fot. Michał Bachora

Od studenckiego radia do największych festiwali – wywiad z duetem Duszne Granie

Duszne Granie
24 lip 2026
Dawid Balcerek

Łukasz Kowalka i Hubert Grupa, czyli Duszne Granie, to dla nas szczególny duet. Panowie wiele razy grali na naszych imprezach, jak i wiele razy tworzyli materiały na łamach Freshmaga. Pamiętam ich audycje w Aferze, gdzie co tydzień serwowali nowości muzyczne i kształtowali nasze gusta. Dzisiaj grają na największych festiwalach w kraju, a my na nich dumnie zerkamy spod sceny. Od lat związani z Freshmagiem, ale w sumie nigdy jeszcze nie przeprowadziliśmy z nimi większego wywiadu. Kiedyś byliśmy ich gośćmi w radiu, więc teraz czas na rewanż.

Jak wygląda Wasza relacja poza sceną? Jeździcie razem na wakacje?

Łukasz: Nie, raczej nie. Nasze wyjazdy związane z Dusznym Graniem są trochę namiastką wspólnego wypoczynku. Granie traktujemy jako pasję realizowaną po godzinach. Na co dzień każdy z nas pracuje zawodowo, a wspólne koncerty są okazją do spędzenia czasu razem. Nie jesteśmy jednak zespołem, który nieustannie funkcjonuje także prywatnie. Jeździmy razem na koncerty, festiwale, ale wakacje spędzamy osobno. Tego wspólnego czasu jest i tak całkiem sporo.

Hubert: Znamy się kilkanaście lat, możemy śmiało powiedzieć, że się przyjaźnimy, a jednocześnie łączy nas kilka projektów zawodowych, zarówno realizowanych dziś, jak i w przeszłości. To prawda – nie jeździmy razem na wakacje, znamy i szanujemy swoje różnice, ale możemy polegać na sobie na scenie i poza nią. Najważniejsze jest chyba to, że poznaliśmy się na tyle dobrze, że umiemy ze sobą funkcjonować zarówno w tych ekscytujących chwilach, jak i np. podczas prozaicznych godzin spędzanych w podróży czy w hotelu i nie odczuwamy dyskomfortu, gdy zapada cisza. Po prostu czujemy się ze sobą dobrze i to moim zdaniem klucz do zdrowej relacji i współpracy.

Jak w ogóle się poznaliście?

Łukasz: Poznaliśmy się dzięki muzyce. Hubert pisał dla bloga Brand New Anthem, a ja działałem przy organizacji Beat Battle Poznań. Odezwał się do mnie przy okazji promocji wydarzenia i tak zaczęła się nasza znajomość. Później regularnie spotykaliśmy się na koncertach i imprezach. Prowadziłem już audycję „Duszne Granie”, a Hubert zaczął realizować własne programy w Radiu Meteor. W pewnym momencie uznałem, że nie chcę prowadzić audycji sam. Zaprosiłem Huberta do współpracy i tak powstał duet, który istnieje do dziś.

Hubert: Nic dodać, nic ująć. Do dziś pamiętam smsa, którego Łukasz wysłał mi z propozycją współtworzenia Dusznego Grania. Zgodziłem się jeszcze zanim doczytałem go do końca, choć z odpowiedzią zaczekałem do kolejnego dnia, by pozwolić emocjom trochę opaść. (śmiech) „Reszta jest historią” – cytując klasyka.

Ile lat prowadziliście audycję?

Łukasz: Około czterech–pięciu lat. Równolegle organizowaliśmy też imprezy pod szyldem Duszne Granie, głównie w poznańskim Labie. Z czasem czuliśmy jednak, że formuła audycji się wyczerpuje. Do tego Hubert wyprowadził się z Poznania, więc kwestie logistyczne stawały się coraz trudniejsze. Jednocześnie zaczęło pojawiać się coraz więcej propozycji grania. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że dzielenie się muzyką podczas imprez daje nam większą satysfakcję. W pewnym sensie realizowaliśmy ten sam cel co w radiu, tylko w innej formie.

Hubert: Mieliśmy jeszcze krótki epizod podcastowy prowadząc Munocast dla Muno, gdzie rozmawialiśmy z najważniejszymi postaciami rodzimej sceny klubowej. Często powtarzamy, że DJ-ing jest w pewnym sensie przedłużeniem pracy dziennikarsko-kuratorskiej, zatem mniej więcej robimy to samo.

