fot. Martyna Wróblewska

Paweł Jaskuła – ,,Sztuka i cały ten hajs”

Paweł Jaskuła
06 sie 2026
Marynia Tuliszka-Nowacka

Z Pawłem spotykam się w jego pracowni na Poczta Workspace, rozmawiamy o hajsie, złocie i o tym o czym nie każdy chce mówić. Nie jest to nasza pierwsza rozmowa, bo nie raz mamy okazję komentować otaczający nas świat – tu zawsze jest miejsce na szczerość przeplataną ironią. 

Powiedz parę słów o tym, co tworzysz i dlaczego.

Od około pięciu–sześciu lat zajmuję się szeroko pojętym tematem pieniędzy, złota i kapitału. To bardzo pojemny obszar, który pozwala mi łączyć różne wątki – od ekonomii, przez społeczne relacje, aż po kwestie symboliczne i kulturowe.
Początek tego cyklu wiąże się z moim dyplomem magisterskim w 2021 roku. Wtedy projekt miał jeszcze bardziej eklektyczny i ironiczny charakter. Pojawiły się w nim np. kolekcja NFT i zrzutka na to, że chcę zostać milionerem, która miała być ironicznym komentarzem do marzeń o sukcesie finansowym i funkcjonowania artysty na rynku sztuki. W ramach tego projektu wysyłałem maile z tą zrzutką do znanych osób, m.in. Donalda Tuska czy Grażyny Kulczyk, pytając o udział w przedsięwzięciu. Oczywiście kończyło się to uprzejmymi odpowiedziami odmownymi.
Od tamtego czasu wróciłem w dużej mierze do malarstwa, które jest moim głównym medium. Jestem z wykształcenia malarzem, ale również fotografem. W tym nurcie powstał m.in. cykl „złotych kurtek, który obecnie można oglądać w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu na wystawie poświęconej pieniądzom (Słodkiego, miłego życia).
Równolegle rozwijam też inne wątki. Od około roku pracuję nad cyklem związanym z wizualnymi pozostałościami transformacji ustrojowej – elementami, które wciąż są obecne w przestrzeni, szczególnie w mniejszych miejscowościach: starymi szyldami, reklamami, fragmentami architektury czy różnymi „resztkami” dawnej estetyki. Interesuje mnie to jako coś, co nie zostało domknięte i nadal funkcjonuje w krajobrazie społecznym.
W efekcie moje prace krążą wokół pieniędzy, wartości i ich wizualnych oraz społecznych konsekwencji. Zarówno w wymiarze współczesnym, jak i tym, który wynika z przemian ostatnich dekad w Polsce.

Masz pracę, która powstała z „hajsu” – co w efekcie było więcej warte?

To jest ciekawa sytuacja, bo sama praca jeszcze nie ma ustalonej wartości rynkowej, nikt jeszcze nie pytał o cenę, więc nawet nie zastanawiałem się, jak ją wycenić.
Formalnie powstał obiekt, który jest dość prosty w formie: przezroczysta torba z Ikei wypełniona rozdrobnionymi polskimi banknotami. W sumie jest tam około ponad milion złotych, choć trudno to policzyć dokładnie ile, bo całość to banknoty, które nie są już w obiegu – zniszczone, wycofane z użycia pieniądze, które są rozdrabniane i sprzedawane jako brykiet przez NBP. Kupiłem taki brykiet, pakowany w kostki o określonej wartości nominalnej. Całość materiału kosztowała mnie mniej więcej 1000–2000 złotych, więc tyle wynosi chyba realna cena użytego materiału. W efekcie trudno powiedzieć, co jest tu bardziej „warte” – sam materiał w sensie symbolicznym czy jego przetworzona forma jako obiekt artystyczny. Właśnie ta niejednoznaczność była jednym z kluczowych założeń tej pracy.
Jednocześnie w sensie symbolicznym nadal mówimy o milionie złotych, tyle że w formie całkowicie pozbawionej funkcji użytkowej. To pieniądz, który istnieje już tylko jako materiał, nie jako środek wymiany. Ale co ciekawe, ta praca ma też bardzo fizyczny, niemal zmysłowy aspekt, bo po otwarciu torby czuć zapach tych zniszczonych banknotów – normalnie śmierdzi hajsem!

