Postać instytucja na polskiej scenie klubowej – trzy dekady za deckami, na koncie największe kluby i festiwale w kraju, a i czasami jeszcze zagra na Ibizie. Od początków swojej przygody muzycznej związany z Poznaniem, gdzie regularnie grywał w legendarnym Eskulapie i SQ. Niedawno przeprowadził się na stałe do stolicy Wielkopolski, gdzie otworzył własny biznes gastronomiczny. Mamy nadzieję, że nasze miasto zyska nie tylko dobrą knajpę, ale i muzyczne kluby wykorzystają jego doświadczenie i wielki potencjał do organizacji wydarzeń. Witamy w Poznaniu.
Obecnie mieszkasz na stałe w Poznaniu, lecz to nie muzyka Ciebie tutaj sprowadziła, a gastronomia. Jak do tego doszło i dlaczego właśnie stolica Wielkopolski?
Tak, przenieśliśmy się do Poznania w sierpniu 2025 roku. Wyszło to trochę przypadkiem. Szykowaliśmy się ze wspólnikami do otwarcia miejsca z pizzą, ale braliśmy pod uwagę Warszawę. Pojawiła się propozycja lokalu w powstającym właśnie food hallu Kulinarna Kamienica w samym centrum Poznania. Przekonała nas ta formuła. Od razu wiedziałem, że będziemy musieli się przeprowadzić całą rodziną. A, że Poznań jest mi bardzo bliski, to bardzo ułatwiło podjęcie decyzji. Jeśli miałoby to być jakieś inne miasto, decyzja nie byłaby już taka prosta.
Prowadzenie takiego miejsca wymaga zapewne poświecenia sporo czasu. Czy gastronomia jest również Twoją pasją?
Tak, oczywiście wymaga czasu. Lubię to, mam z tego dużą przyjemność, ale to muzyka jest moją największą i najważniejszą pasją. Drugą, może nie wszyscy wiedzą, są motocykle.
Jak łączysz granie z gastro, gdzie wiadomo, że tu i tu w weekend jest przecież najwięcej pracy?
Oj tak, czasami było hardcororwo. Jakiś czas temu, kiedy pracowałem jako szef pizzy w restauracji, łączenie tych dwóch zajęć bywało bardzo intensywne i wymagające. Mój weekend wyglądał np. tak, że w piątek miałem zmianę w restauracji, w nocy grałem imprezę w Warszawie, w sobotę cały dzień w restauracji, wieczorem jechałem np. do Sopotu, żeby w niedzielę po dwóch-trzech godzinach snu w hotelu i dospaniu w pociągu wrócić na niedzielną zmianę w restauracji. Także tak, hardcore. Dzisiaj to już wygląda inaczej. Mamy tak ustawioną strukturę, że pracę w kuchni w lokalu nadzorują szefowie zmian i moja obecność nie jest tam niezbędna. Mam zupełnie inne zadania i obowiązki, które wykonuję w tygodniu.
Przez lata mieszkałeś w Warszawie. Poznań jest jednak mniejszym miastem z mniejszą ilością ludzi. Ciężko jest Ci się tu odnaleźć? Jak odbierasz w ogóle odbierasz to miasto?
Ze względu na moją długą, bardzo długą „znajomość” z Poznaniem, nie miałem żadnego problemu z odnalezieniem się tutaj. To było trochę jak przeprowadzka do innej dzielnicy. Grywam tutaj od lat i poruszam się po centrum i okolicach sprawniej niż po niektórych dzielnicach Warszawy. Z Poznaniem wiążą się też absolutnie epickie wspomnienia, mam tu mnóstwo znajomych, także czuję się tutaj jak w domu. Oczywiście jest mniejszy, ale to akurat mi zupełnie nie przeszkadza. Wszystko zależy w jakim momencie życia jesteś i czego oczekujesz. Dla mnie ważniejszy jest teraz chill, spokój, możliwość spędzenia czasu z moimi synami. Akcja dzieje się w weekendy. (śmiech) To wszystko tutaj znaleźliśmy. Wszędzie też jest bliżej, w każde miejsce dojeżdżam w 15-20 minut. Brakuje tylko metra i te chore ceny parkingów – nie kumam.
W przeszłości często można było Ciebie spotkać w kultowym Eskulapie na cyklach RDST czy Import! Jak wspominasz tamte czasy i imprezy w naszym mieście?
