Poznań to ich dom, ale sceny, na które celują wykraczają daleko poza lokalne granice. Duet Zuta właśnie wydał swój debiutancki album pt. To dopiero początek i trudno o trafniejszy tytuł – w ich głosach słychać ekscytację, energię i głód nowych wyzwań. Zuzia i Maks to para, która swoją chemię przenosi ze sceny do życia codziennego i odwrotnie. Rozmawiamy o nostalgii, pierwszych muzycznych olśnieniach, pracy w duecie i marzeniach, które prowadzą ich prosto na wielkie sceny.
Wywodzicie się z Poznania. Jakie ma on dla Was znaczenie w kontekście Waszej tożsamości?
Zuzia: Poznań to nasz dom i z pewnością nim pozostanie. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby takich miejsc mieć na świecie wiele. Bez wątpienia jednak Poznań nie zniknie z naszych serc!
Czy od początku czuliście, że tworzycie zgrany duet – prywatnie i muzycznie?
Z: Życiowo pierwsza randka była dla nas wystarczająca. Muzycznie pierwszy, wspólny utwór! Przede wszystkim liczy się nasza ekscytacja. Jeśli dla nas coś nie działa, nie krępujemy się, by pokazać to innym. Przyznamy jednak, że nie spodziewaliśmy się takiego zainteresowania tym, co tworzymy! Nie należymy do osób, które z góry zakładają sukces. Jednocześnie tego sukcesu się nie boimy i działamy tak, jakby miał szansę nastąpić. Jak inaczej wpuścić go do swojego życia? Jeśli będziemy działać asekuracyjnie, nigdy nie doczekamy się wielkich scen, bo za dużo jest osób zdolnych, by wystarczało mieć „to coś”. Jeszcze trzeba to obwieszczać wszem i wobec, żeby sięgnęło odpowiednich osób!
Czy w pracy nad dużym projektem, takim jak album, zdarzają się momenty, w których musicie się nawzajem motywować?
Z: Absolutnie! I to nie tylko przy tak dużym projekcie. Wzajemna motywacja przydaje się też, gdy za oknem deszcz, a ktoś musi wyprowadzić psa. Wspólna praca wymaga od nas umiejętnego korzystania z tego, czego uczymy się w życiu codziennym. Największą motywacją do robienia płyty jest rozmawianie o naszych sukcesach, rzeczach, które się udały, które mogą się wydarzyć - w pojedynkę pewnie łatwo uwierzyć kilku hejterskim komentarzom, ale to znika, wypowiedziane na głos. Mamy farta mieszkać pod jednym dachem z osobą, której umiejętności podziwiamy i szanujemy. Z niecierpliwością czekamy wzajemnie na kolejne, artystyczne propozycje. Może w sumie, w tej dziedzinie, bardziej się prowokujemy niż motywujemy. Ha!
Spędzacie ze sobą dużo czasu – prywatnie i twórczo. Jak radzicie sobie z momentami, kiedy macie inne wizje artystyczne?
Z: Jeśli faktycznie nie możemy się zgodzić odkładamy temat do szuflady. Pierwszeństwo mają rzeczy, które nas oboje odpalają. Często później przeszukujemy te „szuflady”, wycinamy z nich to, co działa, łatamy czymś nowym, rozmawiamy o tym, co w ogóle sprawiło, że wciąż wracamy myślami do tych „szkiców” i bywa, że rodzi się zupełnie świeży temat. Nie ma zasady! Oprócz jednej – musi być obopólna ekscytacja. No i komunikacja, komunikacja, komunikacja. Często czytamy sobie w myślach, ale to nie sprawia, że wymagamy od siebie czytania w myślach.
Wasz nowy album nosi tytuł To dopiero początek. Czy to odniesienie do Waszej drogi artystycznej, czy może szersza refleksja nad życiem i przyszłością?
Z: Zawieramy w nim cały miniony rok. To nie tylko muzyczna przygoda, ale zrośnięta z nią droga życiowa. Nigdy nie byliśmy tak szczęśliwi, tak spełnieni, ani tak zapracowani. (śmiech) Dostaliśmy pozytywnego kopa i czujemy, że ktoś nas naprawdę słucha, że ktoś czeka, ktoś tęskni. Daliśmy się porwać nurtowi i z pokorą przyjmujemy wszystkie nauki. Raz na wozie, raz pod wozem, ale liczy się tylko następny krok. Taką mamy niegasnącą nadzieję, że będzie okazja na te następne kroki.
Ten tytuł również kojarzy mi się z pewnego rodzaju otwarciem. Czy na nowej płycie pojawiają się utwory, które eksplorują nowe brzmienia lub tematy, od których chcecie zacząć swoją dalszą podróż muzyczną?
Z: Trafiony, zatopiony! Nie kryjemy, że jesteśmy bardzo dumni z naszego progresu. Już widzimy, że nasza twórczość ewoluuje. Otworzyliśmy się na świat szerszy, niż wcześniej dostrzegaliśmy. Płyniemy za inspiracjami, które nas samych zaskakują i dajemy sobie przestrzeń na eksplorację. Czasem wyjdzie kicha, a czasami nowy singiel. Co rusz odkrywamy gdzieś drzazgę, która wymaga oprawy muzycznej, a mogliśmy ją ignorować całymi latami. Tak mało wydaliśmy wcześniej, że może lepiej widzimy to my sami niż nasi słuchacze. Z pewnością w okresie tworzenia EPki nie byliśmy nawet blisko brzmień, takich jak „ASAP” czy „Spektakularna maszyna”.
