fot. Iza Mójta

„Fotografia koncertowa to przywilej i zaszczyt”

Jacek Mójta
06 sie 2025
Michał Krupski

Jego twarz jest znana wielu uczestnikom poznańskich koncertów. Możemy go spotkać w wielu przestrzeniach muzycznych, zazwyczaj z aparatem w ręku. Od kilku lat ma bardzo wysoką pozycję wśród fotografów koncertowych, szczególnie w naszym mieście. Jacka Mójtę widzimy głównie przez pryzmat jego obrazów, zarówno w materiałach promocyjnych agencji koncertowych, jak i w gazetach branżowych. Ja postanowiłem spojrzeć, kto stoi za obiektywem. Porozmawialiśmy nie tylko o fotografii, lecz i o życiu, bo Jacek ma w sobie wiele pasji nie tylko do robienia zdjęć.

Zdjęcie, które zapamiętasz na zawsze?

Nie jest to łatwe pytanie. Wydaje mi się, że jednego konkretnego nie mam, jednak najbardziej wryły mi się pamięć pierwsze zdjęcia koncertowe i moment, w którym zacząłem je robić. Pierwsze poważne fotografowanie muzyki przeżyłem w Jarocinie 10‒11 lat temu, w czasach, kiedy ten festiwal organizowała jeszcze agencja Go­‍‑Ahead. Najbardziej przeżyłem pierwsze wejście do fosy oraz pierwsze uderzenie dźwięków i powietrza z głośnika basowego. Pamiętam, że straciłem na chwilę oddech, tak poruszyła mnie atmosfera i obecność pod sceną. Sama możliwość złapania za nogę artysty była dla mnie czymś wielkim. To właśnie te emocje z samego faktu możliwości fotografowania w takim miejscu utkwiły mi najbardziej w pamięci, bo same zdjęcia na początku nie były imponujące. Pamiętam, że tego samego dnia wróciłem w nocy do Kicina, w którym mieszkam. Byłem tak podekscytowany, że musiałem te zdjęcia od razu zrzucić, obejrzeć i coś przy nich pokombinować. Nie spałem całą noc.

Czyli pierwsze zdjęcia robiłeś dla Go Ahead?

Akurat podczas tej edycji festiwalu akredytację pozyskałem z innego źródła, ale sprawy potoczyły się tak, że potem długi czas robiłem dla nich zdjęcia. Oni te zdjęcia wykorzystywali do promocji koncertów na plakatach i w innych miejscach. Pamiętam, że w czasach, gdy dobrze koncertowo funkcjonowała Hala nr 2 na Targach, moje zdjęcia tam wisiały. Uwielbiałem też robić zdjęcia na Spring Break’u.

W dalszym ciągu bywasz na kontynuacji Spring Break’a?

Staram się bywać, ale zdjęcia robię już bardziej jako freelancer, co wynika z mojego zainteresowania formułą festiwalu. Osobiście uważam, że fotografia koncertowa to jeden z bardziej podniecających obszarów fotografii, tak że jeśli ktoś lubi muzykę i koncerty, to tak naprawdę nie ma nic nad obecność w pierwszej linii i robieniu zdjęć. Jest to przywilej i zaszczyt, choć nie jest to łatwe. Okazuje się, że doskonali fotografowie sesyjni z innych branż niekoniecznie odnajdą się podczas koncertów. Działa to oczywiście w obie strony.

Poruszyłeś ciekawy temat, bo zastanawiam się co w sytuacji, gdy idziesz na koncert, robisz zdjęcia dla kogoś na zlecenie, a totalnie nie jest to klimat, w którym dobrze się czujesz.

To nie ułatwia pracy, lecz ja naturalnie traktuję takie sytuacje jako wyzwanie i pewnego rodzaju bitwę. Nie pozwolę sobie ze zlecenia wyjść bez kadrów, które mnie zadowolą, tylko przez moje poczucie estetyki i spojrzenia na muzykę. Sytuacja jest łatwiejsza, gdy mogę cały koncert robić zdjęcia, gorzej, jeśli mamy tylko trzy kawałki w fosie. Jest to czas rozgrzewki wokalistów i wtedy zrobienie dobrych ujęć to duże wyzwanie. Można gołym okiem zauważyć po zdjęciach, który fotograf przyszedł na koncert podjarany, a który tylko dlatego, że kazał mu to zrobić redaktor naczelny. Bez pierwiastka uczuciowego jest mała szansa na zdjęcie z kategorii „wow”.

