Michał Wiraszko – wokalista zespołu Muchy, świeżo upieczony artysta solowy, współtwórca Next Fest i dyrektor artystyczny Jarocina, a od tego roku również jego organizator. Rok 2025 okazał się dla niego wyjątkowo intensywny – pełen nowych ról, decyzji i projektów, które tylko potwierdzają, że Wiraszko od lat jest jedną z najważniejszych postaci na poznańskiej scenie muzycznej. Trudno go nie lubić, jeszcze trudniej nie spotkać, bo gdziekolwiek w mieście dzieje się coś muzycznie istotnego, tam prędzej czy później pojawia się on.
Jarocin Festival zmienił organizatora. Good Taste, z którym współpracowałeś przez wiele lat, wycofał się z projektu. Z kolei nowy organizator jest mocno związany z Twoim nazwiskiem. Opowiedz o kulisach tej zmiany.
Stanęliśmy do konkursu razem z wieloletnim współproducentem m.in. Męskiego Grania, Michałem Sądejem i jego Powozownią. Mam wrażenie, że dogadaliśmy się na zasadzie przeciwieństw. Ja zajmuję się bookingiem, promocją i tym, co dzieje się na scenie – charakterem i jakością artystyczną festiwalu. Michał odpowiada za całą produkcję, bez której festiwal po prostu nie mógłby się odbyć. Z tym założeniem wystartowaliśmy i powiem szczerze: konkurencję pokonaliśmy zdecydowanie, z bardzo wyraźną przewagą punktową w ocenie komisji konkursowej. Myślę, że zadecydowała koncepcja programowa.

Skąd wzięła się ta koncepcja?
To pochodna osiemnastu lat spędzonych w Jarocinie. Pierwszy raz przyjechałem tam do pracy jako 25-letni chłopak. Tego się nie zapomina. Jeżeli Stargard dał mi wychowanie, a Poznań wykształcenie, to Jarocin dał mi pierwsze zatrudnienie. Tam spędziłem pierwsze lata dorosłego życia.
Jaką dokładnie pełniłeś wtedy rolę?
Jestem z zawodu dyrektorem. Od razu spotkał mnie zaszczyt i przywilej być dyrektorem artystycznym festiwalu, a żeby nie było tak nadęcie – kaowcem programowym. (śmiech)
To był czas boomu na Muchy i Terroromans. Odradzający się Jarocin miał mieć nową energię i tą energią miało być nasze pokolenie – nowe twarze gitarowego grania w Polsce. Tak spędziłem w Jarocinie ponad dwa lata, kilka razy w tygodniu dojeżdżając z Poznania. Zrobiliśmy wspólnie z Łukaszem Mintą dwie bardzo udane edycje.
Później, gdy Muchy po drugiej płycie miały w planach bardzo intensywny kalendarz koncertowy, zrozumiałem, że nie da się pogodzić obu ról. Przekazałem festiwal w dobre ręce i pojechałem w trasę, która trwała półtora roku. Graliśmy wtedy po 90–100 koncertów rocznie.
Ale wróciłeś później do Jarocina…
Tak. Kolejny, ponad dwuletni epizod przeżyłem w latach 2017–2018. Zrobiłem wtedy dwie edycje festiwalu, po czym znów wróciłem do czynnego grania.
Okazało się, że emocje wokół płyty Terroromans i zespołu po 10 latach wcale nie wygasły. Publiczność nadal chciała przychodzić na Muchy. Od tamtej pory – z krótką przerwą na Next Fest (Michał jest inicjatorem i jednym z pomysłodawców poznańskiego showcase’u – przyp. red.) i oczywiście pandemię – zajmowałem się głównie muzyką na scenie.
Co sprawiło, że znów wróciłeś do organizacji festiwalu?
Gdy ogłoszono konkurs, poczułem, że chyba znowu chcę to zrobić. Co zabawne – jeszcze w styczniu, kiedy żegnałem się z Next Festem, obiecałem sobie, że teraz będę już tylko muzykiem. Wytrzymałem dziesięć miesięcy.
Wracam więc do zabawy nie tylko na scenie, ale i za nią. Mam za sobą dwa miesiące bardzo intensywnej pracy, ale festiwal zaczyna nabierać rumieńców.
Teraz jesteś już nie pracownikiem, a formalnie organizatorem. To inne obciążenie i inne ryzyko. Jak się z tym czujesz?
Dopóki nie ogłosiliśmy pierwszego zestawu artystów i nie ruszyła sprzedaż biletów, byłem przerażony. Wizualizowałem sobie bankructwo, utratę mieszkania, same najgorsze scenariusze. Taka jest moja głowa pod presją.
Z drugiej strony ta presja niesamowicie mnie zmobilizowała. Pracowałem w grudniu od rana do późnej nocy, spałem po 3–4 godziny. Ale udało się – ogłosiliśmy pierwszych ośmioro artystów bardzo ważnych dla jarocińskiej publiczności.

Jaki będzie Twój Jarocin?
Pierwszym ogłoszeniem chcieliśmy powiedzieć: „Jesteśmy tu dla was, nic się nie zmienia”. Nie planuję rewolucji.