Przez audycję przewinęło się wielu artystów. Był ktoś, po kim spodziewaliście się wielkiej kariery, a jednak tak się nie stało?

Łukasz: Pamiętam Mikołaja Gramowskiego. Wydawało się, że ma wszystko, by zrobić międzynarodową karierę. Współpracował z ciekawymi wytwórniami, miał świetne kontakty i bardzo dobry moment na rozwój. Ostatecznie jego droga potoczyła się inaczej.
Z drugiej strony były też osoby, których kariera rozwinęła się imponująco. Przykładem jest Hania Rani. Gościliśmy ją jeszcze na początku jej drogi. Już wtedy było widać ogromny talent, ale skala późniejszego sukcesu i tak zrobiła wrażenie.

Dzięki Wam często poznawałem nowych artystów i muzykę. Pomagaliście promować lokalną scenę.

Łukasz: Zdecydowanie tak. Bardzo często zapraszaliśmy ludzi, którzy organizowali ciekawe wydarzenia albo rozpoczynali działalność artystyczną. Przez „Duszne Granie” przewinęło się wiele projektów związanych z poznańską sceną. Fajnie było później obserwować ich rozwój i widzieć, jak zdobywają coraz większą rozpoznawalność.

Jak wyglądały początki Waszego grania?

Łukasz: Bardzo lokalnie. Graliśmy głównie w Poznaniu, na niewielkich scenach i w barach. Przez długi czas byliśmy po prostu lokalnym duetem DJ-skim.
Co ciekawe, kiedy dostałem swoją pierwszą propozycję zagrania imprezy, praktycznie nie umiałem jeszcze grać technicznie. Organizator, którym był Paszczak od Kill Da Chill, zabookował mnie do 8 bitów na scenę barową – uznał, że mam dobrą selekcję muzyczną i to wystarczy na początek. W dużej mierze właśnie od selekcji wszystko się zaczęło.

Hubert: Miałem wcześniej jakieś nieśmiałe, całkowicie amatorskie próby z didżejką, ale to Łukasz jako pierwszy zaprosił mnie do zagrania na imprezie Dusznego Grania w niezapomnianych Kisielicach 11 czy 12 lat temu. Już po jednym wieczorze złapałem zajawkę i kupiłem pierwszy kontroler, by ćwiczyć w domu. Później zrobiło się dość dynamicznie i grałem w różnych układach i miejscach, zarówno sam, jak i z innymi. Jednak od 5-6 lat można mnie zobaczyć za konsoletą głównie z Łukaszem.

Dziś gracie na największych festiwalach w Polsce. Kiedy nastąpił przełom?

Łukasz: To nie był jeden konkretny moment. Duże znaczenie miały Rewiry, gdzie budowaliśmy własną społeczność i regularnie organizowaliśmy wydarzenia. Zaczęliśmy też bardziej świadomie prowadzić komunikację oraz media społecznościowe.
Drugim ważnym krokiem jest rezydentura w warszawskim Barze Studio. Regularne występy sprawiły, że zaczęliśmy docierać do nowej publiczności. Zadziałał też efekt kuli śnieżnej – kolejne osoby zaczęły nas zapraszać na swoje wydarzenia.
Co ciekawe, nigdy nie rozsyłaliśmy ofert bookingowych. Wszystkie zaproszenia pojawiały się naturalnie.

Hubert: Owszem, jednego konkretnego momentu nie było, ale myślę, że rokiem, w którym zaczęło się sporo zmieniać, był rok 2022, czyli ten, w którym zakończyła się pandemia.
Tuż przed lockdownem zaczęliśmy na poważnie rozkręcać się z imprezami w Projekt LAB – zagraliśmy z Park Hye Jin po jej kapitalnym występie na Audioriver w 2019 roku. Tamto wydarzenie okazało się sporym sukcesem i motywacją do dalszych, ambitnych planów. Ogłosiliśmy już nawet kolejną imprezę z Kornelem Kovacsem i wtedy… nadszedł lockdown. Przyznam, że miałem obawy, że stało się to w najgorszym, czyli jednocześnie najlepszym dla nas momencie i coś może nas bezpowrotnie ominąć. Szczęśliwie się myliłem.
W 2022 roku na dobre zaczęliśmy rezydować w Rewirach, otrzymaliśmy pierwsze zaproszenie na Audioriver i zagraliśmy całkiem udany closing na wyprzedanym evencie z Purple Disco Machine w Warszawie. Na pewno od 2022 roku miłe rzeczy zaczęły wydarzać się coraz częściej i na coraz większą skalę.

