Niektórzy mówią, że na dobre rzeczy warto czekać. W przypadku Youth Novels „czekanie” stało się formą sztuki. Ania i Emil przez dziesięć lat szlifowali swoje brzmienie, unikając dróg na skróty i nie ulegając presji pędzącego świata. Ich debiutancki album Kamakura, to nie tylko zbiór piosenek, to intymna mapa podróży, która ostatecznie prowadzi w głąb ich własnych emocji. Rozmawiamy o tym, jak smakuje niezależność, dlaczego izolacja była im potrzebna i jak po dekadzie wspólnej drogi wciąż patrzą w tym samym kierunku.
Wasza wspólna droga zaczęła się lata temu, a jako zespół jesteście obecni na scenie od dekady. Skąd czerpaliście cierpliwość, by przez ten czas szlifować swój debiut?
Ania: Wydaje mi się, że to dlatego, że cały czas wierzymy w Youth Novels i jesteśmy wierni temu, co założyliśmy sobie lata temu. Nie zmieniliśmy kierunku, a jedynie podążamy tą samą drogą, wzbogacając ją w nowe doświadczenia i umiejętności. Te lata testowały nas bardzo mocno i bywały momenty zwątpienia. 10 lat działalności jako YN pokazało nam też, że na niektóre rzeczy warto czekać i dać im czas, by dojrzały. Tak też było z tym albumem i cieszymy się, że nabrał kształt, jaki od początku sobie założyliśmy i udało się nam wydać go zgodnie z naszym sercem.
Jesteście świeżo po premierze Kamakury. Czy ten japoński spokój był dla Was ucieczką od polskiej rzeczywistości, czy raczej szansą na stworzenie najbardziej osobistego materiału w karierze?
Ania: Japonia była jednym z wielu miejsc, które zainspirowały nas do stworzenia tego albumu, ale tak naprawdę te miejsca były tylko tłem do tego, co przeżywaliśmy w tym czasie. W ciągu ostatnich lat dużo podróżowaliśmy, a wyjazdy były dla nas próbą ukojenia i pozbierania własnych myśli, ale też znalezienia nowej drogi, po wielu zmianach i podczas trudnych momentów w codziennym życiu.
Emil: Kamakura jest dla nas pewną metaforą, raczej stanem wewnętrznym, który przyjęliśmy po napisaniu tego tytułowego utworu. Chcieliśmy, by reszta piosenek również powstawała z zachowaniem tego samego spokoju, płynności i organiczności. Myślę, że nam się to udało.

Czy połączenie japońskiej wrażliwości muzycznej z alternatywnymi, europejskimi korzeniami było dla Was wyzwaniem?
Ania: Japońska muzyka czy kultura nie były dla nas bezpośrednią inspiracją, a bardziej duchowy i symboliczny charakter miejsc, które odwiedziliśmy. Mocnym elementem utworu tytułowego była skala pentatoniczna zagrana przez Emila na pianinie, która brzmiała azjatycko.
Niektóre szkice na tę płytę (jak w otwierającym „Gone Now”) sięgają 2021 roku. Czy przez te lata utwory „dojrzewały” razem z Wami, czy musieliście je odświeżać, by pasowały do tego, kim jesteście dzisiaj?
Emil: W pewien sposób to my dojrzewaliśmy do tych utworów, dlatego ten album powstawał przez kilka ładnych lat. Były utwory, które powstały bardzo szybko – bez zastanowienia wyrzucaliśmy z siebie nowe pomysły, czy to podczas pisania, czy też produkcji. Zdarzyły się nagrania, nad którymi musieliśmy posiedzieć trochę dłużej i dać im drugą szansę po pewnym czasie, ponieważ w jakiś sposób, każdy z nas się z nimi utożsamiał i czuliśmy, że mogą one wnieść dużą wartość do albumu. Teraz odsłuchując już gotowych nagrań, stwierdzamy, że każdy pojedynczy utwór na tym albumie jest dla nas wciąż aktualny i nie zmienilibyśmy zupełnie nic.
Ponownie współpracowaliście z Chrisem Allenem. Czego Chris szuka w Waszej muzyce, czego Wy sami czasem nie dostrzegacie?
Ania: Chris jest utalentowanym inżynierem i potrafi doskonale zrozumieć upragnione brzmienie. Nie dodaje dużo od siebie, a bardziej wydobywa nasze najmocniejsze strony, których może czasem sami nie zauważamy. Często mówimy, że przesyłamy mu miksy zrobione przez Emila, a on robi je tak samo, tylko lepiej. (śmiech)
Sesje w Kocewce, w studiu Kamila Patera, miały w sobie coś z izolacji. Czy odcięcie się od świata było niezbędne, by wydobyć z Kamakury tę intymność?
Emil: Myślę, że ta izolacja nie była niezbędna, jednak bardzo nam pomogła już w końcowym etapie produkcji. To miejsce przynosiło nam dużo spokoju, pozwoliło odetchnąć i na chwilę odciąć się od świata zewnętrznego. Mogliśmy skupić się jedynie na muzyce i ostatnich najważniejszych decyzjach związanych z produkcją, czyli finalnym brzmieniem całego albumu.
