fot. Iza Kowalska @Freshmag

„Śpiew ptaków to moja muzyka” – wywiad z DonGURALesko

DonGURALesko
23 lip 2025
Natalia Bednarz

To nie był zwykły poranek… i to wcale nie dlatego, lub nie tylko dlatego, że z nowym prezydentem. Przed piątą jego dom nawiedził mały kataklizm, odbierając cenne godziny snu i energię. A jednak przyjechał – rowerem, jak gdyby nigdy nic, w nieśmiertelnych okularach słonecznych i z mnóstwem ciekawych rzeczy do powiedzenia. Rapowy wieszcz i legenda poznańskiej i polskiej sceny hip-hopowej – DonGURALesko – czego słucha, skoro nie muzyki? Co teraz czyta? Skąd tytuł najnowszej płyty “Atlas”? Jak udaje mu się być na rap scenie już ponad trzy dekady? Przeczytajcie.

Jak tam poranek w nowej rzeczywistości?

Miałem z rana plaskacza większego niż Nawrocki. Budzę się o 4:30 – a śpię jak zając – i słyszę szum. Myślę, pociąg jedzie, bo niedaleko tory. Tylko coś długo jedzie ten pociąg… schodzę na dół, a tam pęknięta rura, zaparowane wszystko, bo to gorąca woda, jeszcze pod ciśnieniem. Ja pierdolę. Z dzieciakami i żoną sprzątnęliśmy, pojechałem do instalacyjnego, wymieniłem wężyki. Wszystko schnie. Taka pierdoła, no ale ledwo żyję. 

Słuchałeś po drodze jakiejś muzyki?

Nie zakładam słuchawek na rower, bo jeżdżę przez las i słucham ptaków. Ja w ogóle bardzo mało muzyki słucham. Muzyka mnie wkurwia. (śmiech) Słucham bitów, głównie muzyki instrumentalnej, rapowej. Oczywiście, staram się być na bieżąco, czasem sprawdzam jakieś rzeczy. Wiem, że Big Noyd wydał nowy składak, że Xzibit i Lil Wayne wydali nowe albumy, mam je przesłuchane. Od marca do czerwca słucham ptaków. Tego lubię słuchać. To jest moja muzyka. 

Nie będę udawać, że nie jestem ciekawa, co sądzisz o wczorajszych wyborach. Jakie są twoje odczucia? 

Było to do przewidzenia troszeczkę. Zazwyczaj te prawicowe polexity są niedoszacowane. Trzaskowski mówi po francusku i książki czyta. A to się nie podoba ludziom w tej chwili. Żyjemy w czasach anty elitarnych i ludziom się wydaje, że Nawrocki jest człowiekiem z ludu, nieumoczonym. Mnie się kojarzy to z ostatnią sceną mojego ulubionego serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z Romanem WIlhelmim w roli głównej – gdy tylko hrabia Wariat widzi, co się stało, i kiedy Nikodem Dyzma dostaje propozycję objęcia teki premiera państwa. No to się mniej więcej wydarzyło. Jak włączysz sobie nowego prezydenta w telewizorze i wyciszysz dźwięk, no to obrazek pasuje bardziej gdzieś do Tadżykistanu, Uzbekistanu. Przesuwa nas to na wschód. Coś to o nas mówi. Tacy jesteśmy. To, co wybieramy, też jest częścią nas. Wyrodziliśmy Nawrockiego i mamy. Natomiast good news są takie, że jest już tak chujowy, że teraz może być tylko lepszy. (śmiech) Startuje z dosyć niskiego pułapu, więc może się rozwinie, trochę ucywilizuje. Znałem gorsze przypadki. To jest tylko prezydent.  Ale ludzie kultury będą mieli używanie, bo to dla nich to jest zawsze żyzna gleba, jak jest zła władza. Tak że dla kultury to może i dobrze. 

Twoja nowa płyta nazywa się „Atlas”. Mitologiczna symbolika, widoczna także na okładce, gdzie dźwigasz na plecach boomboxa, nasuwa się sama, słychać ją w tekstach…

Jestem z pokolenia atlasów. Dziś rano na przykład poderwałem domowników krzykiem, jak bosman, do roboty. Wszyscy musieli tę wodę ściągać. (śmiech) Jak wchodzę do jakiegoś pomieszczenia z rodziną, to sprawdzam od razu, gdzie są wyjścia ewakuacyjne i tak dalej. Teraz to się mówi, że jestem pierdolnięty, że mam jakiś syndrom atlasa właśnie  (sposób przystosowania się do życia ludzi, którzy doświadczyli w przeszłości sytuacji trudnych i urazowych – i je udźwignęli – przyp.red.). Pokolenie atlasów jest czujne. Nosimy na plecach bagaż doświadczeń i czasów, kiedy wszystko nie było takie proste i zdefiniowane, jak dziś. Nie pochylaliśmy się nad swoją psychiką, tylko trzeba było sobie szybko radzić. Nie mówię bynajmniej, że to dobrze – tak po prostu jest. Nie chciałbym być tym Atlasem, ale jestem, jaki jestem… i tyle. No i takich atlasów sporo jeszcze chodzi po świecie. 

