fot. Maciej Chomik

„Jestem artystą niezależnym”

Krzysztof Grabowski / Grabaż
14 lip 2025
Michał Krupski

Jeśli ktoś spoza Wielkopolski miałby wymienić pięciu najbardziej znanych poznaniaków, zapewne większość wskazałaby Krzysztofa Grabowskiego. Z Grabażem chciałem już porozmawiać przy okazji organizacji charytatywnego koncertu w Klubie u Bazyla, który współorganizowaliśmy jako Freshmag trzy lata temu. Wtedy plany pokrzyżował koronawirus. Teraz, po czasie, udało nam się spotkać w pięknej scenerii Portu Sołacz. Skupiliśmy się na Wielkopolsce, bo Krzysztof jest z nią mocno związany – zarówno z Poznaniem, jak i z Piłą.

Na początek zapytam: jak tam zdrówko? Ostatnio trochę pobiegałeś po szpitalach.

Pobiegałem w zeszłym roku. Jest lepiej, ale jeszcze nie jest do końca dobrze. W tym wieku już nie będzie nigdy lepiej, także wiesz… Mam już 60 lat i zawsze byłem kruchego zdrowia, więc staram się jak mogę, żeby być w formie.

Twoja kondycja nie przeszkadza Ci w czynnym życiu muzyka?

Nawet wcześniej nie przeszkadzała tak bardzo, mimo że na scenie byłem bardzo słaby. Ale wiesz, na tej scenie zawsze jest podjarka. Dostajesz dodatkowej adrenaliny i kopa w dupę, który cię utrzyma na deskach. Kiedyś bywało gorzej, jeszcze w tej dekadzie.

Jesteś poznaniakiem z krwi i kości, ale to Piła cię wychowała. Jakie masz dzisiaj relacje z tym miastem?

Moi rodzice tam mieszkają. Mamy tam studio, magazyn sprzętu, salę prób, więc do tzw. klasycznej roboty jadę do Piły. Poza tym większość muzyków, z którymi współpracuję, mieszka w Pile. Można powiedzieć, że to centrum naszych działań. Jak jadę do pracy – to do Piły.

Czyli spędzasz tam dużą część roku?

To zależy. Jak jest sezon koncertowy, to nie przebywam. Ale jak trzeba coś nowego zrobić, przypomnieć stare kawałki, zmienić program – to wtedy jedziemy do Piły.

Piła to trochę peryferia Wielkopolski. Mało kto o niej mówi.

Są tacy, którzy twierdzą, że to już Pomorze. No ale Piła jest w Wielkopolsce i warto to podkreślać.

To jak można by ją zareklamować, zachęcić do odwiedzin?

To może być problem. (śmiech) Piła to miasto dzielnych ludzi, którzy nie dają się przeciwnościom losu i starają się żyć godnie. To mnie tam najbardziej ujęło. Ale wiesz, wszystko co ludzi jakoś jednoczyło, przestało istnieć. Nie ma fabryki żarówek, nie ma ZNTK. Transformacja źle na Piłę zadziałała. Nie była szansą, tylko początkiem stagnacji.

Ale turystycznie Piła też ma coś do zaoferowania.

Nawet trzy jeziora są. Ale co z tego, skoro ich zagospodarowanie nie jest w żaden sposób aspirujące do nowoczesności. Temu miastu wyraźnie brakuje kopa w dupę oraz solidnej inspiracji i realizacji nowych inwestycji.

Czyli według Ciebie miasto jest źle zarządzane?

Tego nie mogę powiedzieć, bo tam nie mieszkam na stałe. Są ludzie, którzy są zadowoleni z władz miasta i wybierają ich co roku. Ale mogę powiedzieć, że Piła ma fajne miejsca, jak np. Wyspa. Lubię tam grać, bo na koncerty przychodzi całe miasto. Kiedyś miałem marzenie, żeby chociaż raz wyjść na scenę, żeby ktoś mnie zobaczył. Teraz, jak gramy w Pile, to tysiące ludzi przychodzą i to jest fajne. Na przykład na koncercie Strachy na Lachy na stadionie było spokojnie z 10 tysięcy osób.