Wiem, że nie tylko koncertowe zdjęcia robisz. W jakich sesjach i przestrzeniach najlepiej się czujesz?

Lubię ludzi i kontakt z nimi. Bardzo dobrze czuję się w sesjach portretowych i wizerunkowych. Lubię rozmawiać, jestem ciekawy człowieka. Zanim umówię się z kimś na sesję, muszę tę osobę poznać. Odnajduję się również w reportażach. Współpracuję z różnymi instytucjami i firmami, którzy zlecają mi różne imprezy i bale. Zdarzyło mi się robić sesję zdjęć wodomierzy i mierników – atrakcyjne sfotografowanie ich było ciekawym wyzwaniem. Niemniej, było to bardzo fajne i tam też dobrze się odnalazłem.
Jestem na tyle podekscytowany możliwością robienia zdjęć, że zrobię je wszędzie, gdzie jest potrzebny aparat. Zdarzyło mi się nawet fotografować pogrzeb, bo kilkunastu innych fotografów odmówiło realizacji tego zlecenia.

Ciekawa historia. Dlaczego odmawiali?

Pewnej osobie zmarła matka. Chciał mieć z nią pożegnalne zdjęcia, nie na zasadzie sesji, ale po prostu potrzebował pamiątki z ostatniego pożegnania. Tam rzeczywiście kilkanaście osób odmówiło współpracy, ale on był zdeterminowany. W końcu zlecenie w taki sposób trafiło do mnie. Mnie w zasadzie każda sytuacja fotograficzna interesuje. Dla mnie to takie trochę błogosławieństwo, że obserwując daną sytuację, nie widzę jej jako sytuacji prawdziwej, lecz przez pryzmat obiektywu. W sytuacji pogrzebowej widzę bardziej kadry niż grozę i przygnębienie w takiej akurat sytuacji.

Fotografujesz podczas dużych koncertów plenerowych jak i na malutkich alternatywnych wydarzeniach. Do jakiego typu artystów i imprez jest Ci bliżej?

Zdecydowanie bliżej mi do klubów niż dużych imprez. W ogóle nie interesują mnie koncerty stadionowe. Mogę tam przebywać jako widz, lecz nie jako fotograf, bo jest to po prostu nudne – z tego względu, że są tam mocno określone zasady gry. Zazwyczaj fotografowie są skoszarowani, a robienie dobrych zdjęć wysokiej sceny z poziomu ziemi jest mocno ograniczone. Każdy fotograf z takiego koncertu wychodzi z podobnymi kadrami. Odległości od wykonawców są zbyt duże. Inaczej sytuacja ma się, gdy mamy status fotografa zespołowego i robimy zdjęcia ze sceny czy backstage’u. Nie ma nic fajniejszego niż klub, który daje bliskość artystów, fajne światła, interakcję z publicznością. W takich przestrzeniach jesteśmy jako fotografowie skazani na sukces obrazkowy.

Podaj mi przykład idealnego miejsca do robienia zdjęć koncertowych w Poznaniu.

Bardzo lubię Tamę i Aulę Artis, w której koncerty odbywają się na poziomie podłogi i jest możliwość przemieszczania się po antresoli. Kiedy mamy zdjęcia z dołu, na wprost, z boku i z góry, daje to nieoczywistą perspektywę. Dzięki temu mózg odbiorcy jest zadowolony, bo coś tam się dzieje, nie ma nudy.

A jakieś mniej oczywiste przestrzenie koncertowe?

Dużo dzieje się w mniejszych knajpkach. Możliwość robienia zdjęć ze skróconym dystansem daje większą atrakcyjność na końcu. Jeden ze znanych fotografów powiedział kiedyś, że jeśli zdjęcie nie jest dość dobre, to znaczy, że nie byłeś wystarczająco blisko.