Pokolenie atlasów jest czujne. Nosimy na plecach bagaż doświadczeń i czasów, kiedy wszystko nie było takie proste i zdefiniowane, jak dziś

 

Atlas to także – dosłownie – zbiór w formie albumu. Czy nowa płyta to przemyślana kolekcja czy też zbiorowisko utworów, które, jak sam to nazywasz, kompulsywnie nasunęły Ci się na myśl?

Nie robię albumów pod tytuł – on pojawia się później. Siadam po prostu i robię płytę, nie wiadomo, co nagram tym razem. Nie są to na pewno płyty koncepcyjne. „Atlas” to tak, jak poprzednie, zbiór jakichś opowieści, dziwnych treści, które pojawiły się nagle w mojej głowie, i które w wyjątkowo, wręcz rekordowo krótkim czasie tym razem zostały nagrane. Pojechałem do studia trzy razy – dosłownie – i „Atlas” był gotowy. Taka szybka ekspresja to jest styl mojej pracy. 

A jak z propozycjami reklamowymi? Nadal odrzucasz? Rozważasz?

Czasem się coś pojawia. Ale czy ja jestem dobrą twarzą do reklamy? Odrzuciłem trochę tam ofert reklamowych, bo to jakoś nie szło w parze ze mną. I tyle. A w przyszłości? Nie wiem. Może jakieś akcje społeczne? Reklamowałem różne fundacje i to były bardzo fajne współprace. Ja nie umiem tak pomagać sam z siebie, ale jak mnie zaprząc do pracy, to mogę się do czegoś przydać. Natomiast większość rzeczy masowych, komercyjnych, jest po prostu chujowa. No bo co, jak reklamujesz bank, no to reklamujesz lichwę – ludzie się zapożyczają, działasz na ich szkodę. A jak reklamujesz, nie wiem, jakiś fast food, to reklamujesz gówno, które szkodzi ludziom. Jakby ktoś chciał zareklamować jakieś zdrowe cukierki, kurwa… ziołowe… to może bym mógł. (śmiech)

Kolejna płyta powstaje?

Nie. Teraz czas na odpoczynek. To nie jest tak, że u mnie ciągle trwa proces twórczy. Nie robię płyt na zapas. Jak będę miał zrobić płytę, to zacznę ją robić i będzie gotowa za trzy tygodnie. Każdy ma swój system pracy – i ja mam taki. Od trzydziestu lat działa.

Chodzi za Tobą jakaś podróż?

Ja cały czas jeżdżę. Choć nie planuję większych podróży, to już wiem, że w tym roku tego jeżdżenia i grania w różnych miejscach będzie sporo. W wakacje będę siedział nad morzem, będę siedział w górach… W Karkonoszach bywam kilka, nawet kilkanaście razy w roku. Mamy tam obiekt. Akurat trwa remont, ale jakieś światełko w tunelu się tli. Staram się raz w roku być w Tatrach. I tyle. Nie marzę o żadnych podróżach, bo jestem cały czas w ruchu, cały czas w trasie i jeśli odpoczywam, to bardziej w domu. 

Marzysz o współpracy z kimś konkretnym?

Nie..

Może ze sztuczną inteligencją? 

To ciekawe, może coś będzie kiedyś dla mnie płyty robić, a ja będę miał spokój święty (śmiech)? Ja się na tym kompletnie i totalnie nie znam. Wiem, że można wiele rzeczy zrobić za pomocą AI, ale ja jestem dość analogowym człowiekiem. Ja w ogóle niczego nie umiem obsługiwać. Chociaż nie… w sumie dzisiaj naprawiłem tę awarię hydrauliczną. (śmiech) Sztuczna inteligencja to narzędzie jak każde inne. Na pewno są tacy, którzy wykorzystają je w dobrej wierze i w umiejętny sposób, coś ciekawego z tego powstanie. Czy to będzie nadal twórczość ludzka, sztuka? Nie wiem. 

Widzisz w AI zagrożenie? 