Jarocin to festiwal, który wychował kilkaset tysięcy ludzi i każdy z nich powie: „To jest mój Jarocin”. To jest piękne i obciążone odpowiedzialnością. Jestem w takim wieku, że nie robię już festiwalu dla siebie. Bardzo szanuję emocje, wspomnienia i oczekiwania publiczności. Jeśli chcę zrobić coś tylko pod siebie, to odpalam YouTube’a. Jeśli robię festiwal dla ludzi – słucham ich.
Natomiast to, co wyróżni ten festiwal dopiero się wydarzy. Przed nami ważne ogłoszenia.
Czy w tym roku pojawią się artyści zagraniczni?
Raczej nie. Artystów zagranicznych trzeba bukować z ogromnym wyprzedzeniem – jesienią, a nie zimą. Nie chcę zapraszać „kogokolwiek z zagranicy”.
Zamiast ścigać się z gigantycznymi koncertami – a w lipcu będzie ich mnóstwo – chcę się od tego odróżnić. Bardzo ciekawi mnie, co się wydarzy, jeśli zagramy festiwal oparty wyłącznie na polskim rocku. Widzę, jak świetnie publiczność reaguje na polskich artystów. Może to jest właśnie jarocińskie DNA.
Jakie elementy festiwalu chcesz szczególnie wzmocnić?
Bardzo chcę przywrócić blask Rytmom Młodych. Chciałbym, żeby to była perełka festiwalu, a nie tylko dodatek. Mam na to konkretny pomysł.
Myślę też o połączeniu Jarocina z częścią konferencyjną – to formuła, której w Polsce nie ma: najstarszy festiwal rockowy połączony z konkursem debiutantów i zapleczem edukacyjnym. Widzę, jak niesamowity potencjał mają dziś młode zespoły. Dzieciaki w wieku 17–19 lat mają już swoją publiczność. Mają pasję i ogień.
Mam wrażenie, że Jarocin znów może być miejscem, gdzie rodzi się zjawisko, a nie produkt. Tak jak kiedyś.

Przejdźmy do Twojej wydanej chwilę temu solowej, debiutanckiej płyty. Podobno bardzo długo dojrzewałeś do tego kroku.
Pierwszy raz pomyślałem o solowej płycie w 2011 roku. Zacząłem nawet pisać piosenki, ale dziś się cieszę, że tego wtedy nie zrobiłem. To byłby fałszywy ruch. Nagrałbym płytę w stylu Junior Boys.
Moje życie zawsze krążyło wokół muzyki: na scenie, za sceną, w radiu. Czerpię taką samą satysfakcję z grania koncertów, jak i z tego, że mogę pomóc innym artystom dawać ludziom emocje.
Przełomem była czterdziestka i narodziny syna. Pomyślałem: „Dobra, już pora przestać chować się za szyldem zespołu”. Po pół roku solowej drogi wiem, że to zupełnie inny świat – bardziej profesjonalny, bardziej odpowiedzialny, ale też bardzo ekscytujący.
Uciekłeś z Poznania, żeby nagrać tę płytę. Dlaczego?
Bo gdy jestem w Poznaniu, automatycznie robiłbym kolejną płytę Much. Nie umiem wyjść z aury „Miasta doznań”. Chciałem, żeby ten materiał nie był naznaczony tym stemplem. Powstał poza miastem – po to, żeby być czymś innym, osobnym.
A skład zespołu? Są tam muzycy z Much?
Na scenie gram ze Stefanem Czerwińskim i Michałem Drozdą. To muzycy wychowani na Muchach, ale nie z pierwotnego, „ojcowskiego” składu. Wspaniali artyści – uwielbiam pracować z nimi nie udając, że to jest zespół Muchy pod inną nazwą.
Muchy ostatnio zniknęły z radaru. Wygląda to jakbyście nie mieli już parcia na ciągłość grania. Przed ostatnim styczniowym koncertem dowiedziałem się, że więcej ich w tym roku nie będzie.
Nie planujemy innych koncertów w Poznaniu w tym roku. Chyba że wydarzy się coś naprawdę wyjątkowego, choć szczerze mówiąc – wątpię.
Dlaczego w pewnym momencie przestaliście dążyć do tej ciągłości grania?
Na początku mieliśmy na to ogromne parcie. Ale ta ciągłość bardzo nas przeorała. Ciągły przymus: terminy, płyta, kontrakt, studio. Muchy to nie jest taki zespół. To był i nadal jest naprawdę rock’n’rollowy organizm – duże emocje, ogromna intensywność. A takie zjawiska z natury nie trwają długo.
To trochę jak z ogniem. Jeśli pali się małym, równym płomieniem, trwa długo. Jak jebnie pochodnią, to pali się krótko. Muchy są trochę jak taka pochodnia. Warto ją rozpalać raz na jakiś czas, ale jeśli próbujesz z nią chodzić cały czas, to szybko wypala się trzonek.
Tak jak zespół bardzo szybko wystrzelił, tak samo szybko zniknął. O Muchach było słychać wszędzie, a nagle – cisza. Wiele osób pisało, że w ogóle już nie istniejemy, że się rozpadliśmy. A my mieliśmy po prostu cztery lata zimy.
