w powrocie Acid Drinkers na scenę. Ale dla mnie nadal najważniejsze są koncerty klubowe. Tam jest prawdziwy kontakt z ludźmi. Może uda się na jesień zagrać taką trasę.

To prawda, bo na festiwal często ludzie przyjeżdżają dla samego festiwalu, a nie na konkretny zespół.

Litza: Ale zobacz, na naszym koncercie na hali było więcej osób niż na całym festiwalu.

Jak Wam się podoba miejsce Rockowizny? Bo nieczęsto zdarza się grać koncerty festiwalowe na lotniskach.

Litza: Samolot do chaty bezpośrednio mamy. Przylatujemy Popcorna jetem. Normalnie Popcorn ma jeszcze statek kosmiczny, ale na ziemi korzysta z samolotów. Chyba że zaprasza nas na inną planetę, to ma zupełnie inny pojazd. (śmiech)

Titus: Najważniejsze, że koncerty odbywają się w miejscu, gdzie jest płasko i dużo trawy.

Robert, jakimi kryteriami się kierujesz, że na zespół A poświęcasz tyle czasu, a na zespół B tyle? Pewnie ciężko pogodzić działalność w pięciu zespołach i codzienną pracę.

Litza: Na każdy zespół poświęcam 100% czasu.

Titus: Tak, on ma 500% czasu. I to jest prawdziwa sztuka. (śmiech)

Litza: Dziś wstałem o 2:30. Kładłem się o 19:30. Poszedłem spać w opakowaniu. Zjadłem kolację na śniadanie. Zrobiłem przedziałek i o wpół do trzeciej byłem już ubrany. O 5 rano zjadłem obiad. Serio mówię.

Nie macie jednego lidera – to rzadkie.

Titus: Nie chcę być liderem. U nas wszystko jest świetnie podzieloną robotą. Pamiętam, jak kiedyś ktoś na Śląsku zapowiedział nas: „Titus i Acid Drinkers” – kurwa, ale byłem zniesmaczony.

Wiele zespołów działa tak, że jest lider i czasami zmienia sobie zespół. Np. Apteka to jest Kodym i zespół. U Was nigdy by to nie przeszło…

Titus: Dla mnie Apteka to jest pani magister w białym fartuchu. Może dla kogoś to Kodym i niech tak będzie.

Litza: My jesteśmy band. Musi być proch, kula, łuska, wystrzał.

Nie od dziś wiadomo, że poza sceną jesteście szanującymi się kumplami. Pewnie każdy dałby za siebie w mordę. Czy przyjaźń jest kluczowa do tego, aby po 36 latach być lepszym zespołem?

Titus: Tak. Nikt nie chce podejść, aby dostać młotek. Może wiedzą, że mamy klamki.

Litza: Ale były takie sytuacje. Kiedyś musiałem oddać gitarę i jednego chłopaka w publice uspokoić przemocą. Potem wróciłem na scenę i zagraliśmy kawałek.

Czyli czasami biłeś się na koncertach?

Titus: On kiedyś bił mnóstwo ludzi.

Normalnie wszędzie lałeś wiarę?

Litza: Tak, i to często. Ale ja też dostawałem po ryju.

A Ty, Titus, biłeś się kiedyś na koncercie?

Titus: Nie. Ostatnio pobiłem faceta w wojsku, ale to już dawno było.

Litza: U nas w zespole jest taki podział na sekcję i gitarzystów. Bywało tak, że Titus lał się ze Ślimakiem, a ja z Popcornem. I to było bardzo fajne, bo zamiast tłumaczyć sobie, że trzeba być na wszystkich próbach i zawsze być dyspozycyjnym, to po prostu się biliśmy. Np. Popcorna kiedyś nie było, bo zakotwiczył w Berlinie. Po jego powrocie sekcja odsunęła sprzęt, wyszliśmy na środek i się biliśmy. Po czym przytuliliśmy się i graliśmy. Ale była kiedyś taka sytuacja, że pojechaliśmy po takiej bitce do szycia, bo spadła na nas meblościanka. Mi oderwał się płat skóry i szyli mnie na Strusia. Także załatwialiśmy tak sprawy, bo prawdziwi przyjaciele mogą się pokłócić, pobić i nadal być razem.

