Jędrek Wawrzyniak to jedna z tych postaci, które od lat konsekwentnie budują własny ekosystem wokół ciężkich, psychodelicznych brzmień. Lider poznańskiego zespołu Red Scalp – formacji powstałej w Pleszewie, a dziś doskonale rozpoznawalnej na polskiej i coraz częściej europejskiej scenie stoner rockowej – od dawna działa także poza samą sceną. Niektórzy kojarzą go zza lady Winiarni Pod Czarnym Kotem, ale teraz już prowadzi swoją knajpę Fuzz, miejsce zanurzone w berlińskiej estetyce i duchu DIY, będące naturalnym punktem spotkań lokalnego undergroundu i nie tylko.
Najmocniej jego nazwisko rezonuje jednak z Red Smoke Festival – kameralnym, trzydniowym wydarzeniem, które z roku na rok umacnia swoją pozycję jako obowiązkowy punkt wakacyjnego kalendarza fanów ciężkiej muzyki. Organizowana w Pleszewie impreza słynie z bezpośredniej, przyjaznej atmosfery, starannie dobranych line-upów i wyraźnie autorskiej wizji. W tym roku Red Smoke Festival odbędzie się już po raz jedenasty.
Pomówmy o Red Scalp. Ostatnio wydaje się, że jesteście nieco mniej aktywni. Z czego to wynika?
Nasz perkusista Mateusz został tatą! To jeden z powodów mniejszej aktywności, ale prawda jest też taka, że pracujemy nad nowym materiałem.
W tym roku chcecie wydać ten materiał?
Tak, chcemy nagrać i wydać nowy materiał oraz grać dużo koncertów w kraju i za granicą. Bardzo brakuje nam grania live, którego w zeszłym roku było zdecydowanie za mało. Ten rok będzie inny.
Spodziewam się, że w takim razie planujecie w najbliższym czasie jakiś koncert w Poznaniu…
Tak, ale czekamy na wiosnę. Postaramy się wykombinować jakiś fajny event.
Od kilku lat prowadzisz knajpę Fuzz. Obecnie funkcjonujecie przy ulicy Szyperskiej, wcześniej byliście na Gwarnej. Opowiedz, czym jest Fuzz i dlaczego zdecydowaliście się na zmianę lokalizacji.
Fuzz to knajpa dla każdego – zjesz, wypijesz, czasem potańczysz, ale głównie zależy nam na tym, żeby każdy czuł się u nas dobrze. Mimo że podejściem do prowadzenia baru i wizualnie pewnie odbiegamy od aktualnych trendów, robimy swoje. Ciśniemy ten underground.
Zmiana lokalizacji była wymuszona przez remonty centrum. Jak się później okazało, przez ponad rok prowadzenie działalności na ul. Gwarnej było niemożliwe. Ucieczka taktyczna była dobrą decyzją. Nowa lokalizacja nie była planowana, ale spróbowaliśmy jeszcze raz i już ponad dwa lata siedzimy na Szyperskiej. Jest inaczej, ciekawiej – mogliśmy zrobić trochę eventów, czego nie dało się zrobić na Gwarnej.
W Fuzzie organizowaliście też koncerty uliczne. Zdecydowanej większości osób bardzo się one podobały, choć zdarzali się również niezadowoleni sąsiedzi. Czy udało się wypracować kompromis i czy planujecie kontynuować tę inicjatywę?
Te koncerty były – i mam nadzieję, że będą – małą ozdobą Fuzza, ale są to wyjątkowe okazje i nie będzie ich wiele. Już wiemy, na co możemy sobie pozwolić, a na co nie, dzięki sąsiedzkiej interwencji i wtargnięciom na „scenę”. (śmiech) Nie wchodzimy sobie w drogę z sąsiadami i jest ok.
Jeszcze kilka lat temu organizowałeś sporo koncertów klubowych w Poznaniu. Jedną z inicjatyw był cykl Red Smoke Winter Edition. Dlaczego zdecydowałeś się go zakończyć?
Przez otwarcie Fuzza czas na organizację eventów zniknął i musiałem podjąć decyzję o zakończeniu bookingów. Ale coraz częściej pojawia się tęsknota i myśl o wznowieniu tej inicjatywy oraz zrobieniu kilku eventów. Kto wie!
Red Smoke Festival w Pleszewie odbędzie się już po raz jedenasty, co najlepiej świadczy o dobrej kondycji tego projektu. Czy miałeś kiedykolwiek chwile zwątpienia i momenty, w których zastanawiałeś się nad jego przyszłością?
Po pandemii eventy tego typu nie wyglądają już tak samo. Kiedyś festiwal wyprzedawał się w pięć minut, teraz trwa to znacząco dłużej, mimo że line-upy są wciąż naładowane mocnymi zawodnikami. Nie dziwi nas to, bo koszty – a co za tym idzie ceny biletów – bardzo poszły w górę. No i czasem mam chwile zwątpienia, czy to wszystko ma sens w kraju przeładowanym koncertami i festiwalami, bo zawsze chodziło o zajawę na dobry klimat, muzykę i przystępność. Teraz o tę zajawę trzeba walczyć.