Na co dzień zajmujecie się jednak czymś innym niż granie.

Łukasz: Zajmuję się komunikacją i wizerunkiem artystów. Współpracuję m.in. z Darią ze Śląska, odpowiadam za komunikację festiwalu NADA w Toruniu, a razem z Hubertem pełnimy funkcję dyrektorów artystycznych klubu Rewiry. Zajmujemy się bookingiem oraz komunikacją tego miejsca.

Hubert: Oprócz Dusznego Grania i Rewirów, zajmuję się głównie dziennikarstwem muzycznym – jestem związany z redakcją Muno, w przeszłości pisałem także dla innych magazynów w Polsce i zagranicą. Współpracuję projektowo w różnymi podmiotami na rynku muzycznym – od organizatorów wydarzeń, przez wytwórnie i managementy, a kończąc na agencjach artystycznych czy marketingowych.

Hubert, Ty jesteś redaktorem naczelnym największego serwisu związanego z muzyką klubową w Polsce – muno.pl. Pamiętam jak zaczynałeś w Brand New Anthem. Przeszedłeś długą drogę, ale chyba jesteś w miejscu, w którym chciałeś się znaleźć.

Hubert: Dziękuję, to bardzo miłe z Twojej strony. To prawda, przygoda z dziennikarstwem trwa już 16 lat, a od 6-7 jest to moje główne zajęcie w życiu zawodowym, które dziś całkowicie skupia się na pracy wokół muzyki.
Na pewno udało się zrealizować wiele planów, co wymagało sporo samozaparcia, konsekwencji i dbania o to, by zajawka, która stała się pracą, wciąż była zajawką. Co ciekawe, zmieniające się czasy i realia pracy w mediach wciąż dostarczają mi dowodów, że warto to robić i bodźców, by się w tym rozwijać. Muno ma się dobrze i jest takim medium, jakim chciałem, by się stało, gdy dołączałem do składu, a później przejmowałem stery. Czekają nas w redakcji interesujące zmiany, a równolegle do nich mam dla siebie kilka zawodowych planów do realizacji w bliższym i dalszym czasie.

Przeprowadziłeś setki wywiadów z różnymi artystami. Które najbardziej zapadły czy w pamięci? Spełniłeś swoje marzenia?

Hubert: Najbardziej miłymi wspomnieniami są z całą pewnością spotkania z idolami, które były spełnieniem marzeń i okazały się fantastycznymi przeżyciami – tu muszę wymienić Röyksopp, Róisín Murphy, Nicolasa Jaara czy – spoza sceny elektronicznej – Maca Demarco. Zarówno Carl Cox, Solomun, Dave Clarke czy Boris Brejcha okazali się przesympatycznymi ludźmi i bardzo zaangażowanymi rozmówcami.

A z kim chciałbyś jeszcze porozmawiać?

W sferze wywiadów-marzeń na pewno znajdują się takie ikony jak Jeff Mills, Laurent Garnier czy Armand Van Helden, oraz mój osobisty bohater: Gerd Janson. A gdybym miał wybierać poza sceną klubową, to bezapelacyjnie od lat Nick Cave.

Łukasz, prowadzisz również profil Nutmag. Opowiedz o tym projekcie.

Łukasz: To całkowicie pasjonacka inicjatywa. Narodziła się z potrzeby oderwania się od codziennej pracy w branży muzycznej i powrotu do dawnej fascynacji piłką nożną. Szczególnie podczas pandemii zacząłem na nowo interesować się futbolem. Nutmag nie opowiada o samych meczach. Interesuje nas kultura piłkarska: moda, sztuka, miejskie życie, podróże stadionowe i wszystko, co dzieje się wokół futbolu. W Polsce nie było wielu mediów pokazujących ten świat w taki sposób. Chcieliśmy stworzyć miejsce prezentujące piłkę nożną bardziej jako zjawisko kulturowe niż wyłącznie sportowe.

Jak myślicie, skąd wzięła się taka popularność Dusznego Grania?