Oczywiście, mógłbym może nad tym biadolić, ale przecież świat i miejsce muzyki w nim się zmienia. Dziś na przykład zalało mi kolekcję winyli, które chomikowałem… pierwsze wydania Pink Floydów, różne rzeczy, naprawdę wartościowe. Zalało to w pizdu. To jest nic niewarte już, bo jest wszystko pomarszczone. Płyty działają, ale cała reszta? Gdyby to było na jakichś chmurach AI to by mi nie zalało, no. Tworzymy sobie w głowie różne mapy rzeczywistości, które szybko się dezaktualizują. Sztuczna inteligencja przyspiesza pewne zmiany, które pewnie i tak by nastąpiły. Jeśli chodzi o muzykę popularną, to wydaje mi się, że produkcja hitów będzie fabryczna, bo AI i jej algorytmy dużo lepiej wiedzą, co się ludziom w ich masie podoba. Moim zdaniem teraz będzie tak, że skoro jesteśmy pozamykani w bańkach, to ten hit dla każdego będzie sprofilowany i będzie brzmiał troszkę inaczej i może być zupełnie innym tworem tak naprawdę. Wszystko to jest względne przecież. 

W Twoim rapie słychać, że dużo czytasz. Czym jest dla Ciebie czytanie?

Czytam sporo, kiedy tylko mogę. Tak się nauczyłem, to mi pomaga w życiu. Uważam, że jest to najdoskonalszy wciąż sposób komunikacji międzyludzkiej, pokonywania bariery odległości, czasu, śmierci. Może kiedyś będą lepsze sposoby? Nie wiem.

Czytanie to najdoskonalszy sposób komunikacji międzyludzkiej, pokonywania bariery odległości, czasu, śmierci

Co teraz inspirującego czytasz?

Odkryłem i zakochałem się w Béli Hamvasie (węgierski pisarz i filozof, przyp. red.). Czytam też nowe wydanie „Iliady” Homera w tłumaczeniu Andrzeja Libery, „Pałac” Myśliwskiego, „Śmiejącego się psa” Vargi.. Ostatnio dużo jeździłem pociągami, co – jak wiadomo – sprzyja czytaniu.

Twoje dzieciaki też z nosem w książkach?

Tak, sporo czytają. Przede wszystkim widzą, że są książki, że są w domu, są blisko. To jest najważniejsze. Moja średnia w tej chwili na przykład bardzo lubi literaturę amerykańską, kupuje książki Grahama Greene’a i inne takie. Moje dzieci czytają rzeczy, których bym się nie spodziewał, że będą czytać. 

Przed laty współpracowałeś z Timothym Snyderem (amerykański historyk – przyp. red.) przy projekcie „GURAL: Wojna i Pokój”, popularyzującym wiedzę o wojnie i totalitaryzmie… Wystąpiliście razem na Festiwalu Malta. Wróciłbyś do współpracy na teatralnej niwie?

Jasne. Ja bardzo lubię teatr – w Poznaniu głównie Nowy i Polski. Mój ojciec był krytykiem teatralnym, chodził do teatru, głównie do pracy. (śmiech) Chodził na spektakle i tam sobie pisał o nich jakieś teksty… no a ja tam chodziłem z nim. Moja mama natomiast zabierała mnie oglądać obrazy. Cierpiałem przy tym, ale doświadczałem tego. Z moim dziećmi też staram się chodzić, chcę, by obcowały ze sztuką. Dziś jaram się malarstwem, więc zwiedzamy muzea czy jakieś galerie, wystawy. Chcę, żeby tym nasiąkły za młodu, bo nie wiadomo, kiedy to z nich wyjdzie. Ja byłem zupełnym tępakiem przez pół życia, ale dzięki temu, że liznąłem trochę kultury za dzieciaka, to po tej trzydziestce coś jednak zaczęło kiełkować… Sztuka uwrażliwia człowieka, uczy go, czyni go lepszym. 

A festiwale muzyczne lubisz?

To idzie do druku? To tak, bardzo lubię. (śmiech) Tak serio, to nie. Wolę sobie słuchać muzyki sam, szczerze powiedziawszy. Nie umiem na koncerty chodzić dla przyjemności. Większość technicznych, akustyków i tak dalej znam. Czuję się jak w pracy, jak gdybym miał za chwilę wyjść na scenę. Nie możesz się zrelaksować, bo ciągle patrzysz na zegarek. Zagrałem dwa i pół tysiąca koncertów – trudno, żebym pragnął jeszcze jakichś poza nimi.

Pytanie od fana – jak Ty to robisz, że po ponad trzech dekadach na scenie twój rap nadal jest świeży, chętnie słuchany?

Uważam, że dobrze rapuję, po prostu. Zawsze powtarzałem, że jestem najlepszy. (śmiech) Podoba mi się mój rap. Oczywiście nie wiem, czy jestem najlepszy, no ale grunt, to tak myśleć. Udało mi się też wskoczyć w odpowiednim czasie, kiedy rap się rodził. Jestem pierwszym polskim rzutem raperów… i przetrwałem do dziś. 

Nigdy nie korciło Cię, żeby pójść w autotune?