Widać to gołym okiem, że macie ogromny szacunek do siebie. Na co dzień też dzwonicie do siebie i odwiedzacie się?

Titus: To zależy, kto do kogo. My jesteśmy mentalnie tak różni, że aby się dogadać, to na stole musi pojawić się 3 x 0,7 + setka.

Litza: Ale bywało tak, że dzwoniłeś do mnie w środku nocy i mi coś opowiadałeś.

Titus: Nie pamiętam.

Litza: No, domyśliłem się. (śmiech)

Titus: Popcorn jak do mnie dzwoni, to zawsze jest trafiony i tylko w nocy.

Litza: Do mnie ostatnio dzwonił o 4:00. (śmiech)

Titus: Nigdy nie zadzwoni na trzeźwo w jakiejś sprawie, ale tak naprawdę nie musi, bo my o sobie już wszystko wiemy. Nawet siedząc razem 4 dni przy stole, i tak nie mamy o czym rozmawiać, bo już i tak wszystko wiadomo. Możemy sobie siedzieć w milczeniu. Po 4 dobach przyjeżdżają do nas żony albo patrol policji, aby nas rozdzielić.

Litza: Wiadomo, że na koncertach mamy pewną rolę, ale jak chcę poza nimi spotkać się z Tomkiem, to przyjeżdżam do niego. Titus dobrze gotuje, ostatnio zrobił świetne chili con carne. Zjedliśmy, wypaliliśmy po cygarze i wtedy można normalnie pogadać.

Dlaczego polskie zespoły metalowe i rockowe rzadko robią dużą karierę za granicą?

Titus: To trudny temat. Ale karierę robił Vader i Behemoth. Nam na przykład nigdy nie przyszło do głowy, aby robić jakąś międzynarodową karierę.

Litza: Jest też Riverside. Trochę jesteśmy „domatorami”. A świat wygląda inaczej niż Polska. Inne realia, inne ograniczenia. Jak graliśmy w Stanach, wyszliśmy na Times Square i pytam Titusa: „I jak?”, a on: „Jak na Głogowskiej”. Z kolei Popcorn wyszedł z piwem gdzieś pół metra za obszar koncertu. Skuli go i zamknęli na dołku w New Jersey. To jest policyjne państwo.

Titus: Kosztował nas 250 dolarów. (śmiech)

Litza: Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak świat wygląda. Mam rodzinę w Szwajcarii, która opowiadała mi, że tam po 22:00 nie możesz mieć otwartego okna i brać prysznica, bo jest za głośno. Sąsiedzi normalnie dzwonią i donoszą, że się kąpiesz w nocy. Na co dzień mówią „dzień dobry”, ale czują się w obowiązku, że muszą donieść. Mojemu wujkowi, który jest taryfiarzem, sprawdzali w samochodzie na komputerze prędkość z ostatnich 5 lat. Oni nawet na te dziury w serze muszą mieć regułę. Zjesz ser ze złymi dziurami – mandat. (śmiech) Naprawdę, my tu w Polsce mamy wolność.

Titus: A jak dasz mu w mordę za to, że donosi? (śmiech)

Litza: To masz wyrok dożywotni za usiłowanie zabójstwa.

Titus: Był kiedyś koncert Kata, ostatni z Romkiem Kostrzewskim. Rozmawiałem z chłopakami z Decapitated i Behemotha. Oni zwiedzili cały świat. Pytam: „Gdzie jest najlepiej robić gnój bez konsekwencji?”. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że w Polsce. Więc po co ktoś ma się stąd ruszać?

Macie realne porównanie lat 90. i dzisiejszych. Wtedy dojrzewaliście, teraz macie ugruntowaną pozycję. Które czasy są lepsze dla muzyka rock and rollowego?

Titus: Jedne i drugie są fajne. Kiedyś było więcej improwizacji i spontanu. Dziś wszystko jest bardziej dopracowane. Bywały większe wyzwania, inne niż dziś. Pamiętam, jak kiedyś graliśmy koncert w klubie pod Płockiem. Wchodzimy do środka, a tam nie ma sceny. Zdziwieni wychodzimy na zewnątrz, a tam pełno towaru. Jakieś palety, deski. W czterdzieści minut zespół zrobił sobie scenę. I to było fajne, inne. Było to chyba w 99 roku. Ale teraz też jest fajnie. Publika nadal bawi się dobrze, młodzi wciąż chodzą na koncerty.

