Joana była pierwszą osobą ze sceny klubowej w Poznaniu, z którą zrobiliśmy wywiad we Freshmagu – to było prawie 15 lat temu. Wtedy budowała swoją pozycję na scenie i snuła plany, które dzisiaj są jej rzeczywistością. Na początku czerwca świętowała swoje 20-lecie działalności na scenie klubowej, co było świetną okazją, żeby porozmawiać i powspominać o starych czasach, które nie raz dały jej w kość. Przebyła długą drogę – od organizacji kameralnych imprez nad Wartą do prowadzenia najlepszego klubu w Polsce. Dzisiaj jest uznaną DJ-ką, która na koncie ma wszystkie największe festiwale, kluby w Polsce i nie tylko. Tama, której jest współwłaścicielką, również obchodzi swój jubileusz, więc nie zabrakło pytań związanych z poznańskim klubem. Nie mogło zabraknąć tematów o pierwszym graniu, organizacji imprez, miłości do Berlina czy fascynacji polskim rapem. Zapraszamy do sprawdzenia naszej rozmowy z Joaną.
W tym roku mija Twoje 20-lecie działalności na scenie klubowej. Na pewno pamiętasz swoją pierwszą imprezę, na której debiutowałaś w roli DJ-ki. Co to był za event i gdzie? Był stresik?
Tak, pamiętam! Jeszcze nie jest ze mną tak źle z pamięcią – mimo że to było dokładnie 20 lat temu (śmiech). To była impreza w bydgoskim Sono Barze, grałam wtedy u boku Adama Lightal’a i Cube’a. Mam cudowne wspomnienia z tego wieczoru – to było ogromne przeżycie, mimo że grałam jako pierwsza. Ludzie przyszli od razu i zaczęli tańczyć, a chłopaki, z którymi wtedy grałam, pozwolili mi przedłużyć set. Miałam ogromny stres i tremę, ale też wielką satysfakcję, gdy zobaczyłam, że ludzie naprawdę dobrze się bawią przy mojej muzyce.
Mamy 2000 rok. Wygasł Eskulap, rusza SQ w Browarze. Do tego aftery w mniejszych klubach. Natomiast w internecie ludzie wymieniają się muzyką na forum Muzikanova, a jeszcze wcześniej na positiva.info. Inna bajka, inne czasy. Jak wspominasz ten okres poznańskiej sceny?
To był naprawdę piękny czas. W SQ grałam wtedy dość regularnie, głównie na chilloutowej sali. Dla Muzikanovy nagrałam też bardzo fajny set „Garden of Sound” – właśnie w takim klimacie. Aftery w Negativie mniej mnie interesowały, ale często grałam w Cafe Mięsna, Mezzoforte, Post Dali (gdzie prowadziłam swój cykl) i świetnych klubach, jak Estravaganza czy Cute. To był taki beztroski okres – nie myślałam wtedy o organizowaniu imprez, starałam się po prostu bywać w klubach i słuchać moich ulubionych artystów.
Jakiej muzyki wówczas słuchałaś?
Kochałam progressive house, wymienialiśmy się setami z audycji Johna Digweed’a – Kiss 100. Moi ulubieni artyści to m.in. Satoshi Tomiie, Hernan Cattaneo, Yunus, James Zabiela, Deep Dish… i wielka miłość – Sasha. Takie klimaty.
Będąc również aktywną uczestniczką imprez, z pewnością miałaś swoje ulubione wydarzenia. Na przestrzeni lat trochę się działo.
Tak, zdecydowanie! Najbardziej kochałam cykle Automatik i Import – starałam się być na nich jak najczęściej. W tym czasie zaczęłam też jeździć na festiwale i imprezy za granicą. Jak wiecie – jestem zakochana w Berlinie i bardzo często tam jeździłam, czasem nawet sama – kończyłam event w Poznaniu, wsiadałam w auto i jechałam prosto do Panorama Bar albo Bar 25.
No właśnie ten Berlin. Jak duży miał wpływ na Ciebie tamtejszy klimat, ludzie i muzyka? Z pewnością mocno ukształtował Cię jako DJ-kę, ale i samego człowieka.
Ogromny. Berlin był i jest dla mnie miejscem wolności – zarówno artystycznej, jak i osobistej. To tam zobaczyłam, jak bardzo muzyka elektroniczna może być różnorodna i autentyczna. Zainspirowała mnie otwartość ludzi, ich podejście do imprezowania, brak sztywnego dress code’u czy oceniania. To wpłynęło na moje podejście do tworzenia imprez – żeby były dla wszystkich. Berlin uczy też pokory – tam każdy może zagrać, ale trzeba się naprawdę wyróżniać, żeby zostać zapamiętanym.