Piła miała i ma spory wpływ na muzykę alternatywną i punkrockową. Powstały tam takie zespoły jak Inri, Alians, Na Górze czy Qulturka. Znasz ich osobiście?

Oczywiście. Wszyscy to kumple z Piły. Z zespołem INRI i Na Górze dzielimy salkę prób.

fot. Maciej Chomik

Polecisz kogoś jeszcze z Piły do posłuchania? Może coś świeżego?

Nie, bo nie jestem dziennikarzem muzycznym już od ośmiu lat i nie znam nowych zespołów. Przestałem to śledzić. Zniknęła we mnie motywacja do słuchania muzyki zawodowo i stałem się takim zgorzkniałym słuchaczem. Mogę teraz powiedzieć: „za naszych czasów to była muza…” (śmiech)

Rzeczywiście często się słyszy: „kiedyś to było”. A moim zdaniem jest odwrotnie – dobrej muzyki jest teraz mnóstwo, tylko trudno ją ogarnąć.

Dokładnie tak jak mówisz. Jeżdżąc autem po Poznaniu, słucham Afery. Tam liczba tych polskich wykonawców, którzy pojawili się ostatnimi czasy, jest absurdalna. Samych dziewczyn śpiewających tak samo i o tym samym jest chyba z pięćdziesiąt. Do tego masa młodych zespołów. Kiedyś było łatwiej, bo Afera pisała na wyświetlaczu, kto wykonuje dany utwór. Teraz muszę się wspomagać Shazamem.

fot. Magda Zając

Zaczynałeś jako punkowiec, ale w międzyczasie porzuciłeś „legitymację”. Nadal masz punk rocka w sercu?

Muzycznie może mniej, ale światopoglądowo na pewno. Punkowcem zostałem w ‚82 roku, kiedy pojechałem pierwszy raz na Jarocin. Najbardziej utkwił mi w pamięci koncert SS–20, który później zmienił nazwę na Dezerter. To był dla mnie szok. Na początku zwróciłem na nich uwagę, bo perkusista z tego zespołu nazywa się dokładnie tak samo jak ja. Ale później, jak usłyszałem, o czym śpiewają, to było cudowne przebudzenie. Pojechałem wtedy na koncert TSA, a wróciłem jako punkowiec. Ogólne założenia tego ruchu pasowały do mojej konstrukcji psychicznej. Wszedłem w to z miejsca. W tamtych czasach środowisko punkowe było na fali. Każde miasto miało swoje zespoły, które unikały oficjalnych mediów. Doskonale się w tym odnalazłem i do dziś jestem artystą niezależnym. Dobrze się z tym czuję.

Wracasz czasem do Jarocina?

Rok temu tam graliśmy. To festiwal, w którym młodość spotyka się z nostalgią. Jarocin to coś zupełnie innego niż kiedyś. Ale wiesz, dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Nawet jak wejdziesz drugi raz do Warty, to już nie jest ta sama rzeka.

Pamiętam, że przy reaktywacji Jarocina były głosy o bojkot. Ale przecież on nigdy nie był stricte punkowy.

Dokładnie. Zespoły punkowe po prostu najwięcej tam rozrabiały, może dlatego przylgnęła taka łatka. Najsłynniejszy Jarocin z ‚84 roku to była mieszanka punk rocka, reggae, metalu, nowej fali i rodzącej się alternatywy. Mnóstwo gatunków, mnóstwo artystów.

Czy Woodstock był spadkobiercą tej formuły festiwalowej?