Litza: Ale należy podkreślić, że dla nas scenicznie aż tak mocno się nie zmieniło od lat 90. Nadal gramy bez symulatorów, odsłuchów w uszach itd. No i fajnie, że ci młodzi przychodzą tak tłumnie na koncerty, bo oni wyglądają jak my w latach 90. Długie pióra, skóry…

Titus: Jest odwrotnie niż kiedyś. Pamiętasz, jak mawiał Alice Cooper o metalu? Jest głośny i dynamiczny. Rodzice go nienawidzą. A pamiętaj – jeśli twoi rodzice czegoś nienawidzą, to znaczy, że to jest dobre.

Litza: Coś w tym jest. (śmiech) Synowie Titusa są rockowi, moi raczej nie. Ubierają się w sweter, porządne buty. Oni ubierają się tak, jak ja bym się przebrał. Inaczej z kolei wnuki. Noszą dredy, pytają, kiedy można robić tatuaż.

Czujecie więź z Poznaniem?

Titus: Tak. Ale ja jestem od 20 lat wieśniakiem. Teraz bywam w mieście może 10 razy w roku. Obserwuję, jak miasto się zmienia. Czasami nie poznaję miejsc. Ale wszystko idzie na plus.

Litza: Zdecydowanie. Choć miasto bardzo się zmienia. Ja mieszkałem 20 lat w Puszczykowie, do czego namówiła nas Gosia Ostrowska z mężem. Mimo że Puszczykowo jest piękne i wszystko tam się zgadza, to był trudny czas. Moja żona ma alergie i tam te wszystkie pyłki ją męczyły. Mnie z kolei dojazdy.

Titus: W Poznaniu zdrowy habas i zdrowe spaliny. Żadna alergia nie ma szans. (śmiech)

„Gdyby nie Turbo, nie istnielibyśmy jako zespół”. Podobno wiele im zawdzięczacie.

Titus: Dali nam swoje graty. Powiedzieli – „bierzcie, korzystajcie…”. W tamtych czasach po prostu swoich nie mieliśmy. Po 34 latach mieliśmy okazję odwdzięczyć się i zaprosić ich na swoją trasę.

Litza: Jest też taki fakt historyczny, że oddali nam swój jeden opłacony dzień w studiu nagraniowym, gdzie nagraliśmy demo. Nasz materiał dostał śp. Tomasz Dziubiński, założyciel Metal Mind Productions, który zrobiliśmy w jeden dzień. Trzy utwory z miksami i wokalami. No, nie brzmieliśmy jak zespoły z jego stajni typu Stos czy Dragon. Było to inne, dziwne dla niego. Jednak zaproponował nam nagranie całej płyty. Także korzystając z tego jednego dnia próbnego, finalnie nagraliśmy płytę w Anglii.

Polcacie jakieś wyróżniające się projekty muzyczne z Poznania?

Titus: False Experience. Grają coś pomiędzy hard rockiem a glam. Widziałem kilka razy – wow, that’s fucking rock’n’roll, yeah.

Litza: Ja z kolei polecam Natura 2000 i Barek. Jest też taka świetna agencja z Poznania Winiary Bookings, która robi koncerty takie, że ja chcę na nie chodzić.

Jakie plany tegoroczne poza wspomnianą Rockowizną?

Litza: Na ten moment Jarocin, Cieszanów, Męskie Granie. Zapraszamy.

Na koniec powiedzcie, co z materiałem na nową płytę?

Titus: Nie ma. Ale na koniec mogę powiedzieć, że coś mi świta i kiełkuje. To musi być iskra w żołądku i pasja. Musi być tak, że patrzysz na to i chce ci się rzygać. A jak chce się rzygać, to wyrzygasz dobry tekst.

Litza: Ja jestem ciekaw, co w ogóle by z tego wyszło. Bo Popcorn to teraz taki Keith Richards, ja z kolei mocno hardcore’owy i deathcore’owy jestem. Ale na pewno, jak coś zrobimy, to nikt się o tym nie dowie. Zrobimy to z zaskoczenia.

Titus: Wyszedłby straszliwy wpierdol, czyli takie typowe Acid Drinkers. (śmiech)