Czujesz się spełniona muzycznie? Wiele osób z tamtych czasów już nie gra, pozostali nieliczni. Czy jednak jeszcze brakuje czegoś, żeby móc tak powiedzieć?
Tak, mogę powiedzieć, że czuję się spełniona. Przechodzę płynnie przez różne etapy, starając się zachować swój styl muzyczny. Jako odbiorczyni nie zamykam się na jeden gatunek – uwielbiam artystów wywodzących się z różnych nurtów. Sama też ewoluuję – od hipnotycznego house’u i trip-hopu (przygoda z moim kolektywem City Inside Art i współpraca z An On Bast), po hard groove z moim aliasem Bad Mistake. Czasem zaskakuję samą siebie, przygotowując się do różnych imprez. Faktycznie, z mojego pokolenia niewiele osób jeszcze aktywnie gra, ale cieszę się, że są wartościowi artyści, którzy przetrwali. Staram się z nimi utrzymywać kontakt – są to m.in. Jacek Sienkiewicz, Leon, Angelo Mike, Feelaz DJ Glasse, Bart Sucharski i kilku innych. To trochę nostalgiczne pytanie, może kiedyś je jeszcze rozwinę.
A co z tą produkcją muzyczną? Możemy się czegoś spodziewać na jubileusz?
Faktycznie – całkowicie odpuściłam produkcję, od dłuższego czasu nie byłam w studiu. Jeszcze z An On Bast zrobiłyśmy trzy nowe utwory, ale niestety to mnie tylko dobiło. Nie mam siły przebicia, by je wydać, i szczerze – bardzo mnie to sfrustrowało. Skupiłam się na organizowaniu eventów, prowadzeniu klubu i ledwo starcza mi sił na granie. Mam jednak wielką nadzieję, że znajdę energię, żeby wrócić do produkcji. Mam kilka fajnych pomysłów i propozycji na kolaboracje – więc jak tylko coś się zacznie dziać, na pewno dam Wam znać!
Ostatnim przedstawicielem cyklu imprez Joana Say’s był zwariowany Partyboi. Poza tym zaprezentowałaś cały przekrój muzyczny – od Rebolledo po DJ Rush’a. Było również indie dance oraz techno. Czy te imprezy prezentują Twoje muzyczne inspiracje? Czego słuchasz na co dzień, gdy nie grasz?
Ha! Dokładnie tak, jak wspomniałam wcześniej – bardzo się otworzyłam na różne style muzyczne i faktycznie w ramach cyklu Joana Say’s pokazałam cały przekrój moich wariacji na temat elektroniki. To są bardzo osobiste imprezy, więc wkładam w nie dużo siebie – nie tylko jako DJ-ka, ale też jako promotorka i fanka muzyki.
Poza imprezami, jak wiecie, w Tamie mamy mnóstwo koncertów świetnych artystów, więc często mam przyjemność być na kilku wydarzeniach w jednym tygodniu! A nawet jeśli nie na samych koncertach, to przynajmniej na próbach – staram się wtedy chłonąć dźwięki i inspiracje.
Prywatnie kocham polski, stary hip-hop – Paktofonikę, Kaliber 44, Fisza, WWO… Ale też z ciekawością odkrywam nowe zespoły, właśnie dzięki temu, co dzieje się na scenie w Tamie. Kocham też szczerze Jon’a Hopkins’a, kiedyś nawet podarowałam mu bukiet kwiatów po koncercie, na którym przemokłam do suchej nitki, bo było straszne urwanie chmury. Słuchałam go w filharmonii berlińskiej i innych ciekawych miejscach wzruszając się do łez..
W domu staram się przebywać raczej w ciszy, żeby trochę odetchnąć… Ale za to w trasie albo na afterach mam totalnie zwariowaną selekcję! Ale o tym opowiem innym razem – to temat rzeka.
Czy po tylu latach jesteś nadal zdeterminowana, by działać i rozwijać się w tej branży? Jest ten sam zapał, co na początku kariery?
Bywa różnie. Czasami mam taki vibe, że mogłabym przenosić góry – pełna kreatywności i pomysłów. Ale bywają też trudniejsze chwile, czuję się przybita i mam ochotę od tego wszystkiego uciec – pewnie jak każdy. Zdarza się, że po występie myślę, że poszło słabo, a innym razem wracam do domu przeszczęśliwa, bo czuję, że naprawdę udało mi się dotknąć ludzi muzyką.