Łukasz: Być może dlatego, że od początku byliśmy kojarzeni z odkrywaniem muzyki i dzieleniem się nią. Najpierw robiliśmy to w radiu, później na imprezach. Ludzie wiedzieli też, czego mogą się po nas spodziewać. Nasze sety zawsze były oparte przede wszystkim na selekcji. Wierzymy, że dobra selekcja jest ważniejsza od technicznych popisów. Oczywiście warsztat ma znaczenie, ale najważniejsze jest tworzenie spójnej atmosfery i opowiadanie historii muzyką.

Hubert: Zgodzę się ze wszystkim, co powiedział Łukasz i dodam, że naszym atutem było i jest to, że niemal od początku zdefiniowaliśmy swoją stylistyczną tożsamość jako DJ-e, gdzieś między soulfulowym, piosenkowym house’m a disco, puszczając czasem oko w kierunku italo. Od początku jesteśmy związani z tą estetyką i rozwijamy selekcję w oparciu o jej spektrum. Jak powiedział nasz serdeczny kolega i mentor, czyli legendarny DJ Bert, w pewnej chwili – co jest bardzo miłe – na myśl właśnie o takim brzmieniu, ludzie zaczęli wymieniać nas w pierwszej linii obok np. Holiday 80.
Dziś to na pewno nasz wyróżnik, choć wypracowanie sobie pozycji operując w stylistyce, która przez długi czas była tak bardzo niszowa w Polsce, było odważnym wyborem. Dziś osób odnajdujących się w podobnych brzmieniach jest już więcej, co nas bardzo cieszy.

Współczesny DJ musi być również obecny w mediach społecznościowych?

Łukasz: Tak, ale nie chodzi o kreowanie sztucznego wizerunku. Wielu bardzo dobrych DJ-ów praktycznie nie komunikuje swojej działalności. Tymczasem regularna obecność w mediach społecznościowych pozwala ludziom lepiej poznać artystę.
Dziś sama muzyka często nie wystarcza. Liczy się też osobowość, autentyczność i sposób budowania relacji z odbiorcami. Jeśli wszystko jest spójne – selekcja, charakter i komunikacja – wtedy łatwiej się wyróżnić.

Hubert: Temat jest wałkowany od tak dawna, że dziś trudno tłumaczyć innym DJ-om, że obecność w mediach społecznościowych jest absolutną podstawą i to od lat. W jaki sposób ludzie spoza klubowej bańki, którzy zamiast SoundClouda, na co dzień scrollują Instagrama mają dowiedzieć się o ich istnieniu? W jeszcze trudniejszej sytuacji są bookerzy, którzy mieliby takich artystów znaleźć, a następnie liczyć, że kogoś zainteresują abstrahując od tego, co reprezentują za deckami.
Brak komunikowania o swojej twórczości czy działalności na scenie jest brakiem szacunku dla samego siebie oraz godzin i sił poświęcanych na rozwijanie swoich umiejętności. Na szczęście to się zmienia i takich twardogłowych jest coraz mniej, w tym także w Polsce.

Od lat działacie jako dziennikarze muzyczni. Czy inni koledzy po fachu mają tremę przed rozmową z Wami?

Łukasz: Nie wydaje mi się. Przede wszystkim nie ma dziś w Polsce wielu mediów zajmujących się muzyką elektroniczną. Oczywiście są osoby wykonujące świetną pracę, jak Norbert Borzym czy Artur Wojtczak, a Czwórka nadal realizuje wartościowe audycje muzyczne. Nie odczuwam jednak żadnego dystansu ze strony dziennikarzy.
Ja sam bardzo lubię udzielać wywiadów. Przez lata byłem po tej drugiej stronie i zadawałem pytania, dlatego wiem, jak ważna jest rozmowa i wymiana doświadczeń. Dziś patrzę na scenę z kilku perspektyw: dziennikarza, organizatora, menedżera i DJ-a. Mam też poczucie, że o wielu ważnych sprawach w branży mówi się zdecydowanie za mało.

Hubert: To prawda, brakuje mediów – podkreślam: mediów, nie „pejów” na FB czy IG – dedykowanych muzyce elektronicznej i kulturze klubowej, aczkolwiek nie jest to dziedzina zarezerwowana wyłącznie dla określonej grupy osób i podmiotów, by tylko one mogły o tym traktować. To żaden gatekeeping. Po prostu inne media rzadko zagłębiają się w tę tematykę – zazwyczaj nie robią tego wcale lub bardzo powierzchownie. Zwyczajnie brakuje chętnych i przede wszystkim kompetentnych ludzi, którzy byliby w stanie tę muzykę i scenę rozpopularyzować i porozmawiać z jej twórcami w interesujący sposób. Większość tego typu zjawisk odbywa się w zamkniętym obiegu, a szkoda, bo sugerując się rosnącą liczbą wydarzeń z elektroniką w Polsce i osób, które w nich uczestniczą, potencjał jego spory.