W tym czasie realizowałeś też inne muzyczne projekty, m.in. ten folkowy związany z Powstaniem Wielkopolskim. Jak do niego doszło?
Dostałem zaproszenie od Urzędu Marszałkowskiego. Od razu zaznaczyłem, że jeśli ktoś oczekuje strzelb, rogatywek i cepelii, to nie ze mną. Zrobię to po swojemu – oddolnie, z pełnym zaangażowaniem, ale na własnych zasadach. Zgodzili się.
Ta płyta obroniła się sama. Miała bardzo dobre recenzje, była nawet nominowana do Fryderyka. Co ciekawe, zrobiła znacznie więcej szumu poza Poznaniem niż w samym mieście. Myślę dziś o wznowieniu jej na winylu, bo sporo osób o to pyta – takich, które słuchają muzyki z pasją, audiofilów.
Wspólnie z Michałem Szturomskim połączyliśmy na niej tradycyjne, wielopolskie instrumenty – kozły, skrzypce – mazanki i klarnety z syntezatorami. Udało się zbudować całkiem wiarygodny dialog między współczesnością, a muzyką ziem wielkopolskich – wtedy Provinz Posen – sprzed stu i więcej lat. To ta muzyka łączyła wtedy ludzi – mieszkańców nieistniejącego państwa – jak uniwersalny język. To w niej przetrwało to nieistniejące państwo.
Masz na koncie mnóstwo różnych innych projektów, nie tylko muzycznych. Skąd ta potrzeba działania na tylu polach?
Rzeczywiście, było tego sporo. Może to trochę samospełniające się proroctwo, ale ja po prostu mam taką energię.
Jestem ogromnym fanem Serge’a Gainsbourga. Kiedyś zapytano go: jest pan reżyserem, aktorem, kompozytorem, tekściarzem, wokalistą – kim pan chce być? Odpowiedział: wszystkim. I to jest mi bardzo bliskie. Jest w tym coś chaotycznego, coś na granicy ADHD. To bywa męczące, ale jest też darem. Z wiekiem uczę się z tego korzystać, bo jeśli nad tym nie panuję, idę w autodestrukcję.
Wyobrażasz sobie pracę na etacie?
Nie ma szans. Próbowałem. Mam trudność z pracą „dla kogoś”. Ja muszę trzymać za klamkę. Mogę być z ludźmi, dla ludzi, mogę im sprzyjać i pomagać, ale musze trzymać ster.
Oczywiście spotkałem po drodze wspaniałych ludzi, od których dużo się nauczyłem. Takich jak Łukasz Minta czy Tomik Grewiński. To są wizjonerzy. Obserwowanie ich było dla mnie ogromną lekcją.
Poznań jest bardzo silnym miastem muzycznie. Mamy aktywnych prawie pół tysiąca kapel. Dlaczego u nas nie ma alternatywnego oddolnego festiwalu z prawdziwego zdarzenia?
Były próby – jak festiwal Rafineria w 2009 roku w Starej Rzeźni – dokładnie coś takiego, o czym mówisz. I to się nie utrzymało.
Nie wiem. Być może nie narodziła się jeszcze siła, która byłaby w stanie to unieść dłużej niż jednorazowe wydarzenie. Ja wywodzę się z pokolenia, dla którego wzorem działań oddolnych były Kisielice i Michał Marcinkowski. Dwadzieścia lat temu potrafił zapraszać amerykańskie zespoły do grania dla dwudziestu osób. To była prawdziwa alternatywa.

Na koniec porozmawiajmy o Lechu Poznań. Jak doszło do powstania utworu „Nie idziesz sam”?
Klub odezwał się z propozycją stworzenia piosenki na 95-lecie Lecha.
To jedno z najbardziej nobilitujących doświadczeń w moim życiu. Ogromny przywilej. Nigdy nie myślałem, że będę miał taką szansę. Ta piosenka wzbudza w ludziach potężne emocje. Co ciekawe – ona nie była „na strzał”. Ona cały czas rośnie.
To jest w naszej (współautorem muzyki jest Adam Brzozowski – przyp. red.) wersji mało trybunowa piosenka. Może dlatego żyje bardziej w sercach ludzi niż na stadionie. Być może kiedyś ktoś wykona ją tak, że pójdą za nim trybuny.
Lech absolutnie potrzebuje własnego hymnu, z własnym DNA. Hymn musi dojrzeć, musi przyjść oddolnie i jeśli „Nie idziesz sam” kiedyś się nim stanie – będę dumny i szczęśliwy. „W górę serca” jest oczywiście uroczą piosenką i uwielbiam ją, ale nie zapominajmy, że to „Yellow Submarine” Beatlesów.
Sam jesteś kibicem, więc wypowiedz się o grze. Jak oceniasz szanse Lecha w tym sezonie?
Tabela jest bardzo ciasna i nieprzewidywalna. Lech jest dziś zespołem poukładanym, przemyślanym, dobrze zaprogramowanym. Ja pamiętam czasy drugiej ligi, więc naprawdę nie narzekam.