„Żartować można ze wszystkiego – jedyną granicą jest bełkot”

Tomasz Boras
29 sty 2025
Natalia Bednarz

Choć w szkole mało kto widział w nim przyszłego komika, w 2016 wygrał trzecią edycję Antrakt Stand-Up Festiwal, a dziś jego kanał na Youtube ma ponad 30 mln wyświetleń. Specjalizuje się w tzw. „one-linerach” – krótkich, często przewrotnych żartach, które wymagają skupienia i chwili zastanowienia. Rozbawiał m.in. w Polsacie, TVN, Comedy Central… i sypialni IKEA. Jak długo pisze swoje programy? Co dzieje się z widzami, którzy stają z nim w szranki? Czy nadal ma rodzinę i przyjaciół? Poznajcie Tomasza Borasa, poznaniaka z mikrofonem w ręku… i sercem na dłoni.

Skąd pomysł na to, by zająć się stand-upem? Byłeś klasowym śmieszkiem?

Lubię myśleć, że byłem klasowym błaznem, ale to nie jest pewne. Całkiem niedawno mój znajomy ze szkoły powiedział mi, że nigdy by się nie spodziewał, że zostanę komikiem. Inni znowu powiedzieli „wreszcie się zdecydowałeś”, jakby to było oczywiste. Jednych śmieszyłem, innych nie, tutaj nic się nie zmieniło.

Jak wyglądał Twój najgorszy występ? 

Najgorsze są w snach, gdzie wszystko idzie nie tak, zapominam tekstu, albo w ogóle nie mam nic przygotowanego, a za trzy minuty wchodzę na scenę. W realu jest, że tak powiem, nieco lepiej. Te najgorsze związane są bardziej z okolicznościami, niż ze mną. Występ w plenerze, po zmroku, w deszczu, dla pięciu osób z parasolami. To autentyczna sytuacja sprzed lat. Nikt mnie jeszcze nie kojarzył, a i ja sam w siebie powątpiewałem.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś podczas występu kogoś obrazić do tego stopnia, że wyszedł?

Nie, ale pracuję nad tym. To bardzo przydatna umiejętność, bo zdarzają się nadpobudliwi widzowie z przerośniętą potrzebą zwracania na siebie uwagi. Ten przerost można nawet dokładnie zmierzyć procentowo, od około pięciu w przypadku piwa, do czterdziestu w przypadku wódki. Niestety ci wychodzą dopiero po występie i to najczęściej jako ostatni.

Zdarzało Ci się, że ktoś z publiczności zgasił Cię podczas Twojego własnego występu?

Tak. Niech spoczywa w pokoju.

Ze względu na sporą dozę absurdu i wymagający, inteligentny humor, Twoje występy przypominają mi te Wojtka Fiedorczuka. Znacie się, lubicie?

Znamy się z Wojtkiem, ale nie na tyle, żeby ustalać wzajemne uczucia. Śledzę jego działania artystyczne i bardzo je lubię, natomiast nigdy nie nazwałbym ich podobnymi do moich. To zupełnie inne ścieżki, które przecinają się chyba tylko przy automacie do kawy. O, nawet nie wiem, czy Wojtek pije kawę. Ja piję. Pokręcę się kiedyś dłużej przy automacie i sprawdzę. A co do „wymagającego i inteligentnego humoru”, to zgłaszam sprzeciw. To widz musi być inteligentny. Wtedy żart staje się prosty, lekki i relaksujący.

Co sądzisz o stand-uperach z innych miast? Masz ulubieńców? Czy widać różnice w poczuciu humoru?

Stand-uperzy żyją na walizkach, spotykamy się w różnych miejscach i trudno spamiętać, kto jest skąd tak naprawdę. Wątpię, czy „żyją” atmosferą własnych miast. Raczej pilnują samych siebie w wielkim świecie, stąd też dominuje opowiadanie o sobie i najbliższych relacjach.

Czy bycie poznaniakiem pomaga w stand-upie? Żartujesz z naszych przywar?

W stand-upie najlepiej być łodzianinem, bo to mniej więcej geograficzne centrum Polski i wszędzie jest w miarę blisko. Mam około 130 występów rocznie, to dość istotne. Poznań też, można powiedzieć, nie leży najgorzej. Poza tym, nie wiem o jakich przywarach mówisz, Poznań to najlepsze miejsce do życia i nie tylko (śmiech).

Stand-up na weselu – czy wystąpiłbyś i za ile?

Wystąpiłem. Za tyle samo, co na urodzinach. Nie celuję w tego typu imprezy, ale akurat te dwie dobrze wspominam. Czynnik decydujący? Ludzie. Do tego, mimo niemałej gaży, dostałem prowiant na drogę i weselną wódkę. Zasnąłem przed oczepinami.

A jakie jest najdziwniejsze miejsce, w którym wystąpiłeś? 