Jeśli chodzi o rozwój – nie boję się zmian. Gdy coś nie działa, staram się to poprawić, a jak się nie da, to zmienić. Jestem dosyć krytyczna wobec siebie i sporo od siebie wymagam (niestety także od zespołu, z którym pracuję), więc czasem biorę sobie za dużo na głowę. Ale determinacji mi nie brakuje – po tylu latach nadal chcę działać i iść do przodu oraz mam nadzieję, że moja ekipa ze mną wytrzyma.
To może teraz trochę pozytywu. Poprosimy o relację z Twojej najlepszej imprezy, na której grałaś.
To naprawdę trudne pytanie — ale też takie, które od razu wywołuje wielki uśmiech na mojej twarzy! W głowie mam mnóstwo pięknych wspomnień. Dla mnie najważniejsze jest poczucie jedności z ludźmi — ten moment, kiedy wiem, że wszyscy jesteśmy na tych samych wibracjach, niezależnie od tego, czy bawi się 1000 osób czy 100, czy czasami już tylko 10. Zdarzało się, że przed niektórymi imprezami — zwłaszcza tymi, które sama organizowałam i na których grałam obok swoich ulubionych artystów — dopadała mnie lekka trema. Ale potem działy się magiczne rzeczy… Pamiętam niesamowite emocje podczas setu z Tamą Sumo na jednej z pierwszych imprez w obecnej Tamie, b2b2b z Keytov i Cassy, czy totalnie spontaniczny b2b z Marvin Jamem. Niezapomniane były też momenty z Radio Slave’em czy Âme, Jus Edem, Jackiem the Rapperem, i naprawdę wieloma artystami, z którymi miałam zaszczyt zagrać, i w wielu miejscach, do których zostałam zaproszona
Uwielbiam grać na festiwalach — scena Circus na Audioriver z Davidem Delgado, czy set z Aenem na Wisłoujściu to czysta radość. Szczególnie mocno wspominam też występ, jako Bad Mistake na scenie techno na Summer Contrast, gdzie supportowałam Charlie’ego Sparksa — vibe i poczucie jedności były niesamowite.
Ale równie bliskie są mi kameralne imprezy — te długie sety w 8 Bitach czy Labie, czasem All Night Long, czasem niekończące się aftery… Trudno wybrać tę jedną „najlepszą”. Mam nadzieję, że te naprawdę najlepsze jeszcze przede mną — i że zawsze będą tam moi bliscy, bawiący się razem ze mną.
Nie można uciec od pytań związanych z Tamą. To Twoje „dziecko”, które w tym roku obchodzi 10 lat. Nie zawsze było kolorowo. Pamiętasz, jak w Tamie nad Wartą, na jednym z afterów pojawili się mieszkańcy Wildy, żeby przerwać imprezę? Wtedy poleciał z głośników numer Queen – „Don’t stop me now”. Symboliczny moment, bo tamta Tama się wówczas zamknęła.
Początki były bardzo ciężkie… Tak, to był jeden z tych momentów, które naprawdę zapadają w pamięć. To nie była nawet osoba z Wildy, tylko z osiedla Piastowskiego, która zgłaszała wiele imprez – nie tylko naszą. Włożyłam wtedy ogrom pracy i serca w to, żeby nad Wartą stworzyć enklawę dla muzyki. Rozumiem mieszkańców, naprawdę, ale bardzo chciałam, żeby w Poznaniu było miejsce dla elektroniki. Kiedy impreza się zakończyła, pojechałam do domu zapłakana. To był koniec tamtej Tamy – nie miałam już siły przekonywać miasta do swoich racji. Początki były naprawdę ciężkie. Ale jak powiedział jeden z moich bliskich przyjaciół: „Wszystkie trudności prowadzą do wspaniałości.” I to jest coś, co mnie wtedy bardzo podniosło. Dziś Tama już po raz piąty została wybrana Klubem Roku – i to mnie wzrusza do łez. Czasem, jak kończę set, puszczam znów „Don’t Stop Me Now” – już z łzami szczęścia.
Jednak nie zważając na trudności wstałaś, oklepałaś się i wróciłaś silniejsza. Obecnie prowadzisz jeden z największych klubów w Polsce. Zdarzało się jeszcze zwątpić w to wszystko?