Kiedyś nawet mi próbowali zapinać autotune, ale w moim przypadku niewiele to zmienia – nie wiem, dlaczego. Pewnie trzeba umieć używać autotune. Ja nie umiem, nie specjalizowałem się w tym nigdy. Poza tym jak już mnie ciągnęło, to robiłem screw, spowalniałem głos i pitchowałem go w dół. Autotune jest wyrazem pewnej mody, pewnego trendu – nie tylko w rapie, ale w ogóle na świecie. Kiedyś faceci byli napakowani sztucznie na siłowniach, wszyscy byli straszni i groźni. W tej chwili bożyszczem kobiet są jacyś chłopacy z Korei, którzy są chudzi jak modelki. I wyrazem tego też jest podwyższanie tonu głosu na bardziej – jak by to powiedzieć, kobiecy? Dziecięcy? Na głos przyjemniejszy, a nie agresywny, który przywodzi na myśl atak. Tak to widzę.

Słuchasz swojej muzyki? Oceniasz ją po czasie?

Przez jakiś czas po tym, jak nagram płytę, przez jakiś czas słucham swoich piosenek i one mi się podobają. Potem przestaję i już ich nie słucham. Ale w tym momencie, jak muszę się ich nauczyć na pamięć i tak dalej, to tego przesłuchuję i spoko to jest. Mnie się ogólnie podobają moje kawałki. Nie jestem perfekcjonistą, nie podchodzę do tego w ten sposób, że mają być super i najlepsze. Nie rozpamiętuję przeszłości. To ilustracja mojego życia, jakaś kronika, jakieś archiwum. Tak było, tak zrobiłem, tu się pomyliłem, no i tyle. Nie mam do mojej twórczości specjalnie emocjonalnego stosunku. 

Podobają mi się moje kawałki. To ilustracja mojego życia, kronika, archiwum. Tak było i tyle. Nie rozpamiętuję przeszłości

A który z Twoich albumów jest Twoim ulubionym? 

„Atlas”. Chociaż w sumie już mi się znudził. Nie słucham go już. (śmiech)

Czyli zawsze ten nowy?

Tak, to najnowszy jest na ogół ulubionym, bo wydaje mi się, że rapuję na nim lepiej niż pięć czy dziesięć albumów wstecz. 

Czy mógłbyś szukać nowych gwiazd rapu? Być jurorem w talent show? 

Może nawet i mógłbym, czemu nie? Nie mam nic przeciwko. W końcu wszystko się teraz komercjalizuje. Fajnie, żeby przy tym pracowali fachowcy i nie robili obciachu. Z drugiej strony, co jest wyznacznikiem tego, czy ktoś dobrze rapuje? Sam nie wiem. Dla mnie niewiele osób rapuje dobrze. 

Dokąd zmierza scena?

Wraca prawdziwy rap! Cały czas mam przysłowiowe jedno oko na Maroko, na scenę amerykańską. I widzę, że tam od jakiegoś czasu wraca oldschoolowy rap. Ja się czuję, jakbym wrócił na lata dziewięćdziesiąte! Raperzy, których lubiłem słuchać, wydają teraz nowe albumy. Ciągle wychodzą nowe rzeczy od weteranów sceny, pojawia się sporo graczy, którzy robią klasyczny rap, rapują, jak dawniej. A skoro tam tak się dzieje, to u nas też tak będzie, a nawet już się zaczyna. Tak więc, ja jestem spokojny. Nie ma w tym zalewie nowej muzyki aż tak dużo nas, raperów starego pokolenia. Dla Gurala to zawsze dobrze – jak jest chujnia, jest kryzys, niewiele się dzieje, no to Gural się wyróżnia, bo robi swoje i napierdala jak zwykle. A jak z kolei jest koniunktura i się dużo dzieje, to jakoś z tłumem też Gural leci i też jest okej. Ja sobie poradzę. Jeżeli ktoś ma pomysł na robienie szczerego rapu i robi to już długo, to musi sobie poradzić.

Czy masz w głowie jakiś temat, o którym nigdy nie rapowałeś? 

Kto wie, może odkryję jeszcze jakieś nowe pola eksploracji… Oglądałem niedawno bardzo fajny rapowany musical „1989”, do którego pisał teksty m.in. Łona. Córka zmusiła mnie wreszcie do obejrzenia, bo ona to na pamięć zna „Hamiltona” (wielokrotnie nagradzany musical Lin-Manuela Mirandy, opowiadający w nowoczesnej formie łączącej rap, hip-hop, R&B historię Alexandra Hamiltona – jednego z ojców założycieli USA – przyp. red.). „Hamilton” jest po prostu perfekcyjnie zarapowany, napisany. Rap ma jeszcze wiele takich świetnych terenów do zgłębienia. Jeśli o mnie chodzi, na pewno chcę jeszcze zrobić ostatni mixtape z Matteo – żeby powstał pięcioksiąg. Mam trochę pomysłów na przyszłość.