Jak wygląda proces doboru zespołów na festiwal? Jaki klucz decyduje o tym, kto pojawi się na scenie Red Smoke?
Co roku mam listę moich typów – zależnie od tego, ilu z nich uda się zaprosić, tworzy to podstawę składu. Następnie przeglądam oferty i staram się dobrać zespoły klimatem do danego dnia i innych wykonawców w line-upie. Stawiam na eksperymenty. Eklektyzm jest ważny, żeby każdego dnia była różnorodność – wszyscy mają to, co lubią, oraz to, czego nie lubią, i wtedy można odpocząć. Reasumując: decyduję ja. (śmiech) Ale to nie znaczy, że jeśli ktoś się zgłosił i nie znalazł się w line-upie, to jest kiepski i go nie chcemy. Dostajemy co roku kilkaset zgłoszeń!
Masz bardzo dobre relacje z władzami Pleszewa. Na czym dokładnie polega Wasza współpraca i jak wygląda wsparcie ze strony miasta?
Na początku nie było tak kolorowo, ale nie ma się co dziwić. Przyszliśmy z Łukaszem z propozycją festiwalu, nie mając pojęcia, jak to się robi. Dwa pierwsze lata upłynęły raczej w atmosferze ograniczonego zaufania. Ale gdy wypaliło, miasto zaangażowało się w pełni. Władze Pleszewa udostępniają nam miejsce bezkosztowo i pomogły w kontaktach z innymi organami, aby wszystko odbywało się w porozumieniu, legalnie i profesjonalnie. Promują także festiwal w mieście i pomagają nam rozwiązywać problemy administracyjne.
Red Smoke funkcjonuje jako inicjatywa DIY – nie widać na festiwalu sponsorów, nie chwalicie się też dotacjami czy grantami. Czy w takim razie wydarzenie utrzymuje się wyłącznie z karnetów i biletów?
Tak, festiwal opiera się całkowicie na biletach. Artyści to jedna część, a druga to wszystkie koszty związane z produkcją: scena, hospitality, meble, namioty, ochrona, sanitariaty itd. Cenimy sobie niezależność, a zewnętrzni sponsorzy często narzucają warunki, z którymi nie zawsze jest nam po drodze. DIY or DIE!
Festiwal skierowany jest do dość wąskiego grona odbiorców – stoner rock to jednak nisza. Jak na Red Smoke reagują mieszkańcy Pleszewa, zwłaszcza że większość z nich nie uczestniczy bezpośrednio w wydarzeniu?
Dziś impreza traktowana jest jako stały punkt programu w Pleszewie i od wielu lat nie było ze strony mieszkańców negatywnego nastawienia. Jeszcze przed pandemią postawiliśmy na dużo lepsze nagłośnienie, które jednocześnie ograniczyło hałas roznoszący się po okolicy. Staramy się robić Red Smoke z uszanowaniem mieszkańców. To prawda, że nie jest to event stricte dla Pleszewian, ale co roku pojawia się kilkadziesiąt osób z miasta i aktywnie uczestniczy w festiwalu. Nie wspominając o spacerowiczach, którzy zawsze gromadzą się, by zerknąć, co się dzieje.
Idąc za zasadą „dobre nie wyklucza lepszego” – czy uważasz, że Red Smoke może jeszcze zrobić kolejny krok do przodu? Zmienić coś w swoim funkcjonowaniu? A może ten format jest już optymalny i nie ma potrzeby zmian?
Zmiany wprowadzamy co roku, ale są to raczej drobne elementy mające ulepszyć odbiór imprezy. Powiększenie festiwalu nie wydaje nam się dobrym rozwiązaniem z uwagi na niszę, w której działamy, oraz konieczność dużych i diametralnych zmian, chociażby związanych z innym miejscem imprezy. Stawiamy na kameralność i jakość.
Na koniec chciałbym zapytać o kondycję polskiej sceny stonerowej. Kilka lat temu boom na ten gatunek wyraźnie wyhamował, ale jednocześnie pojawiło się wiele zespołów, które zyskały międzynarodową rozpoznawalność. Jak Ty to oceniasz z perspektywy organizatora?
Mamy kilku zawodników, którzy zaczęli grać regularne trasy za granicą oraz duże festiwale. Osiągnęli to ciężką pracą, a ich status bardzo cieszy, bo polska scena stonerowo-doomowo-psychodeliczna jest szanowana i znana na świecie. To fakt – boom trochę przeminął, ale nadal powstają nowe składy, które wiedzą, „co jest pięć”. Myślę, że czas na szybką popularność już minął, ale ci, którzy cisną i dużo grają, będą docenieni.