Łukasz, jakie sprawy masz na myśli?

Łukasz: Chociażby o budowaniu wizerunku artysty. Bardzo często doświadczeni twórcy wypowiadają się z dużą frustracją, narzekając na realia rynku czy media społecznościowe. Tymczasem wielu z nich nie wykorzystuje nawet podstawowych narzędzi, które mają do dyspozycji. Nie chodzi o to, żeby nieustannie publikować zdjęcia czy tworzyć sztuczny wizerunek. Chodzi o budowanie społeczności i relacji z ludźmi. Dzisiaj to jeden z kluczowych elementów funkcjonowania na rynku muzycznym.

Hubert: Dorzucając co nieco do tego, co powiedział Łukasz – mam wrażenie, że w Polsce wciąż gadamy o rzeczach, które były oczywiste już w 2018 roku. Co gorsza, z jakiegoś powodu niektórzy wciąż z nimi walczą, jak choćby z kwestią selfbrandingu na scenie klubowej uznając to za coś złego, a później mając pretensje do wszystkich wokół o to, że nikt nie jest zainteresowany ich nowym setem, produkcją lub zabookowaniem ich gdziekolwiek. „I właśnie dlatego nie możemy mieć ładnych rzeczy” – w takich sytuacjach bardzo często z Łukaszem powtarzamy to zdanie. Co gorsza, nie możemy mieć ładnych rzeczy i rodzimych artystów, którzy będą na tyle rozpoznawalni, by móc samodzielnie zapełniać kluby w Polsce, nie wspominając o zagranicznym sukcesie.

Czyli sama muzyka się nie obroni?

Łukasz: Nie. Muzyka jest fundamentem, ale sama się nie obroni. Jest mnóstwo świetnych selektorów, producentów i DJ-ów, o których mało kto słyszał. Nie dlatego, że brakuje im talentu, tylko dlatego, że nie potrafią lub nie chcą opowiedzieć wokół swojej działalności ciekawej historii. Ludzie nie przychodzą dziś wyłącznie po muzykę. Przychodzą po doświadczenie, energię, atmosferę i osobowość. Dlatego tak ważna jest autentyczność.

Hubert: Pełna zgoda. Muzyka obroni się tylko w jednej sytuacji – już podczas samej imprezy. Jednak nie dojdzie do tego jeśli ktoś nie da sobie szansy, by dotrzeć do ludzi z opowieścią o sobie i o brzmieniach, które go interesują, a idąc dalej, nie da powodów bookerom, by podjąć ryzyko i zaprosić za konsoletę. Wtedy muzyka musi się obronić, bo parkiet weryfikuje wszystkich tak samo, niezależnie czy są mistrzami selekcji, mistrzami techniki czy jedynie mistrzami marketingu. Jeśli ta weryfikacja wypadnie blado, kolejnych szans może po prostu nie być.

To trochę wbrew romantycznej wizji, że dobra muzyka zawsze znajdzie odbiorców.

Łukasz: Dobra muzyka nadal jest najważniejsza, ale jest punktem wyjścia, a nie gwarancją sukcesu. Spójrzmy na największych artystów. Nawet jeśli dziś mogą pozwolić sobie na minimalną promocję, to wcześniej przez lata budowali swoją pozycję, rozpoznawalność i relacje z publicznością. Na scenie elektronicznej działa to podobnie. Talent jest konieczny, ale niewystarczający.

Hubert: Moglibyśmy odesłać tu wszystkich do słów uwielbianego przez nas Tylera, The Creatora, który oprócz bycia absolutnie znakomitym artystą, jest przede wszystkim artystą świadomym tego, co składa się na jego sukces i pracę – a składa się m.in. wysiłek włożony w to, by dotrzeć ze swoją muzyką do ludzi, a nie na odwrót, nawet posiadając dziś już taki status jak on sam. Jednak to kolejny problem – większość artystów nie interesuje się tematami, które nie są stricte związane z muzyką. Jednak taka wiedza – nazwijmy ją „wiedzą okołomuzyczną” – jest moim zdaniem kluczowa, by zrozumieć podstawowe mechanizmy, od których uzależniony jest sukces. Ludzie tego nie robią, a następnie mają pretensje do wszystkich, lecz nie do siebie samych.