Czy był na tym albumie kawałek, który składaliście długo i mozolnie? A może częściej działaliście tak, że pomysł wpada nagle i od razu wiecie, jak to ma brzmieć?
Z: Nie ma zasady. Utwór „Nie to nie” powstawał z całą pewnością najdłużej, ale nie było to mozolne! Po prostu duże przerwy następowały między demo, nagrywaniem w berlińskim studio, znalezieniem odpowiedniego artysty do duetu, a premierą. Jednak jest to tylko kwestia żonglowania. Potem nagle pojawia się taki numer jak „Best”, którego całość zajmuje dosłownie cztery godziny. I do niczego nie trzeba już wracać. Po robocie. Nie mamy nawet preferencji działania. Pozwalamy utworom przepływać przez tę ludzką tkankę i nie wymagamy, nie złościmy się, co ma być, to będzie a jak nie, to nie!
„Co za stan”, ten singiel zawiera w sobie jaśniejsze emocje. Skąd pomysł, żeby pójść w stronę tak pozytywnego klimatu, skoro często balansujecie na mroczniejszych brzmieniach?
Maks: Pomysł na ten utwór podsunął kuzyn Zuty. Na wieść o zaręczynach napisał „zapytałbym o historię, ale wolę poczekać na piosenkę”. Miał pełną rację! Ten piękny stan zasłużył na utrwalenie! Staramy się dawać głos wszelkim emocjom człowieczym. Góry i doliny leżą w naszej naturze. Akurat u Zuty dosyć hiperbolicznie, więc z łatwością, przychodzi jej podejmowanie tematów, które wielu ukrywa. Piosenki powstają o tym, co nie może wyjść z głowy. Mieli i mieli. Co za szczęście, że to nie tylko mroczne przemyślenia, ale też ekstaza!
Mówi się czasem, że artyści na swoich pierwszych płytach dają całą esencję, a na kolejnych ją rozwijają. Na tym etapie, jak czujecie, że zmieniliście się jako Zuta? Czy jest coś, co chcielibyście powiedzieć sobie z przeszłości, gdy dopiero zaczynaliście?
M: Nie zmienilibyśmy nic, ze strachu, że mogłoby się potoczyć inaczej. Gdybyśmy mieli coś powiedzieć, może to byłoby „będzie dobrze”, albo „nie rycz tyle, bo nie ma o co” do Zuty, bo miała mnóstwo lęków, które się nigdy nie ziściły. Zmieniliśmy się, może nawet bardzo. Jednak czujemy, że ta zmiana to właśnie wzrastanie i rozwijanie. Może i o nas okaże się to prawdą! Ale niczego nie bierzemy za pewnik. Jak to lubimy powtarzać „tym zajmiemy się przyszli my”.
W jednym z wywiadów wspominaliście, że na tym albumie mocno słychać inspiracje z waszego dzieciństwa. Rzeczywiście, czuć tu nostalgię i podróż w czasie, słychać te hity radiowe, o których mówiliście. Jak udało się Wam przełożyć je na klimat i brzmienie albumu?
Z: Oboje mamy te inspiracje bardzo różne. Jest jakaś siła w tym, że musimy sobie wzajemnie „pokazać” o co nam chodzi. Dojść do tego, co konkretnie ekscytuje nas w jakimś numerze, jakimś wspomnieniu. A dzięki temu, że mamy tę nietypową zbieraninę inspiracji, chyba udaje nam się uniknąć wtórności. Maks weźmie coś od The Who, Zuta skubnie Madonny i tworzy się nowe, nasze. Po prostu silniej oddziałują na nas emocjonalnie rzeczy, które dobrze znamy, więc naturalnie świetnie się bawimy czując jakąś nitkę łączącą numer z czasami dzieciństwa, marzeń i wyobrażeń o ich spełnianiu. Widząc, że cieszy to nie tylko nas poczuliśmy się w tej dziedzinie bezkarni. Chcemy czuć.
Już niedługo będziecie supportować Simply Red! To dla Was z pewnością duże wyróżnienie. Jakie emocje Wam towarzyszą?
Z: Po pierwsze – wielki zaszczyt! Szczególnie, że mamy świadomość, iż propozycji było kilka i zostaliśmy wybrani. To nie pierwszy raz, kiedy czujemy, że jesteśmy rzuceni na głęboką wodę, ale niezmiennie nie mamy nic przeciwko. Mamy pełną świadomość, że ten jeden supportujący występ może nic nie zmienić. Ale jesteśmy też otwarci na to, żeby nieźle namieszał!
M: Zuta nie może przestać liczyć w głowie metrów kwadratowych sceny w Tauron Arenie. Lepiej, żeby druga płyta nie zawiodła, bo głód wielkiej sceny raczej nie ma szans na zmniejszenie. Ja byłem przede wszystkim ciekawy. Ciekawy, jak wygląda tak wielka impreza od kulis. Jest też stres, oczywiście! Każde sięgnięcie po spełnienie marzenia jest ryzykowne. Ale hej! Tym będziemy się martwić przyszli my, a to dopiero początek.
A gdybyście mieli wskazać jeden nowy kierunek, jeden „początek” dla Zuty w przyszłości – czy to muzyczny, artystyczny, czy może życiowy – co by to było?
Z: Gaz do dechy. Jeśli wydawało Wam się, że już działamy na pełnych obrotach - to dopiero początek.