Poznańskie trio Bzubaga miesza doświadczenie muzyczne ze świeżą energią i ma potencjał na pójście w innym kierunku niż kilkadziesiąt innych kapel punkowych, które powstały w ostatnich latach, i w większości już zaginęły. Najbliżej im do środowiska punkrockowego, lecz de facto trudno zaszufladkować ich do konkretnej kategorii muzycznej. Choć członkowie zespołu związani są także z innymi projektami muzycznymi, to wydaje się, że to właśnie głównie w Bzubadze realizują swoje największe marzenia i potencjał. Niedawno zespół wydał swoją debiutancką płytę i obchodził swoje pierwsze urodziny. Jak wyglądały ich początki? Jak określają swoją muzykę? Co mają w planach?
Mówią o Was, że jesteście powiewem świeżości w poznańskim światku punkrockowym. Zgodzicie się z taką tezą?
Aga: Wydaje mi się, że w poznańskim światku jest mniej kapel grających melodyjnego punka niż łupanki hardcore’owej. Ale kto wie, czy gdzieś po piwnicach nie siedzą jakieś młode szczawie i czegoś ciekawego nie dłubią. Może właśnie w tej chwili powstaje przebój, którego nie zdążą pokazać światu, bo do tego czasu zespół zdąży się rozpaść. Ciężko znaleźć dobrą ekipę do grania, a jeszcze ciężej ją utrzymać razem. Zazwyczaj członkowie kapel mają różne wizje grania. W Bzubadze wizje są podobne, z czego jestem bardzo dumna.
Bzyk: Myślę, że trochę świeżości w poznańskim punk rocku udało się nam wprowadzić, ale nie robimy tego na siłę – to wyszło naturalnie. Głównie gramy rocka, ale łączymy różne gatunki, dlatego nasze brzmienie jest trochę jak miks ulubionych piosenek, które odpalamy na imprezach. Czasami mocno odpływam w nierockowe klimaty, nawet w pop czy elektronikę, ale punk to nasz fundament. Jeśli więc ktoś szuka czegoś, co nie brzmi jak kolejna kopia, to chyba trafił w dobre miejsce. Mimo, że działamy dopiero rok, to czujemy, że nie stoimy w miejscu. Nasze brzmienie ewoluuje w stronę czegoś, co zaskakuje nawet nas samych, a zarazem nadal mocno trzyma się swoich korzeni.
Niedawno ukazał się Wasz nowy materiał na CD. Długo nad nim pracowaliście? Z czego szczególnie jesteście zadowoleni?
A: Pracowaliśmy nad płytą rok. Najpierw powstały kawałki, a później wpadliśmy na pomysł, że w sumie fajnie by było je nagrać. Niektóre utwory powstawały jak pocisk, nad niektórymi się trochę męczyliśmy. Z początku próbowaliśmy ogarnąć to sami. Nagraliśmy parę kawałków na salce przez kabelki do komputera, a później okazało się, że teraz trzeba je porządnie zmiksować. Chciałam wziąć to na klatę i nauczyć się programu do miksowania, ale szybko pojęłam, że wszystkie te kompresory i equalizery to wyższa szkoła jazdy.
Przypomniało mi się, że pewien znajomy zaoferował nam pomoc w nagrywaniu jeszcze w czasach, zanim powstał zespół. Ten znajomy to Pleban, czyli Andrzej Chorzela, gość bardzo skromny, mimo że ma na koncie realizację płyt takich kapel, jak Uliczny Opryszek, The Kolt czy Dumbs. Jest zasłużonym kontrabasistą na polskiej scenie psychobilly i rockabilly, prowadzi także swoje małe studio nagrań Tequila Studio w Pułtusku. Nagraliśmy u niego 10 kawałków i klip muzyczny w 2 dni. Był to naprawdę świetny, ale i męczący czas, ponieważ katowaliśmy od 10 rano do 3 w nocy. Ten wyjazd bardzo nas wszystkich do siebie zbliżył. Była to naprawdę odjazdowa przygoda. Pleban jest odpowiedzialny także za mix i mastering, wydaniem płyty zajęliśmy się natomiast sami, bez angażowania wydawnictwa.