W środowisku często pojawiają się zarzuty o „układy” i wzajemne promowanie znajomych. Jak na to patrzycie?

Łukasz: To jeden z moich ulubionych tematów, bo bardzo często słyszę takie opinie. Oczywiście relacje są ważne, ale nie wierzę w teorię, że ktoś jest regularnie bookingowany wyłącznie dlatego, że zna odpowiednie osoby.
Z perspektywy organizatora nie ma to większego sensu. Jeśli mam do wyboru artystę, który dobrze gra, pasuje do profilu wydarzenia i przyciąga publiczność, to właśnie jego wybiorę. To nie kwestia koleżeństwa, tylko logiki działania.
Oczywiście są osoby, z którymi współpracuję częściej, ale wynika to z tego, że znam ich podejście do muzyki, wiem czego mogę się spodziewać i mam pewność, że zrozumieją charakter wydarzenia.

Hubert: O mitycznych układach mówią najczęściej ci, którzy wciąż wyznają zasadę, że wystarczy tworzyć i „that’s it”. Nagram set, zrobię produkcję, wrzucę w internet i voilà – „proszę mnie znaleźć, później docenić, a następnie zaprosić do zagrania na imprezie za odpowiednią gażę”. Niesamowite jest to, że ludzie prezentujący taką postawę i krzywiący się na słowo „networking”, naprawdę znajdują powód swoich niepowodzeń we wszystkim wokół, a nie w sobie, i co więcej, uważają, że to domena wyłącznie naszej sceny czy – mówiąc szerzej – branży. Tymczasem zapominamy o aspekcie czysto ludzkim, który jest uniwersalny dla wszystkich dziedzin życia.

Czyli nie ma jednej recepty na sukces?

Łukasz: Nie ma. Natomiast jest kilka rzeczy, które zawsze pomagają. Dobra selekcja, umiejętność czytania parkietu, własna osobowość i konsekwencja w działaniu.
Dziś DJ-ów jest bardzo dużo. Samo granie muzyki już nie wystarcza. Trzeba wiedzieć, jaką wartość wnosi się do sceny i dlaczego ludzie mają przyjść właśnie na ciebie.

Hubert: Otóż to. W jednej ze swoich książek Filip Springer napisał „miasta, które nie dostosują się do zmieniającego się biegu rzek, prędzej czy później znajdą się pod ich wodą”. Realia sceny ewoluują – jeśli tego nie akceptujesz: okej, możesz zmienić scenę czy nawet zajawkę. Nie chcesz się dostosować? Nie miej pretensji, że inni to robią i odnoszą sukces.

Mieliście podejście do produkcji własnych utworów?

Łukasz: Nie mamy muzycznego wykształcenia ani producenckiego zaplecza. Ja zbyt mocno kocham dobrą muzykę, żeby zaczynać od tworzenia słabej.
Oczywiście mieliśmy różne pomysły i pojedyncze próby. Kiedyś powstał nawet mój remiks pewnego utworu. Pomogli mi przy nim koledzy. Natomiast moja rola ograniczała się bardziej do pomysłów i kierunku artystycznego niż faktycznej pracy w programie muzycznym.

Hubert: Gdybym miał kiedykolwiek porwać się na „zrobienie czegoś swojego”, to myślę, że maksymalnie byłby to właśnie remiks. W tej materii sądzę, że poszedłbym podobną drogą, co mój idol, czyli Gerd Janson, który zaczął tworzyć edity, by dostosować utwory do własnych potrzeb, nic więcej. Zresztą też zaczynał jako dziennikarz, w czym był świetny, dopiero później stał się DJ-em i założycielem wytwórni Running Back.

Nigdy nie czuliście presji, żeby pójść o krok dalej?

Łukasz: Usłyszałem kiedyś od jednego z najważniejszych menedżerów muzyki elektronicznej w Polsce, że jedyną rzeczą, której brakuje Dusznemu Graniu, są własne produkcje. Być może miał rację. Tylko, że Duszne Granie od początku było projektem realizowanym po godzinach. To nasza pasja. Nigdy nie planowaliśmy budować wielkiej kariery. Mamy poczucie, że znaleźliśmy miejsce, które daje nam satysfakcję.
Gramy festiwale, ciekawie rozwijamy się jako projekt i nadal sprawia nam to radość. Nie odczuwamy potrzeby ciągłego zwiększania skali.