Ania: Poza tym, do tego świata zaprosiliśmy kilka osób, z którymi nie była to całkowita izolacja. Współproducentem albumu był Hubert Pilarski, z którym spędziliśmy wiele inspirującego czasu. Dodatkowo, w aranżacjach na kwartet, pomagała nam Ania Krycińska, a w nagraniach wspaniali muzycy sesyjni: Tokłowicz With Strings, czyli Wiktoria Tokłowicz, Agata Doszczak, Marcelina Murawska i Natalia Chrostek (kwartet smyczkowy), Patryk Rynkiewicz (trąbka) i Max Psuja (perkusja), którzy dodali magii tym utworom.
Kamakura to podróż przez Japonię, Islandię oraz Grecję. Czy przez to album jest dla Was bardziej pamiętnikiem z podróży, czy też mapą stanów emocjonalnych, które przytrafiały się Wam w tych miejscach?
Ania: Myślę, że ten album zawiera oba stany. Wspomnienia z naszych podróży, które odbywaliśmy oddzielnie, ostatecznie zostały utrwalone w formie zdjęć, tekstów czy muzycznych impresji. Zebraliśmy je w jednym miejscu, aby później wymienić je między sobą i wydobyć wspólny mianownik. Mapa stanów emocjonalnych jest też dobrym określeniem, ponieważ tak, jak wspomniałam, te miejsca były tylko tłem do codzienności, w której przeżywaliśmy momenty radości, ale też zwątpienia, niepewności czy bezsilności.
Czy zdarzają się Wam utwory, o które toczycie prawdziwe boje? Czy raczej Wasza wizja muzyki jest zazwyczaj spójna?
Emil: Nasza wizja jest bardzo spójna i od dziesięciu lat staramy się ją kontynuować. Wiadomo, zdarzają się momenty, w których dyskutujemy nad niektórymi kwestiami, ale są to raczej drobne, pojedyncze elementy i to już podczas etapu produkcji. Jednak kompozycyjnie i koncepcyjnie jesteśmy zgodni. W końcu to my w dwójkę tworzymy ten świat i myślę, że bez wzajemnego zrozumienia Youth Novels już dawno by nie istniało. Dzięki temu jesteśmy też dla siebie wsparciem i w trudniejszych momentach, przy pewnym zwątpieniu, łatwiej nam jest z tego wyjść.
Wasze teksty są bardzo intymne. Czy macie granicę prywatności, której nigdy nie przekroczycie, czy muzyka to dla Was forma pełnego pokazania emocji?
Ania: Wierzymy, że naszą mocą jest autentyczność i prawdziwość i to właśnie doceniają nasi słuchacze. Pomimo że to często bardzo trudne przeżycia, to chcemy je wypuszczać w świat, ponieważ wierzymy, że każdy może znaleźć w tym siebie i być może pomożemy mu uporać się z tymi trudnościami. Taki jest też mój styl pracy – piszę o tym, co bezpośrednio odczuwam albo o moich obserwacjach otoczenia. Pisanie tekstów, a później wyśpiewywanie ich jest też dla mnie sposobem na godzenie się z tymi emocjami i układaniem sobie ich w głowie.
Gdybyście mieli wskazać jeden moment na Kamakurze, który najlepiej definiuje ten album, jakiś fragment, dźwięk czy emocję, to co by to było?
Emil: Sam utwór „Kamakura” jest właśnie utworem, który definiuje cały album. Dla mnie jest to numer pełny, który pokazuje wszystkie nasze odcienie, poprzez mrok i intymność, aż po wolność i bardziej taneczne klimaty. Pozostałe utwory są tego uzupełnieniem. Sam utwór Kamakura powstał tak naprawdę w jeden dzień. Połączyliśmy tekst i muzykę, które po powrocie Ani z Japonii nabrały nowego znaczenia. Magnes Wielkiego Buddy, który dostałem jako pamiątkę z podróży, zdecydowanie nam w tym pomógł, (śmiech) Lubimy, kiedy dźwięki wychodzą z nas same – czujemy, że jest to wtedy bardzo naturalne i w pełni nasze.
Jesteście bardzo świadomi wizualnie – w teledyskach, sesjach i oprawie graficznej. Jak dużą rolę odgrywa obraz w odbiorze Waszej muzyki i Kamakury?
Ania: Od początku naszej działalności zwracamy dużą uwagę na sferę wizualną, może głównie dlatego, że mam wykształcenie artystyczne i od zawsze było to dla mnie ważne. Poza tym, nasza muzyka jest bardzo nastrojowa i staramy się wprowadzić słuchacza w ten świat i zbudować pełne, immersyjne doświadczenie. Przy tworzeniu utworów na album Kamakura, od razu w naszych głowach, a później na listach inspiracji, pojawiały się czarno-białe zdjęcia, ale z dużą ilością słońca. Myślę, że udało nam się przekazać to dzięki współpracy z utalentowanym fotografem teatralnym, Dawidem Stube.
Co jest dziś największym wyzwaniem dla zespołu alternatywnego w Polsce? Przebicie się do mainstreamu czy utrzymanie niezależności?
Emil: Myślę, że utrzymanie niezależności jest największym wyzwaniem. Przebicie się do mainstreamu to jedno, ale dużo trudniejsze jest zachowanie własnego języka i wrażliwości, kiedy pojawia się presja, żeby się dopasować. Najważniejsze jest pozostać wiernymi sobie i nie zatracić po drodze początkowych założeń, dla których zaczęliśmy tworzyć.