Sypialnia Ikei. Parę lat temu brałem udział kampanii promocyjnej tej marki i wspólnie z kilkoma komikami rozbawialiśmy ludzi w zaaranżowanej na scenie sypialni. Okoliczności dziwne, ale poszło całkiem dobrze. Ale dla mnie to żadne wyzwanie, rozśmieszyć kogoś w sypialni.

Czy jest coś, z czego nigdy nie zażartujesz i dlaczego jest to teściowa?

Jak dotąd wymyśliłem jeden żart z postacią teściowej i jest to raczej żart z żartowania o teściowej, a nie z teściowej. Uparcie twierdzę, że żartować można ze wszystkiego, a jedyną granicą jest bełkot. Teściowa to w pewnym sensie gotowiec, pojęcie z przypisanym pakietem cech, i oparcie żartu na tym właśnie to droga na skróty, które nie dają satysfakcji ani publiczności, ani komikowi, jeśli ten oczywiście szuka jakiejkolwiek frajdy z tego co robi.

A czy Twoje żarty kiedykolwiek wywołały konflikt rodzinny? Utratę znajomości? 

Nie, w rodzinie jest już dawno raczej ustalone, że plotę trzy po trzy i nikt nie traktuje tego poważnie. Moje żarty traktowane są jak dodatkowy dźwięk z ulicy dobiegający przez uchylone okno. Kiedy mówię na przykład, że wychodzę do pubu i wrócę przed północą… to rzeczywiście wychodzę do pubu, w każdym żarcie jest ziarno prawdy. Albo, co według mnie jest celniejsze, w każdej prawdzie jest ziarno żartu.

Kiedy wiesz, że napisałeś naprawdę dobry żart? 

Kiedy z kamienną twarzą odkładam notes.

W styczniu grasz w Poznaniu aż dwa razy z nowym materiałem, powiesz o nim kilka słów? Jak powstawał? Czego się spodziewać?

W styczniu dwa razy, ale w ogóle w Poznaniu to będzie piętnasty i szesnasty raz, zawsze w klubie BaRock przy ulicy Wielkiej. Mógłbym odpalić większe sale, co mi parę razy sugerowano, ale BaRock ma swój wyjątkowy, kameralny klimat, który na ten moment bardzo mi odpowiada. Jak dotąd „obsłużyłem” tam już prawie 3 tysiące widzów. Program „Spisek przeciwko sobie” ma już dwa lata, więc niedługo wyląduje na Youtube, a więc to ostatnie okazje, żeby doświadczyć go na żywo. W stand-upie tylko to się liczy. Nic nie zastąpi atmosfery wieczoru, kiedy wszystko dzieje się tu i teraz. Kto był choć raz, ten wie. Teraz pracuję nad nowymi treściami, przewidywana premiera najwcześniej wiosną, daję sobie komfort nieograniczonego czasu, musi być porządnie. Jak to powiedział nie wiem kto, ale ewidentnie mądry, męczę się nad nowym dziełem, żeby publiczność już nie musiała. Inspiruje mnie wszystko, a spodziewać się nie można niczego, jak to w komedii.

Jak długo trwa tworzenie nowego programu od podstaw?

Trwa nieustannie – notatki, przemyślenia, krótkie nagrania głosowe, żeby nie przepadło. Samo spisanie programu w spójną, logiczną całość wymaga już większego skupienia, czasami odosobnienia, i trwa – z tego co mówią komicy – od kilku dni do paru tygodni. Mówiąc „komicy”, mam na myśli wyłącznie siebie, żyje we mnie kilku twórców o różnych kondycjach. Raz budzę się i tryskam pomysłami, innym razem wstaję i wspominam stare dobre czasy z wczoraj, bo dzisiaj nic nie idzie.

Wolisz występy na scenie, czy w telewizji?

Nagrania, dajmy na to do programu Comedy Club dla kanału Comedy Central, odbywały się w Teatrze Sabat w Warszawie i formalnie niczym nie różniły się od regularnych wieczorów komediowych, jest publiczność, to najważniejsze. Świadomość obecności kamer znika po paru minutach występu, zapomina się o tym. No chyba, że występ idzie źle, to ta świadomość wraca. Mnie wróciła ze dwa razy, ale na osiem, czy dziewięć sezonów Comedy Clubu, w których brałem udział, to chyba nie jest zły wynik. Poza tym jakiś dyskomfort i gorszy występ od czasu do czasu jest potrzebny i niemal orzeźwiający. Nieustające sukcesy potrafią przynudzić (śmiech)!

Na zakończenie: jak bardzo różni się Boras na scenie od Borasa w domowych kapciach?

Pewnie tylko kapciami. Mam też wrażenie, że bez nagłośnienia nie mam odpowiedniej siły przebicia i nikt mnie nie słucha. Któregoś dnia nagłośnię mieszkanie, podepnę mikrofon i wreszcie wszystko z siebie wyrzucę. Kapcie spadną.

Fanów spadających kapci zapraszamy już 30 stycznia do klubu BaRock, gdzie Tomas Boras pojawi się ze swoim nowym materiałem „Spisek przeciwko sobie”. Do zobaczenia!