Hubert: Rozwój naszego projektu następuje naturalnie, w zgodzie z nami i naszymi życiami, a przede wszystkim następuje bez kosztu poświęceń w zakresie tych obszarów, których chyba po prostu nie chcielibyśmy poświęcać. Na pewno przez głowę przemknęły mi kiedyś myśli w stylu „a co byłoby, gdybyśmy…” i tu wstawmy np. nagrywali i publikowali każdy set, wzięli się za produkcję, robili nową sesję zdjęciową co pół roku, itd. Nie wiem jednak, czy takie dywagacje mają jakikolwiek sens, skoro nigdy nie były wystarczającą motywacją do tego, by zrobić coś „bardziej” lub „więcej”. Powtórzę zatem: nasz rozwój następuje naturalnie, a dzieje się tak dlatego, że jesteśmy w tym autentyczni i nie próbujemy być kimś, kim nie jesteśmy.

Czyli jesteście dziś dokładnie tam, gdzie chcieliście być?

Łukasz: W dużej mierze tak. Od kilku lat funkcjonujemy na poziomie, który daje nam spełnienie. Lubimy zarówno duże festiwale, jak i kameralne wydarzenia, gdzie liczy się przede wszystkim atmosfera. Nie postrzegamy siebie jako artystów, którzy muszą stale zdobywać kolejne szczyty. Bardziej odpowiada nam rola kuratorów muzycznych.

Hubert: Dokładnie tak. Muzyka jest jednocześnie płaszczyzną i materią, wokół której funkcjonujemy – działamy na jej osi, posługujemy się nią, lecz jej nie tworzymy i nie odczuwamy takiej potrzeby.

Ładne określenie – kuratorzy muzyczni.

Łukasz: Tak. To określenie dobrze opisuje naszą działalność. Wyszukujemy muzykę, składamy ją w spójną historię i dzielimy się nią z ludźmi. Tak było kiedyś w radiu, tak jest dziś podczas naszych setów. To właśnie w tym znajdujemy największą satysfakcję.

Jak bardzo zmienił się świat DJ-ski na przestrzeni lat?

Łukasz: Dziś jest po prostu łatwiej technicznie. Kiedyś granie wiązało się z ogromnymi kosztami. Trzeba było kupować płyty winylowe, transportować sprzęt i inwestować duże pieniądze jeszcze zanim zagrało się pierwszą imprezę.
Z drugiej strony obecnie praktycznie każdy ma dostęp do tej samej muzyki. Dlatego jeszcze większego znaczenia nabierają selekcja i umiejętność czytania sytuacji na parkiecie.

Możesz mieć fantastyczne utwory, ale jeśli zagrasz je w niewłaściwym momencie, efekt będzie słaby. Dobry DJ nie tylko wybiera muzykę. Potrafi także wyczuć ludzi i dostosować energię do miejsca oraz czasu. Ostatecznie właśnie to najbardziej nas interesuje. Nie bycie gwiazdami, lecz tworzenie odpowiednich momentów na parkiecie i dzielenie się muzyką, którą naprawdę lubimy. To wystarcza.

Hubert: Można romantyzować ograniczenia, z jakimi związana była przeszłość, ale – w nawiązaniu do słów Łukasza – finalnie, niezależnie od tego, na jak wielkim evencie występujesz, jak nowoczesny jest sprzęt, na którym grasz, jak wysokie są Twoje umiejętności i jak świeża jest Twoja selekcja, wszystko skupia się na właściwej energii, emocjach i momencie – na prawidłowym połączeniu tych czynników, na właściwym odczytaniu sygnałów, na zbudowaniu z nich autorskiej historii w taki sposób, by sprawiało to maksimum przyjemności i spełnienia po obu stronach parkietu – w ten sposób i wyłącznie w ten rozumiem definicję dobrego DJa.

Poproszę o trzy propozycje muzyczne albumów na lato.

Hubert: Z najnowszych odkryć: Josh Conway – Plum. Z klasyków: Télépopmusik – Genetic World. A z bardzo subiektywnych wyborów: Niki & the Dove – Everybody’s Heart Is Broken Now.

Będzie co słuchać w drodze na festiwale! Dziękuję za rozmowę.