Nie. Na Woodstock, czy teraz Pol’and’Rock, ludzie jeżdżą głównie po to, żeby się spotkać. Na Jarocin jeździło się słuchać muzyki. Dla mnie festiwal Jerzego to fajne miejsce, gdzie ludzie dobrze się ze sobą czują, ale muzyka jest tam tylko dodatkiem.

A czy jest dziś coś, co można by porównać do Jarocina?

Nie ma takiego festiwalu.

A Rock na Bagnie w Goniądzu?

RNB to fajny, około rockowy festiwal z mocnym akcentem na punk. Ale jest malutki. Jarocin i Goniądz to zupełnie inne skale. Ale w obu grało mi się świetnie, bo była dobra publiczność. A to dla mnie najważniejsze.

W wielu wywiadach wspominałeś, jaki wpływ miała na Ciebie brytyjska muzyka. A co z muzyką poznańską? Miała na Ciebie jakiś wpływ?

Żaden. Nigdy nie było w Poznaniu wykonawcy, którym bym się inspirował. Mam dużo kumpli w Poznaniu w różnych kapelach i podoba mi się, jak grają – ale to pewnie dlatego, że to właśnie kumple.

Gdzie w Poznaniu dobrze gra się koncerty?

W Tamie. Doskonałym miejscem jest też Sala Ziemi, ale jest zajęta na kilka lat do przodu, szczególnie w weekendy. Kiedyś dobrze grało mi się w Blue Note, który jest mniejszym lokalem, ale specyficznym.

Po remoncie jest to naprawdę świetne miejsce.

Po remoncie jeszcze nie byłem. Tam zawsze pamiętam, że były logistyczne problemy typu: co zrobić z fortepianem… Zajmował dużo miejsca i był problem. Mam nadzieję, że zniknął wraz z remontem. (śmiech)

Są jeszcze 2progi – z tych większych lokali, które pomieszczą ok. 700 osób.

Nigdy tam nie grałem, ale byłem gościem na koncercie. Wydaje mi się, że to mniejszy lokal niż Tama, która ma wyporność ok. 900 osób. Ale jeśli mówisz, że wejdzie tam tyle osób, to mamy dwie całkiem spore sale klubowe w Poznaniu.

Czy w 2025 roku są nadal miejsca w mieście, po których nie warto się pałętać?

Stary Rynek – bo w ryj można dostać. Ja osobiście nie pałętam się już wieczorami po mieście. Nie warto kusić losu. (śmiech)

Poznań przez ostatnie lata przeszedł spore zmiany. Są one zauważalne na tle innych miast?

Wszystko dzieje się jednostajnym, przyspieszonym tempem. Nie ma tu żadnych rewolucji. Wszystko powoli ewoluuje.

Wyobraźmy sobie, że zostajesz przez kogoś zmuszony do bycia prezydentem miasta przez rok. Jakie zmiany byś wprowadził?

Po pierwsze: sala koncertowa z prawdziwego zdarzenia. Taka, która pomieściłaby pięć tysięcy osób, ale skonstruowana tak, żeby przy trzech tysiącach też wyglądało na full. Większość miast już taką salę ma – my nie. Mamy MTP, ale te sale nie nadają się do grania. Kiedyś, jak graliśmy na MTP2, agencja Go Ahead stawała na głowie, żeby ją wygłuszyć – ale niewiele to dawało. Sala koncertowa powinna być skonstruowana specjalnie pod muzykę.

Czyli nie mówimy tu też o Arenie…

Nie, Arena też nie jest koncertowa. To miejsce bezduszne do grania koncertów. Nigdy tam nie czułem więzi z ­publicznością. A to ważne – widzieć ludzi, łykać ich energię i móc łatwiej przekazać swoją. W Arenie zawsze był jakiś bufor. Światło gorzej działało, nie było widać publiczności. Ciężko się tam grało.

Przydałby się nam amfiteatr?