Czy masz więcej takich dwuznacznych prac?

Tak, wielowymiarowość́ moich prac jest dla mnie ważna. Co ciekawe, ostatnio usłyszałem, że są one zabawne i ucieszyło mnie to, choć nigdy nie traktowałem humoru jako celu. Raczej wynika on gdzieś mimochodem z samej konstrukcji tych prac i mojej wrażliwości.
Jednym z przykładów jest cykl oparty na zdrapkach Lotto Ekstra Pensja. Przez około rok kupowałem zdrapki i w sumie zebrałem ich około 200, za mniej więcej 1000 złotych. Statystycznie część z nich coś wygrywała, ale do głównej nagrody, czyli tytułowej „ekstra pensji” nie udało się dojść. Został więc zbiór przegranych zdrapek, które same w sobie stały się materiałem do pracy i komentarzem do mechanizmów losowości, nadziei i finansowej porażki.
Podobnie działają też moje obrazy, które obecnie maluję. Są one hiperrealistyczne i oparte na fotografii analogowej, ale nie chodzi wyłącznie o wierne odwzorowanie rzeczywistości. Staram się, żeby zawierały też warstwę komentarza dotyczącego sytuacji społecznej, finansowej, mieszkaniowej czy szerzej: warunków życia i funkcjonowania w systemie. Te tematy są mi bliskie również dlatego, że sam przeszedłem pewną zmianę pozycji społecznej.

Czy sztuka to twoje hobby? 

Już nie. Dziś sztuka jest przede wszystkim moim zawodem. Oczywiście od dziecka rysowałem i malowałem, ale wtedy trudno było mówić o hobby, po prostu nie wyobrażałem sobie, żeby robić coś innego. Ok, chciałem jeszcze być pracownikiem Legolandu, ale poległem. (śmiech)
W sumie jeszcze jako student traktowałem własną twórczość częściowo jak pasję. Nie do końca rozumiałem wtedy, jak funkcjonuje świat sztuki i jak można z niej żyć. Jednocześnie zawsze miałem zasadę, żeby pracować w zawodach związanych z moim wykształceniem, czyli np. malować murale, pracować w reklamie, fotografii czy konserwacji zabytków. Przez wiele lat łączyłem własną twórczość z różnymi zajęciami, często w niezbyt stabilnych warunkach. Myślę, że wielu młodych artystów mierzy się z podobnymi doświadczeniami. Zanim osiągnie się zawodową niezależność, trzeba poświęcić na to dużo czasu, pracy i determinacji.
Przełom nastąpił około 2020 roku, kiedy zmieniłem sposób myślenia o swojej pracy i zacząłem podejmować tematy, które naprawdę były mi bliskie. Od kilku lat utrzymuję się ze sztuki – tworzę własne prace, sprzedaję je i uczę malarstwa jako wykładowca. Dlatego nie traktuję już sztuki jako hobby. Hobby jest teraz dla mnie raczej ścianka wspinaczkowa, czyli coś, co robię wyłącznie dla przyjemności. Sztuka stała się moją codzienną pracą i sposobem na życie, co nie znaczy, że nie sprawia mi przyjemności!

Czy artysta powinien być „głodny”, żeby lepiej tworzyć?