Kuba: Dokładnie. Jesteśmy świeżo upieczonymi rodzicami naszej debiutanckiej płyty. Cała ta akcja z nagrywkami i wydaniem była spontaniczna. Na pierwszą próbę przynieśliśmy może trzy piosenki, przez kolejne pół roku szlifowaliśmy nowe kawałki i tak się uzbierało. Nad wydaniem tej płyty pracowaliśmy w zasadzie cały czas. W grudniu pomyśleliśmy, by ujrzała światło dzienne w rocznicę powstania naszej kapeli. Jesteśmy wdzięczni Tequila Studio za dobrą robotę. Było intensywnie! Zrobiliśmy z Agą piloty na kanapie z gitarą i basem dla Bzyka, który nagrał bębny. Trwało to może 3 godziny. Następnie każdy z nas nagrywał gitary i wokale. To, co najbardziej podoba nam się na płycie, to to, że brzmi ona tak samo, jak na próbach i koncertach. Zawieźliśmy cały swój sprzęt, nawet perkusję, do Pułtuska, żeby było jak najbardziej autentycznie. Nie ma tam nic ulepszonego ani poprawianego. Nie ma symulacji wzmacniaczy, kilkunastu efektów czy kolorowania wokalu. Każdy brzmi naturalnie, bez przypraw. No, może Aga dostała trochę pogłosu w „Mora Lizie” na chórach (śmiech).
B: Nagrywanie płyty to była czysta przyjemność. Zrobiliśmy to w niecałe dwa dni. Właściwie to sesja była dość szybka i spontaniczna, bo chcieliśmy uchwycić ten moment, kiedy wszystko płynie naturalnie. Na początku planowaliśmy nagrać 4-6 kawałków, ale jak to z nami bywa – trochę się rozpędziliśmy! Wyszło 10 numerów, z czego dwa to totalnie świeże kawałki, które pojawiły się dosłownie na ostatnią chwilę. Miksowanie… to już inna historia! Cały ten proces trochę się wydłużył, bo zależało nam na tym, żeby brzmienie było naprawdę dopracowane. Chcieliśmy, żeby każda nuta była tak, jak sobie wyobrażaliśmy, więc cierpliwie czekaliśmy na efekt. Te numery pokazały nam, że idziemy w dobrym kierunku i że to początek naszej muzycznej ewolucji. Wprowadziły one nową energię! Po nagraniu materiału i imprezie znalazł się jeszcze czas na nagranie klipu w najstarszym kinie w Pułtusku. A to wszystko dzięki zaangażowaniu Plebana – dzięki!
Dużą wagę przykładacie do tekstów. Czy mam rację? Kto za nie odpowiada?
A: Głównie ja, chociaż współpracuję i konsultuję z Kubą, czy nie za bardzo przekombinowałam. Kuba napisał ,,Wilka’’ i w dużej części ,,Mora Lizę’’. Ten pierwszy kawałek napisał zanim się jeszcze poznaliśmy. Miał on iść do The Sandals (druga kapela, w której gra Kuba przyp. red.), ale nie pasował tam stylistycznie, więc go przechwyciliśmy. Cieszę się, bo jest świetny, a w tekście czuć twarde, męskie emocje. Ja najczęściej piszę w drodze do szkoły, idąc z buta wzdłuż Przepadku, czasami na spacerze z Kubą. Zdarza się, że o czymś gadamy i pojawia się inspiracja, czasem do głowy wpada mi coś na salce, przed próbą. Grunt to mieć pomysł i melodię, bo do dobrej melodii słowa same się układają. Z początku topornie mi to szło, ale teraz jest zdecydowanie lepiej.
K: Tak jak Agnieszka wspomniała, teksty w naszej kapeli są pisane głównie przez nią. Rodzą się najczęściej w wyniku obserwacji ludzi i codziennych sytuacji, w których sami uczestniczymy, jak również w wyniku przemyśleń, którymi dzielimy się na próbach, zanim rozgrzejemy lampy i się rozegramy. Masz rację, teksty są dla nas ważne. Aga stara się, aby w kawałkach zawrzeć faktyczne historie, dlatego usłyszysz o panu z Żabki, który podczas polecania batona walczy ze skutkami przedawkowania narkotyków, kawałek o współczesnym modelu rodziny nuklearnej czy zbiegu okoliczności, od którego zależy więcej niż mogłoby się wydawać. Aga zbuntowała się też przeciwko internetowemu światu, w którym zamiast przypatrywać się ludzkim twarzom, śledzisz zielone kropeczki dostępności na fejsie.