Tak… I to wiele razy. Gdyby nie wsparcie moich bliskich – szczególnie Arka, mojego partnera życiowego i biznesowego – nie wiem, czy dałabym radę. Zorganizowaliśmy wtedy imprezę w B17, która finansowo była totalnym fiaskiem, ale poszliśmy za ciosem i otworzyliśmy klub w Izbie Rzemieślniczej. Sama nazwa ulicy – Niezłomnych – wydaje się być jakimś kosmicznym znakiem. Niechętnie wracam do tamtych trudnych chwil, jak np. pandemia – wtedy naprawdę myślałam, że to koniec. Wciągnęłam się wtedy w rozwój restauracji Rzemieślnicza i uczyłam się gastronomii od zera. Teraz staram się już patrzeć tylko przed siebie. Odpowiadam za wiele osób, które mi zaufały – i nie tylko z poczucia odpowiedzialności, ale z prawdziwej miłości do tego, co robię, chcę dalej działać.
A pamiętasz, w którym momencie pomyślałaś, że chcesz stworzyć swoje miejsce, że bycie DJ-ką i promotorką to za mało? To był długotrwały proces?
Pamiętam. Ale to było bardzo naturalne – jedno wynikało z drugiego. Zawsze kochałam muzykę. W moim rodzinnym domu była obecna na co dzień – mieliśmy gramofon i piękną kolekcję płyt taty. Później pojawił się magnetofon, o który walczyliśmy z rodzeństwem. Rodzice dawali nam wolność wyboru, jeśli chodzi o muzykę. Potem przyszła telewizja, Daft Punk, The Chemical Brothers, The Prodigy – nagrywałam ich na VHS i słuchałam w kółko. Rodzeństwo pracowało w branży blisko związanej z klubami, dzięki nim po raz pierwszy poszłam na imprezę do Fabryki Techno i usłyszałam Christiana Vogela, potem Love Parade 1998… Nie myślałam wtedy, że zostanę DJ-ką – ale to chyba było mi pisane. Organizowanie imprez też przyszło naturalnie – żeby mieć gdzie grać i się rozwijać. A jeśli chodzi o moje miejsce – to było efektem zamknięcia wielu ważnych dla mnie przestrzeni: 8 Bitów, Cute, imprez w Adrii, Modenie czy na Bogdance. Chciałam stworzyć coś od zera, inspirowana berlińskimi klubami, które zawsze mnie zachwycały. Ten proces, tak naprawdę, trwał przez całe moje życie.

Niedługo zaprezentujesz nowy cykl imprez w Tamie. Czego możemy się na mim spodziewać?
Nowy cykl – Joana pres. House of Tama – to dla mnie duże wyzwanie i powrót do korzeni. Na pierwszą imprezę zaprosiła mojego ukochanego Jacka Sienkiewicza, który w tym roku obchodzi 25-lecie wydawnictwa Recognition. Do tego Maki Polne – przyjaciel, który rezyduje na stałe w Berlinie i reprezentuje Club der Visionäre. Całość odbyła się w przestrzeni Restauracji Rzemieślnicza, którą specjalnie zaaranżowaliśmy – z ciepłym światłem, klimatycznym dancefloorem i miejscem do rozmów – i wewnątrz, i na zewnątrz. Zadbałam o każdy detal – od karty baru z moimi ulubionymi koktajlami po świece i kwiaty. To było wydarzenie na ok. 100 osób – bardzo kameralne i idealne dla tej muzyki. Już niedługo ogłoszę kolejne smaczki i artystów związanych z tym cyklem – zapraszam z całego serca.
Jak wspomniałaś wcześniej. kolejny raz zdobyliście nagrodę publiczności Munoludy w kategorii Klub Roku w Polsce. Najtrudniej utrzymać się na szczycie. Czy można postawić sobie jeszcze wyżej poprzeczkę niż obecnie?
To ogromny zaszczyt i naprawdę wielkie zaskoczenie. Serio – nie spodziewałam się, że ludzie tak nas kochają i po raz piąty oddają na nas głosy. Bardzo chciałabym cały czas „gonić króliczka” – nie popaść w rutynę, nie spocząć na laurach. Czas pokaże, ale ja zrobię wszystko, żeby nie zawieść naszych gości. Cały czas kombinujemy, jak jeszcze bardziej uprzyjemnić czas spędzany w Tamie. Pomysłów mi nie brakuje – i chyba to mnie najbardziej trzyma przy tym wszystkim.
A co u Ciebie w najbliższej przyszłości?
W najbliższej przyszłości chciałabym bardziej skupić się na swoim graniu, dobrze przygotować się do sezonu. Zostałam zaproszona na wiele imprez i festiwali. A dalsze plany? To bardzo dobre pytanie – jak zresztą wszystkie w tym wywiadzie. Jak tylko się wyklarują – na pewno będzie okazja, żeby znowu pogadać.