Idąc za ciosem, porozmawiajmy o tych mniejszych inicjatywach. Wiem, że np. jeździsz do Tuczna Krajeńskiego, które jest znane w światku typowo alternatywnym. Dlaczego możemy się spotkać akurat tam i w jakich innych mniejszych miejscach jeszcze?

Cieszę się, że zahaczyłeś o Tuczno, które zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Występuje tam pierwiastek magiczny, na który składają się fantastyczne okoliczności przyrody oraz ludzie. Z tego malutkiego miasteczka wywodzi się cała armia artystów różnych branż – malarze, rzeźbiarze, muzycy… Znalazłem się tam na zaproszenie znajomego i momentalnie wtopiłem się w ten klimat. Podobny rodzaj zachwytu miałem w przypadku Bieszczadów. Jako dorosły człowiek wylądowałem tam po raz pierwszy i rokrocznie tam wracam. Jeśli chodzi o Tuczno, to już zaczyna mnie nosić. Niedawno zaczepiłem znajomych, aby znaleźć pierwszą okazję w tym roku do pojawienia się tam. Nieważne, że jedzie się tam ponad dwie godziny. Magiczny jest Klub TU i inicjatywa pod nazwą „Bałagan Artystyczny”. Tam dzieją się fantastyczne koncerty i inne „eventy”, na które przyjeżdża się jako obcy, a po trzech minutach jest wrażenie rozmowy z ziomkami, których znasz od zawsze. Traktuję to miejsce jak przyjazd do rodziny.

Jestem też zachwycony Szczecinkiem, w którym odbywa się Art Piknik. Na dziesięć edycji w okresie wakacyjnym brałem udział w trzech. To kolejne miejsce, gdzie klimat tworzą głównie ludzie. Organizatorami jest grupa znajomych, którzy rozjechali się po całym świecie, ale na moment festiwalu zbierają siły i tworzą wspólnie niezwykłe wydarzenie. Są tam wystawy, teatry uliczne, koncerty z dobrą muzyką i wiele innych inicjatyw. Główna scena jest pięknie zlokalizowana przy pałacu nad jeziorem, co fantastycznie wygląda w scenerii nocnej. Jeśli ktoś nie odwiedził jeszcze Szczecinka i nie był na tym festiwalu, to zdecydowanie polecam to nadrobić.
Polecam też Famę w Świnoujściu, gdzie miałem przyjemność prowadzić warsztaty z fotografii koncertowej. Nie ma lepszych warunków dla miłośników tej branży niż możliwość uczestnictwa w festiwalu tego typu, który trwa tydzień. Codziennie jest ok 5‒6 koncertów, do tego występy teatralne i inne wydarzenia. Uczestnicy warsztatów codziennie mają możliwość robienia zdjęć na wszystkich koncertach. Formuła jest taka, że na drugi dzień po zrobieniu zdjęć, wspólnie je omawiamy. Intensywność warsztatowa jest bardzo wysoka. Trzeba także podkreślić, że dzieją się tam rzeczy fantastyczne. Dobór wykonawców jest przemyślany – nie są to jeszcze zblazowani wykonawcy z górnej półki, dzięki czemu wszystko jest maksymalnie szczere.

Festiwal jest związany również z poznańskim światkiem kulturalnym.

Tak. Dyrektorem programowym jest nasz poznański artysta Przybył, rzecznikiem prasowym Edgar Hein, a Gosia Bego bierze udział w organizacji. Jest to festiwal, który trzeba promować i o nim mówić. Poza tym samo Świnoujście jest miastem, które pokochałem miłością prze-szczerą. Jak na polskie realia, jest to swego rodzaju perełka. Choć to się zmienia na korzyść, nadal większość naszych miejscowości nadmorskich jest kiczowata. W Świnoujściu natomiast czuć niemiecki sznyt. Jadąc na rowerze w dziesięć minut jesteśmy po drugiej stronie granicy, także nad morzem, gdzie możemy napić się już niemieckiego piwa. Ogromna szeroka plaża robi wrażenie, a do tego Fama – całościowo jest to genialne miejsce.