Imprezy RDST czy Import! w Eskulapie to legendarne już biby, które miały ogromny wpływ na poznańską scenę house’ową. Dla mnie były to jedne z ważniejszych i najlepszych wtedy w Polsce. To absolutnie zajebiste czasy, dzikie imprezy, niesamowita ekipa i wspaniałe wspomnienia. Od Eskulapa, tak naprawdę, zaczął się mój „związek” z Poznaniem. To tam kończyłem set nad ranem bez koszulki w szaliku Lecha, wjechałem też na parkiet na rowerze, który znalazłem gdzieś na zapleczu. Epickie były też aftery. Rzucę tylko hasło „Kleberga”, kto był ten wie, kto nie był niech żałuje.
Za Tobą 30 lat grania. Twoje sety pozostają raczej w zbliżonej stylistyce, natomiast kluby często idą z duchem czasów i obecnie czuć mocne wpływy hard techno. Czy to jest nadal muzyka dla takich weteranów jak Ty? Śledzisz scenę?
Mogę mówić tylko za siebie, bo każdy niech słucha tego, co go rusza i co czuje. Odpowiadając na Twoje pytanie – to nie jest to muzyka dla mnie. Mam wrażenie, że muzyka klubowa ogólnie przyspieszyła i to jest dla mnie ok, ale hard techno to już nie moje tempo i klimat. Czy śledzę, co dzieje się na scenie? Dzisiaj jeśli korzystasz z social mediów, a algorytm wyłapie twoje zainteresowanie elektroniką, to od razu zasypie cię trendującymi klipami, kawałkami czy gatunkiem. Ja jednak w graniu od zawsze podążam swoim kursem, za swoim gustem i wyłapuję tylko to, co mnie porusza. Nie podążam za trendami. Żyję w swojej bańce muzycznej.
Po tylu latach na scenie i takim ogromem muzyki na rynku, masz jeszcze kogoś kim się nadal inspirujesz?
Lubię, szanuję i inspirują mnie artyści, którzy budują sety swoją muzyką, sztuką miksowania, selekcją. Którzy opowiadają jakąś historię, zabierają cię w podróż, a przy tym mają doskonały warsztat. Jestem jeszcze częścią pokolenia, dla którego to muzyka była i jest najważniejsza, a nie jakieś karykaturalne wygłupy za konsoletą, czy rozbudowane show wizualne. Ostatnio miałem przyjemność supportować i posłuchać w Katowicach na festiwalu Tauron Nowa Muzyka dwie legendy – Nicka Warrena i Johna Digweeda. Właśnie w ich setach było czuć to wszystko, o czym powiedziałem wcześniej. Bez fajerwerków, ale mega klasa i flow.
,,Jestem jeszcze częścią pokolenia, dla którego to muzyka była i jest najważniejsza, a nie jakieś karykaturalne wygłupy za konsoletą, czy rozbudowane show wizualne.”
Na przestrzeni lat współtworzyłeś wiele imprezowych cykli. Zadomowiłeś się już u nas? Masz jakieś plany, co do Poznania?
Konkretnego planu nie ma, póki co „go with the flow”. Jest sporo fajnych miejsc w Poznaniu, w których zagrałem już kila doskonałych imprez, np. w Slow, Rewirach, Schronie czy ostatnio świetna biba w mega klimatycznym letnim miejscu – Żuku na imprezie SQ.
W komentarzach pod Twoimi setami często można przeczytać, że ludzie są z Tobą i Twoją muzyką już ponad 25 lat. Czujesz, że wychowałeś całe pokolenie klubowiczów?
Z mojej perspektyw to już będzie kilka pokoleń. Ale rzeczywiście, niesamowite są takie sytuacje. Nawet ostatnio, właśnie w Poznaniu, na wystawie Szymona Brodziaka, gdzie miałem przyjemność grać, podchodzi do mnie chłopak i wyciąga płytę CD, w super stanie i ciągle działającą. To był mój miks nagrany na Sylwestra w Eskulapie w 2002 roku! Szok. I takich momentów jest naprawdę sporo. Wtedy zdaję sobie sprawę, jak długo to już robię, ale też pokazuje, jakie to były ważne czasy, emocje czy chwile dla tych ludzi, skoro mają taką płytę do dziś. Niesamowite i piękne.