B: Teksty to dla nas mega ważna sprawa. Rzeczywiście, Aga często bierze inspirację z tego, co dzieje się wokół nas, z różnych społecznych czy kulturowych tematów, które w jakiś sposób ją dotykają. Pisanie to dla niej sposób na przetworzenie tego wszystkiego, co w niej siedzi. Zwykle staramy się pisać o rzeczach, które są dla nas ważne. Czasem są to bardziej ogólne refleksje o tym, co się dzieje wokół, a czasem idziemy w bardziej osobiste tematy. Aga potrafi wziąć te wszystkie myśli i zrobić z nich coś, co ma sens i trafia do innych. I to jest super! Widzimy, że te teksty naprawdę rezonują z ludźmi, a to dla nas najważniejsze!
Czuję u Was wpływy muzyczne spoza Polski. W jakim kierunku zmierzacie?
A: Za rozwój muzyczny odpowiada głównie Bzyk – to on słucha wielu różnorodnych gatunków, wprowadza innowacje i proponuje zmiany. Z Kubą słuchamy głównie zagranicznych kapel, z nurtów punk 77, czy muzyki garażowej. Moimi największymi, jeśli chodzi o brzmienie, inspiracjami są kapele typu: T.S.O.L, The Droogs, the Dubrovniks, a jeśli chodzi o teksty zawsze fascynowały mnie polskie kapele, takie jak Maanam czy Partia. Napisać dobry tekst po polsku to jest sztuka – dużo łatwiej pisać jest po angielsku, gdzie słowa są bardziej dźwięczne.
K: „New Romantic Psycho Punk” – tak ostatnio na próbie określiliśmy swój własny gatunek do profilu na Bandcampie. Czasem imprezujemy na próbowni, a Bzyku wprowadza embargo na puszczanie rock’and’rolla i każdy musi wykazać się znajomością nuty z innych gatunków. Wyobraź sobie, słuchasz solówy Ritchiego Blackmore’a, a tu nagle wchodzi Billy Ocean z kawałkiem ,”Red Light Spells Danger’’…
B: Nasza muzyka to tak naprawdę wynik wspólnej pracy. To po prostu wypadkowa tego, co każdy z nas wnosi, nie jest to specjalnie planowane. Gramy to, co czujemy, i to owocuje takim, a nie innym brzmieniem.
A: A co będzie z nami dalej? Sami jesteśmy ciekawi (śmiech)!
Wiem, że mieliście w planach, aby na wokalu był ktoś inny niż Kuba i Aga…
A: Taaak, nikt z nas nie wyobrażał sobie grać i śpiewać. Nikt z nas nie czuł się też mocny w pisaniu tekstów. Chcieliśmy mieć kogoś przebojowego na wokalu. Po paru podejściach obniżyliśmy oczekiwania i spróbowaliśmy to ugryźć sami. No i jakoś poszło (śmiech).
K: Zanim się zgraliśmy, wystawiliśmy ogłoszenia, że szukamy wokalu. Nikt z nas nie chciał śpiewać, baliśmy się, żę ciężko będzie zgrać się z gitarami do śpiewu. Śpiew, ruch na scenie, do tego jeszcze skomplikowany bas z lataniem po gryfie, czy solówkami na gitarze. Szukaliśmy charyzmatycznego wokalisty czy wokalistki, odbyliśmy nawet jakieś próby z chętnymi, ale finalnie nic z tego nie wyszło…
B: Nic na ten temat nie wiem (śmiech)!
Skąd w ogóle wziął się pomysł, aby rok temu rozpocząć próby w takim, a nie innym składzie?
K: Z Bzykiem przymierzaliśmy się do grania jeszcze ze dwa lata przed powstaniem Bzubagi. Znaliśmy się wcześniej z koncertów i kiedyś padł pomysł na wspólne granie. Nic z tego nie wyszło, totalnie się nam nie kleiło. Bzyku namawiał nas, żebyśmy improwizowali i “dżemowali”, a my nie umiemy takich rzeczy. Podejmowaliśmy kilka takich prób, aż w końcu stwierdził „dobra, zróbcie coś gotowego, cały kawałek od A do Z – wtedy zrobimy próbę i zobaczymy, jak to chwyci!”. O dziwo, chwyciło, byliśmy podjarani, i od tego momentu zaczęliśmy cotygodniowe próby.