Tak, na pewno. Ale trochę tych miejsc do grania w plenerze jednak jest. Jest Polana Harcerza, lotnisko, gdzie odbywa się Rockowizna Festiwal. Jest też Cytadela – ale jej szkoda, bo grozi zadeptaniem. Poza tym, pamiętaj, że na Cytadeli ciągle jest amfiteatr – szkoda, że nie ma już szans na jego odbudowę.

Coś jeszcze byś zrobił przez ten rok jako prezydent?

Wybudowałbym szpital – lepszy od tego na Lutyckiej. Brak odpowiedniej liczby placówek służby zdrowia w naszym mieście to dramat. Niby mają tam powiększyć SOR i rozbudować szpital, ale wszystko idzie zbyt wolno. I to w całym mieście.

Spotykamy się trzy dni po zdobyciu Mistrzostwa Polski przez Lecha, którego – jak powszechnie wiadomo – jesteś kibicem. Myślisz, że klub zmierza organizacyjnie w dobrym kierunku? Będzie Liga Mistrzów?

Tego nie wie nikt, bo to jest piłka nożna – a ta, szczególnie w wykonaniu Lecha, jest nieprzewidywalna. Ci zawodnicy mogą pokonać dużo lepszych od siebie i odpaść z jakąś Trnavą. Ale jeśli zdobyliśmy mistrza, to znaczy, że rozwój jest dobry. W ekstraklasie ten tytuł jest bardzo trudno zdobyć. Wielu kumpli z całego kraju pisało mi gratulacje – cieszę się z tego i jestem dumny. Kibicuję Lechowi od 1972 roku. Kurde, to już ponad 50 lat! Wiem, jak cenne to mistrzostwo jest dla Wielkopolan i bardzo je szanuję.

W Poznaniu to naprawdę duże wydarzenie.

Tak, u nas to nie dzieje się co roku, więc trzeba to szanować. Ale jest też sporo rzeczy, które mi się nie podobają – np. kadra sportowa. Mamy zawodników, których nie powinniśmy mieć, a oni grają. I to regularnie.

Wiele osób zarzuca włodarzom klubu – tym z Amiki – że są minimalistami. Ale od 2010 roku mamy cztery mistrzostwa w 15 lat. To drugi najlepszy okres po złotej dekadzie.

Trzeba zacząć od tego, że gdyby nie Amica, to nie byłoby Lecha. Nawet Kulczykowie nie zdecydowali się pomóc klubowi, a zdecydowali się „Kuchenkorze” z Wronek. W momencie, gdy oni wchodzili, Lech płonął. A jak ci się dom pali, to nie pytasz strażaków, jak się nazywają, tylko każesz im gasić i odbudować. Amikowcy to zrobili. Jasne, zarządzają inaczej niż poprzednicy. Ja zawsze kumplowałem się z MLS–em (Majchrzak, Lipczyński, Sołtys – przyp. red.) i ten czas był mi najbliższy, bo byłem blisko drużyny. To się skończyło z wejściem Amiki, ale cieszę się, że pchają ten wózek. Popełnili sporo głupot, ale ciągle idą do przodu.

Piłka nożna to jednak sport. Tu wszystko może się wydarzyć.

No właśnie. Gdyby nie rogal Golizadeha na Łazienkowskiej, nie byłoby mistrza. Gdyby Gonzalez nie wykopał piłki spod bramki w meczu z Piastem – byłby dramat. Tego się nie da zaplanować, to żywioł. A żywioł, wiadomo – jest nieobliczalny.

Kończąc poznański wątek – jakie są Twoje ulubione miejsca w mieście? Gdzie zabierasz gości spoza Poznania?

Jeśli miałbym gdzieś zabrać znajomych, to do ZOO. Lubię tam spędzać czas. Ale ogólnie to nie lubię spacerować. Mieszkam blisko Cytadeli, więc jak już się ruszam, to właśnie tam. Nie chodzę po knajpach.

A z czego to wynika?