Nie, ten etos „biednego artysty” jest moim zdaniem mocno przereklamowany. W moim doświadczeniu jest wręcz odwrotnie – dopiero kiedy osiągnąłem względną stabilność finansową i życiową, zacząłem tworzyć prace, z których jestem naprawdę zadowolony. Kiedy nie muszę martwić się o podstawowe sprawy, mam więcej przestrzeni na pracę twórczą, mogę też normalnie funkcjonować, spać, regenerować się czy zajmować się innymi rzeczami.
Oczywiście sam proces twórczy zawsze wiąże się z frustracją – nie wszystko się udaje, nie każda praca jest dobrze przyjęta. Ale to coś innego niż chroniczna niestabilność czy brak podstawowych warunków do życia. Stabilność nie zabija twórczości, tylko ją w wielu przypadkach umożliwia.
Mam wrażenie, że mit nieszczęśliwego, głodnego artysty wynika bardziej z kulturowych projekcji niż z rzeczywistości. Pojedyncze, historyczne przykłady wielkich nazwisk, które żyły w trudnych warunkach, zostały mocno utrwalone i uogólnione. Do tego dochodzi romantyzowanie artystów po śmierci, wtedy ich życie i twórczość często są interpretowane w sposób uproszczony i mitologizowany. W efekcie powstało przekonanie, że artysta musi być niestabilny, nieszczęśliwy albo żyć w biedzie, żeby tworzyć wartościowe rzeczy. Uważam, że to fałszywy obraz. W praktyce dobra twórczość częściej powstaje wtedy, gdy artysta ma względny spokój i warunki do pracy, a nie wtedy, gdy zmaga się z ciągłym kryzysem życiowym.

Czy Jaskuła czuje się lepszy od innych artystów? 

Nie, zdecydowanie nie czuję się lepszy od innych artystów, ale nie czuję się też od nich gorszy. Myślę jednak, że w świecie sztuki istnieją różne nierówności, zwłaszcza finansowe, które sprawiają, że jedni mają łatwiejszy start i większe możliwości działania niż inni. Nie zawsze wynika to z różnic w talencie, umiejętnościach czy pracowitości. Warunki, w jakich funkcjonujemy, często zależą od wielu czynników, na które nie mamy pełnego wpływu, a to przekłada się na to, ile czasu i energii możemy poświęcić pracy artystycznej, a ile walce, żeby było nas np. stać na pracownię.

Jak wygląda twój dzień pracy artysty? 

Od dłuższego czasu mój dzień pracy jest dość stały, ale jednocześnie mocno pofragmentowany. Wynajmuję pracownię w centrum miasta, na Poczcie Workspace, i mam tam dwa pomieszczenia: jedno pełni funkcję magazynu na obrazy, drugie to właściwa przestrzeń do malowania.
Równolegle pracuję jako wykładowca na uczelni oraz w prywatnej szkole. To sprawia, że kilka dni w tygodniu mam zajęcia dydaktyczne, zwykle od rana, od około 8 – 9, do południa lub wczesnego popołudnia, 13 – 15. Po nich często idę coś zjeść i od razu wracam do pracowni. Zdarza się też drugi wariant dnia, kiedy prowadzę zajęcia wieczorowe, wtedy pracownia jest rano i wczesnym popołudniem, a później od 17 do 20, czasem dłużej, jestem w szkole.
W praktyce rzadko mam cały dzień wyłącznie na pracę twórczą. Zwykle tydzień jest „poszatkowany” między uczelnię, szkołę i pracownię. Zdarza się jeden pełny dzień w pracowni, ale to raczej wyjątek niż reguła.
Poza samym malowaniem dochodzi sporo pracy organizacyjnej – przygotowywanie zgłoszeń na konkursy, budowanie portfolio, dokumentacja prac, a obecnie także kompletowanie materiałów na studia doktoranckie. Do tego bardzo przyziemne rzeczy – kupowanie materiałów w sklepach plastycznych czy budowlanych, planowanie pracy i logistyka.

Sama praca twórcza ma u mnie w dużej mierze charakter intelektualny i badawczy. Najpierw jest etap myślenia i poszukiwania tematu. Dużo pracuję na fotografii analogowej, robię dokumentację, przeglądam archiwa, a potem selekcjonuję motywy. Następnie materiał trafia do opracowania, czasem cyfrowo, czasem w formie rysunku przygotowawczego. Dopiero później przechodzi w obraz. Sam proces malowania jest dość czasochłonny. Jeden obraz powstaje zwykle od dwóch tygodni do miesiąca, zależnie od formatu i stopnia skomplikowania. To malarstwo realistyczne, wymagające precyzji i dużej ilości pracy warsztatowej.
A równolegle z tym wszystkim funkcjonuje też warstwa rynkowa. Obrazy trafiają na wystawy i do galerii. Obecnie część moich prac jest pokazywana m.in. na wystawie w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Sprzedaż jest jednak nieregularna: w ciągu roku to zwykle kilka prac, co daje jedynie część dochodu.
Dlatego w praktyce łączę kilka ról: artysty, nauczyciela i organizatora własnej pracy. To powoduje, że tydzień jest intensywny i rozpisany na wiele równoległych aktywności, a granica między pracą twórczą a całą resztą obowiązków właściwie się zaciera.