Powiedziałeś kiedyś: „Częściej niż Wojciecha Waglewskiego, fotografuję tylko wnuczkę”. Voo Voo jest aż tak dobrym materiałem do zdjęć?

Świetnie, że o to pytasz. Zdecydowanie tak. Trudno utrzymać ten sam poziom podniecenia po kilkunastu latach robienia zdjęć jednemu artyście. W związku z tym jeśli chodzi o wydarzenia, jestem bardziej selektywny – chodzę tam, gdzie chcę, lub tam, gdzie mam zlecenie. Trzeba pamiętać, że jeśli piętnasty raz robisz zdjęcie jakiemuś artyście, nawet takiemu, którego lubisz, to staje się powtarzalne i nudne, nawet, gdy koncert jest świetny pod względem artystycznym. Z Voo Voo i Waglewskim jest inaczej. Nim nie potrafię się znudzić. Ich świetlik należy do ścisłego topu w kraju, a światło w fotografii jest najważniejsze. Voo Voo gra muzykę w pewnym sensie improwizowaną, dlatego tam zawsze sporo się dzieje. Waglewski z kolei jest świetną postacią jako obrazek. Jego dbałość o wygląd mi imponuje i zachęca do robienia zdjęć.

Czy z robienia zdjęć można utrzymać siebie i rodzinę?

Można, ale jest to bardzo trudne i z każdym rokiem coraz trudniejsze. To ogólnie temat rzeka, ale postaram się streścić. Poziom skrajności jest kosmiczny. Z jednej strony mamy topkę fotografów modowych, produktowych itd., którzy robią kampanie dla ogromnych firm na rynku międzynarodowym i zarabiają na tym gigantyczne pieniądze. Z drugiej strony jest cała armia pasjonatów, którzy chcieliby zarabiać wyłącznie na fotografii, ale nie każdemu to się udaje. Z tego, co obserwuję, mnóstwo fotografów łączy fotografię z pracą na etacie, po to, aby nie odciąć się od możliwości robienia zdjęć i jednocześnie zapewnić sobie i rodzinie normalny poziom życia. Ja na przykład, rzucając pracę w korporacji, wyobraziłem sobie, że najlepiej, gdy rozpocznę zarabianie od zdjęć ślubnych. Są to imprezy powtarzalne i nigdy się nie skończą. Naiwnie uważałem, że to zapewni mi bazę socjalną. Okazało się, że nie jest to łatwe, ponieważ robienie zdjęć ślubnych na wysokim poziomie jest niesłychanie trudne. Wyobraź sobie pracę kilkanaście godzin w pełnej gotowości do zerojedynkowych sytuacji, które już się nie powtórzą. Potem setki zrobionych zdjęć czekają na obrobienie, a kiedyś jeszcze wypadałoby się wyspać. Jeśli się uda, następnego dnia masz kolejny ślub, podczas którego znów musisz stanąć do pionu. Nie jest to łatwe. Jest cała armia fotografów, którzy pomyśleli podobnie, jak ja kiedyś, i także się na tym przejechali. Nie ma jednego dobrego patentu na to, aby dojść do dobrego poziomu zarobkowego.

Kto Cię uczył robienia zdjęć i zachęcił do zawodowstwa?