Ten feedback również przydał się w chorobie. Czy przez chwile zwątpiłeś, że nie będziesz mógł kontynuować swojej muzycznej podróży?
Oj tak, feedback był absolutnie niesamowity, wykraczający poza moje jakiekolwiek moje wyobrażenia czy oczekiwania. Aż trudno sobie wyobrazić, jak to jest ważne i ile siły dało mi wsparcie płynące z każdej strony. A czy zwątpiłem? Jak trafiasz do szpitala w tak poważnym stanie, to myślisz tylko o jednej, a właściwie dwóch rzeczach. O rodzinie i o zdrowiu. Reszta jest zupełnie nieistotna. Z tym zderzyłem się dopiero wtedy, gdy sytuacja została opanowana, a lekarz zalecił, a właściwie zabronił mi grać w klubach przez 6 miesięcy. Tak, wtedy miałem wątpliwości czy jeszcze wrócę. Jak się okazało zupełnie niesłuszne. Po tej półrocznej przerwie zaliczyłem chyba jeden z bardziej intensywnych sezonów letnich w moje karierze.
Odpaliłeś kanał na Youtube „Glasse – In Da House”. Sam działasz czy ktoś Ci w tym pomaga? Kiedy możemy się spodziewać kolejnych epizodów?
Kilka pomocnych rad udzielił mi Tommy Gustav i Loui z Taste The Music, ale nagrywałem i składałem wszystko sam. Trochę cicho ostatnie na kanale, ale już za chwilę wrzucam tam nowy video set, nagrany właśnie w Poznaniu na imprezie SQ w Żuku.
Przed nami XX-lecie Audioriver, z którym jesteś związany od samego początku. Co sądzisz o przenosinach do Łodzi? Podoba Ci się nowa przestrzeń?
Przestrzeń, logistyka, baza hotelowa w Łodzi daje duże większe możliwości rozwoju Audioriver i moim zdaniem taka przeprowadzka była nieunikniona. Każdy pewnie będzie mieć swoje wersje na temat obu lokalizacji, w zależności od oczekiwań. Ja kochałem skarpę, widok z góry i najsłynniejsze na całym świecie „sunday’owe” schody i ten, mimo wszystko, klimat kameralnego festiwalu. Z drugiej strony, dla mnie, Audio to przede wszystkim ludzie. To od lat takie nasze święto muzyki elektronicznej, gdzie spotykasz najwięcej znajomych. Z nikim się nie umawiasz, bo wiesz, że będzie na Audio. I czy to będzie w Łodzi czy innym mieście, to zawsze będzie Audioriver.
W line-up’ie mamy mnóstwo świetnych artystów. Na kogo najbardziej sobie ostrzysz ucho?
Prodigy, Jimi Jules, Damian Lazarus, Ame b2b Trikk, Shimza, Disclousure, Mind Against, London Electricity.
Wracając jeszcze do Płocka. Masz w pamięci jakiś moment, który szczególnie utkwił Ci w pamięci? Jakiś występ czy wydarzenie?
Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem Sunday’a. Ma niepowtarzalny, specyficzny i magiczny vibe. Niemożliwy do osiągnięcia nigdzie indziej, bo tutaj wszyscy mają już „w nogach” przetańczone dwa dni festiwalu i w niedzielę już sobie płyną bez żadnej napinki. To wszystko w atmosferze przebijających się przez drzewa promieni słońca. Bajka! W wywiadzie z naked relaxing powiedziałem, że na Sunday nic nie musisz, wszystko możesz. I dokładnie tak jest. Płyniesz gdzie chcesz i jak chcesz.
Na koniec pytanie o plany na najbliższa przyszłość, no i gdzie Cię usłyszymy latem i czy będzie to również Poznań?
Już za chwilę usłyszycie mnie na Las Festiwal w Paczynie, Cień Festival, Audioriver Sunday, Big Boat Party dwie edycje, ponownie w Łodzi, Warszawie, Gdańsku. Poznań też jest w planach pod koniec sierpnia na Spiritual w Nurcie. Usłyszycie mnie też w lipcu na Ibizie na imprezie Taste The Music. Także zapraszam.
Życzę dużo zdrowia i kolejnych lat za konsoletą!
Dzięki za rozmowę.