Opowiedz trochę więcej o tych finansach, bo to gorący temat w kontekście ostatnich dyskusji na temat za dopłat dla artystów

Jeśli chodzi o finanse, to sytuacja jest bardzo nieregularna. Obrazy maluję „na zapas”, z nadzieją, że trafią do odbiorców i czasem tak się dzieje. Zdarza się, że ktoś się odzywa, pyta o ceny, kupuje prace. Mam też współpracę z galerią w Warszawie, która reprezentuje moje obrazy i pokazywała je m.in. na targach sztuki w Katowicach, gdzie jedna z prac została sprzedana.
Ceny są zróżnicowane, od mniejszych formatów w okolicach 1000–2000 zł, do większych prac, które osiągają około 5000, a nawet 10 000 zł. Na moje nieszczęście, najlepiej sprzedają się mniejsze formaty. (śmiech) Problem polega na tym, że w skali roku sprzedaję zwykle około 7–8 obrazów, więc nie daje to stałego dochodu. W praktyce sprzedaż stanowi tylko część moich zarobków – szacunkowo jedną piątą, czasem jedną czwartą.
Bywają dobre lata, kiedy sprzedaż jest regularna i sytuacja jest stabilniejsza, ale zdarzają się też takie, w których nie sprzedaję nic. Wtedy naprawdę pojawia się duża niepewność co dalej. Z kolei obecny rok jest lepszy, ale to nigdy nie jest przewidywalne.
To powoduje, że działalność artystyczna jest bardzo ryzykowna. Stałe koszty, jak choćby ZUS przy takiej działalności gospodarczej zostają, a dochody mogą się nagle nie pojawić i to przez rok. Wszystko zależy od rynku, odbiorców i ich decyzji, a sztuka, nie oszukujmy się, nie jest produktem pierwszej potrzeby. To raczej coś dodatkowego, co nie jest niezbędne do życia, więc trudniej o stabilny popyt.
Rynek sztuki jest przy tym bardzo specyficzny i zróżnicowany. Trzeba się w nim nauczyć funkcjonować, ale nie zmienia to faktu, że pozostaje on nieprzewidywalny. Dlatego nie traktuję tego w kategoriach narzekania — raczej jako realia zawodu.
Ważniejszy problem widzę gdzie indziej, w systemowym funkcjonowaniu środowiska. Moim zdaniem istotną kwestią jest nadprodukcja artystów wynikająca z systemu edukacji artystycznej. Uczelnie, żeby utrzymać wydziały, muszą przyjmować określoną liczbę studentów, co prowadzi do dużej liczby absolwentów. Część z nich nie ma później realnych możliwości funkcjonowania na rynku, który i tak jest ograniczony. W efekcie pojawia się wiele osób, które próbują odnaleźć się w zawodzie artysty, ale rynek nie jest w stanie ich wszystkich wchłonąć. To rodzi dodatkową presję i niestabilność, szczególnie na początku drogi zawodowej.
Dlatego uważam, że każda forma systemowego wsparcia dla artystów jest potrzebna, niezależnie od konkretnego modelu tego wsparcia. Nie chodzi o finansowanie samej twórczości, ale o minimalne zabezpieczenie socjalne w zawodzie, który z natury jest nieregularny. W różnych krajach europejskich funkcjonują rozwiązania, które w mniejszym lub większym stopniu to regulują, i warto z nich czerpać.
W moim przekonaniu problem nie polega na tym, że artyści „chcą więcej”, tylko na tym, że często funkcjonują poza standardowym systemem zabezpieczeń. A to sprawia, że ich sytuacja finansowa jest bardzo chwiejna, niezależnie od poziomu pracy czy zaangażowania.
Dlaczego akurat artyści mają mieć te dopłaty?