Ostatnio podczas podróży po Puszczy Zielonce, w okolicy, której mieszkam, wspominałem sobie swojego ojca. Podczas głębokich flashbacków doszedłem do wniosku, że to właśnie on był dla mnie inspiracją. W naszym mieszkaniu zawsze były albumy fotograficzne, które sięgały czasów PRL. Ojciec miał mały aparat radziecki Smiena 8, który miał niezły jak na amatorskie warunki obiektyw oraz ciemnię, w której wywoływał zdjęcia. Podglądałem go podczas pracy i tak właśnie złapałem zajawkę.
Na dobre tematem zainteresowałem się wraz z grupą kolegów w szkole średniej. Chodziliśmy razem robić zdjęcia. Po jakimś czasie dorobiłem się aparatów Zenit i Praktica. To było nadal głównie strzelanie dla siebie i rodziny. W czasach ­pracy w korporacji było mnie już stać na lepszy sprzęt. Rodzina twierdziła, że moje zdjęcia są interesujące, co przekonało mnie do tego, żeby rzucić wieloletnią pracę korporacyjną w bankowości na rzecz profesjonalnej fotografii mimo że pracowałem na stanowiskach dyrektorskich.
Dużą rolę odegrała moja żona Mira, która przekonała mnie do zmiany życia na takie, z którego będę czerpał szczęście. Bo ja lubię być szczęśliwy. Wsparcie partnera życiowego jest bardzo ważne przy tego typu zmianie. Pracę w korporacji zmieniałem co 7 lat, dzięki czemu nie wypalałem się, ale potrzebowałem czegoś innego. Nie miałem nigdy podjarki z kariery stanowiskowej i finansowej, choć nauczyła mnie mnóstwa rzeczy, które do dziś procentują. Dała mi także bufor finansowy, kiedy po rewolucji zawodowej moje przychody spadły katastroficznie. Stopniowo doskonaliłem swój warsztat i tak doszedłem do punktu, w którym od kilku lat jestem już w stanie utrzymać się z robienia zdjęć.

Gorzej mają osoby, które startują z fotografią bez tego bufora finansowego?

Szczerze im współczuję. Ja miałem ten komfort, że młodo miałem dzieci i zdążyłem już je odchować, dzięki czemu mogłem zaryzykować bez większego ryzyka i rodzinnych konsekwencji.

Co jest najważniejszym elementem sesji – sprzęt?

Sprzęt bardzo pomaga, natomiast ja jestem zdania, że najlepszy aparat, to ten, który akurat masz przy sobie. Znam fotografów, którzy mają kilkunastoletni sprzęt, a jakość ich produkcji jest na bardzo wysokim poziomie.

A na czym Ty pracujesz?

Ja od wielu lat jestem w systemie Nikona. Aktualnie oswajam się z nowym zakupem, który jest na tak wysokim poziomie technologicznym, że trudno się połapać, jak to wszystko wykorzystać. (śmiech)

Czy poza fotografią, czymś jeszcze się zajmujesz? Wiem, że Twoje życie skrzyżowało się w pewnym momencie ze strefą gastronomiczną.

To raczej życie mojego młodszego syna i jego żony skręciło w gastronomię, gdy wymyślili i zrealizowali koncept pt. Zdolni. Branża jest bardzo trudna i nawet nie próbuję bezpośrednio w tym uczestniczyć, bo nie chcę przeszkadzać. Obserwuję ten biznes z boku i cieszę się, że Zdolni zdobyli wysoką pozycję na tym wymagającym rynku. Ja natomiast fotograficznie współpracuję z gastronomią – obsługuję kilka restauracji i jestem z tego zadowolony.

Na koniec pytanie: czy jesteś fotografem spełnionym fotografem, czy też ciągle gdzieś spoglądasz i chcesz więcej?

Nie jestem spełniony. Uważam, że najlepsze zdjęcia są jeszcze przede mną. Mam sporo wolnego czasu i ciągle szukam wyzwań, nawet tych niekomercyjnych. Życie fotografa jest o tyle fajne, że zlecenia mogą się pojawić z dnia na dzień, w zupełnie nieoczekiwanych obszarach. Miałem już różne takie sytuacje, które miały zupełnie niespodziewane swoje dalsze konsekwencje. Kiedyś zostałem poproszony o organizację warsztatów fotograficznych dla żon biznesmenów, w ich czasie wolnym podczas konferencji. Warsztaty polegały na tym, że w zainicjowanym studio fotograficznym dałem im do dyspozycji swoje dwa aparaty i robiliśmy sesje modowe. Uczestniczki poczuły się jak topmodelki na wybiegu w Mediolanie. Ich poziom radości był ogromny i bawiły się tam jak małe dziewczynki. Wspaniałe doświadczenie.