B: Gramy dopiero rok, ale zanim się to wydarzyło, mieliśmy kilka prób współpracy. Tylko, że wtedy to wyglądało raczej jak… takie luźne jam session. Zero koncepcji, brak wokalu, po prostu graliśmy, żeby pograć. Spotykaliśmy się chyba po to, żeby sprawdzić, czy w ogóle da się coś z tego zrobić. Dopiero po jakimś czasie, kiedy zaczęliśmy naprawdę się zgrywać i mieć pomysł na to, co chcemy robić, zaczęło to wszystko nabierać sensu. Okazało się, że nie wystarczy tylko grać – trzeba mieć plan, pomysł i ekipę, która chce to z Tobą ciągnąć. I tak wszystko zaczęło się kręcić, a teraz mamy wrażenie, że to już nie tylko zabawa, ale coś, co naprawdę ma szansę wyjść na serio!
W dzisiejszych czasach bez uczestnictwa w festiwalach i obecności na Spotify ani rusz. Czy zamierzacie trochę porozpychać się w branży muzycznej, czy raczej hobbystycznie podchodzicie do tematu i czekacie spokojnie na rozwój wydarzeń?
A: Myślimy nad Spotify, ale na razie bez spiny. Póki co, płytkę można posłuchać na YouTube’ie i BandCampie. Każdy z nas ma pełno obowiązków poza zespołem, a Bzubaga to sposób na odreagowanie i czysta frajda. Będziemy po prostu robić swoje, grać koncerty, no i przygotowywać materiał na nową płytę. Mamy już 5 kawałków.
B: Szczerze mówiąc, nie zamierzamy się ścigać. To, co robimy, sprawia nam po prostu ogromną przyjemność, a jeśli coś się rozwinie, to będzie super. Nie robimy tego na siłę. Festiwale czy obecność na Spotify to bardziej jak etap, który może się naturalnie wydarzyć, ale nie traktujemy tego jako naszego celu numer jeden. Chcemy, żeby nasza muzyka rozwijała się organicznie, z naturalnym dotarciem do słuchaczy. Dla nas najważniejsze jest tworzenie czegoś autentycznego, czegoś, co naprawdę czujemy. Jeśli ktoś to zauważy i się wkręci – ekstra! Jeśli nie – nie ma sprawy, bo na koniec dnia liczy się, że robimy to, co kochamy, i że jesteśmy temu wierni.
Każdy z Was, poza Bzubagą, ma doświadczenie z innymi projektami muzycznymi. W jakich zespołach udzielacie się jeszcze lub udzielaliście wcześniej?
K: Aga zaczynała swoją przygodę w klimatach surfowo-garażowych w kapelach The Flamestones i Defile. Bzyku bębni w Niesamowitej Sprawie, wcześniej w Psychodramie i Defeats. Ja gram w The Sandals na gitarze.
B: Kuba nie zwalnia tempa, gra w The Sandals i w pełni wykorzystuje okazję, żeby rozwijać się muzycznie. Ja rzeczywiście dzielę się swoją pasją do grania z Niesamowitą Sprawą. Aga, choć niektórym może wydawać się ozdobą, jest faktycznym filarem zespołu. Mocno angażuje się w cały proces twórczy, to i ma ogromny wpływ na brzmienie naszej muzyki. Choć już wcześniej występowała w różnych projektach, do Bzubagi wnosi świeżość i nowe pomysły, nadając jej wyjątkowy charakter, który, mam nadzieję, wyróżnia nas na tle innych.
Na koniec powiedzcie – gdzie można kupić Waszą płytę i jakie są Wasze najbliższe plany koncertowe?
K: Płytę kupicie u nas. Możecie napisać do nas lub zagadać na naszych koncertach. Najbliższe koncerty gramy 9 maja w Poznaniu na urodzinach Karalucha i 16 maja w Łodzi razem z St. City Surfers. Do zobaczenia!