Nie słyszę na jedno ucho. W knajpach gra muzyka, jest tłoczno i głośno. Nie jestem w stanie zrozumieć interlokutora. Więc jak już w takiej knajpie jestem, to zwykle siedzę i mówię „tak, tak, tak…”

Pidżama Porno i Strachy na Lachy przeżywają drugą młodość? Patrząc na frekwencję koncertową, można odnieść takie wrażenie.

Tak, wrażenie jest prawdziwe, ale nie robimy nic więcej niż wcześniej.

Może nowa płyta miała na to wpływ?

Myślę, że tak. Przyciąga mocno młode pokolenie. Mieliśmy długą przerwę z młodą publiką – przychodzili ludzie w naszym wieku. Też było ich dużo, ale teraz na każdym koncercie jest pogo, są ludzie 16–17–letni, którzy jeżdżą za nami od miasta do miasta. Śpiewają nowe piosenki, to dla nich aktualna rzeczywistość.

Rzeczywiście, na koncertach punkrockowych jest ostatnio sporo młodych ludzi.

Jeszcze niedawno wydawało się, że to wszystko umiera, że młodzi słuchają tylko hip–hopu. A tu się okazuje, że słuchają też nas. Chwała im, chwała nam!

Dziś jest trend: muzycy rozwiązują zespoły, idą w solówki, potem wracają. Hey, Coma, TSA… Rozważasz karierę solową?

Nie, nie, nie. Sam jestem za cienki, żeby sobie poradzić. Zawsze muszę mieć kumpli. Można powiedzieć, że Strachy to takie „przedłużenie” mojej solówki. Ale prawda jest taka, że jestem na tyle cienki instrumentalnie, że nie mogę grać i śpiewać naraz. Potrafię pokazać utwór na gitarze w bardzo cząstkowej wersji – funkcje, akordy i melodia – ale potem trzeba to wrzucić na zespół i przełożyć na jego język.

Nie czujesz potrzeby trzeciego projektu?

Nie, bo nie byłbym w stanie tego ogarnąć repertuarowo. Mam 60 lat, oba zespoły są aktywne, koncertują i zarabiają. Muszę dzielić między nie to, co piszę – a ostatnio nie piszę. Solowy projekt to nie dla mnie.

W obu zespołach sam jesteś menadżerem. Dlaczego to robisz osobiście?

Bo do tej pory nie znaleźliśmy nikogo, kto robiłby to lepiej niż ja. Nawet gdyby się ktoś taki znalazł, i tak z każdą duperelą musiałby przychodzić do mnie. A tak – to ja decyduję, gdzie gramy, jakie mamy przeloty, czy chce mi się jechać. Zajmuję się tylko bookowaniem i umowami. Mam ludzi, którzy pomagają z logistyką i techniką.

Jakie masz cele muzyczne na najbliższą przyszłość?

Najbliżej mamy wznowienie legendarnej płyty „Futurista” z 1990 roku. Wydamy ją na winylu, kompakcie i kasecie. Prawie 3 tysiące preorderów winyla – to jest zajebisty wynik, jak dla nas. A poza tym? Koncertować, koncertować, koncertować. My to nazywamy „cudem ziemi czarnej” – że możesz jeździć na koncerty i bawić się z ludźmi. To najfajniejsze w tej robocie.

Wyobrażasz sobie, że odstawiasz granie i wracasz np. do dziennikarstwa?

Nie ma takiej opcji. Dziennikarstwo to zawód wyjątkowo szybko ginący. Dziś dziennikarze nie pełnią tej roli co kiedyś. Wszystko się zmieniło. Papier ginie, wszystko przechodzi do sieci. Poza tym – musiałbym mocno obniżyć stopę życia.

Freshmag na papierze wychodzi od 15 lat i trzyma się dobrze. Ale to chyba z pasji.

No właśnie. Jak mnie zaprosiłeś na obiad, to pomyślałem, że nie będę cię obciążał – i zamówiłem sok. (śmiech)