Nie chcę stawiać artystów ani ponad, ani poniżej innych zawodów. Uważam, że każdy, czy to kasjerka w sklepie, nauczycielka czy pracownik fizyczny, wykonuje ważną pracę i powinien być godziwie wynagradzany. Jestem bardzo daleki od jakiegokolwiek wywyższania jednej grupy.
Jedyny argument, jaki widzę w tej dyskusji, dotyczy specyfiki pracy artystycznej i jej wpływu na otoczenie. Artyści współtworzą przestrzeń, w której wszyscy funkcjonujemy, wizualnie, kulturowo i emocjonalnie. To obejmuje nie tylko malarstwo czy rzeźbę, ale też design, grafikę, muzykę, filmy, projektowanie przedmiotów codziennego użytku czy nawet wygląd przestrzeni miejskiej i komunikacji wizualnej. W praktyce jesteśmy otoczeni efektami pracy osób po uczelniach artystycznych, nawet jeśli nie zawsze to zauważamy.
Sztuka wpływa też na nasz stan emocjonalny — każdy zna sytuację, kiedy film, książka czy utwór muzyczny pomagały przejść trudny moment albo porządkowały emocje i doświadczenia. W tym sensie jest to realny element codziennego życia, coś w rodzaju „paliwa emocjonalnego”, które działa na ludzi i współkształtuje ich wrażliwość oraz sposób odbierania świata.
W tym sensie uważam element tej całej dyskusji, czyli ustawę reprograficzną, za słuszny pomysł, a samo zapewnienie osobom artystycznym warunków do pracy leży w pewnym wspólnym interesie społecznym. Ta ustawa jest jak najbardziej potrzebna, szczególnie jeśli mówimy o szerszym środowisku artystycznym, a nie tylko o kilku najbardziej widocznych osobach. W tym sensie cała komunikacja medialna tej sprawy zawiodła. Nie rozumiem dlaczego twarzą tego przedsięwzięcia został Jaś Kapela, któremu te ulgi w ogóle by nie zostały przyznane, bo za dobrze zarabia. Dlaczego nie widzimy osób, które faktycznie pracują w niszowej, ale uznanej sztuce i często mają realnie trudną sytuację.
Z drugiej strony, w tym wywiadzie u ministry kultury pojawiła się Gosia Bartosik, która dostała sporo krytycznych komentarzy. Po części uważam, że słusznie. Dla jasności, uważam, że jej sztuka jest świetna i potrzebna, bardzo ją lubię, ma swój odbiór i popyt, ale nie jest to twórczość, która dotrze do szerokich mas i przysłowiowej mojej babci. I to jest w ogóle ważne rozróżnienie, kiedy mówimy o tej ustawie. Druga sprawa to, że w wywiadzie Bartosik mówi, że pracuje na ⅛ etatu w szkole i już jest ubezpieczona. No czyli co? Poradziła sobie! Sukces! Ja też pracuję na uczelni, a wolałbym siedzieć w pracowni 24h, ale tak nie wygląda ten zawód.
Dlatego głównym założeniem komunikacji przy tej ustawie powinno być wyjście z naszej bańki, czy to lewicowej, czy libkowej i każdej innej, żeby zobaczyć, że ta ustawa jest najbardziej potrzebna osobom takim jak lokalny, wiejski rzeźbiarz, który robi drewniane Jezusy i kocha to robić od 40 lat, ale bardzo trudno mu się z tego utrzymać. Albo osobom, takim jak ja sprzed lat – dwudziestokilkuletni chłopak pracujący w renowacji kamienic. Niestety, takie są realia gry politycznej i komunikatu medialnego, który ma trafić do mas.
Gdyby lata temu takie prawo działało, może zostałbym w konserwacji zabytków, i do dziś zajmowałbym się renowacją? Niestety, nie miałem wtedy żadnego socjalu ani zabezpieczenia finansowego. Oczywiście, część winy leży po stronie firm i osób zatrudniających, ale z tej strony też nie ma żadnego systemowego wsparcia, by uszczelnić system.

Dlatego uważam, że jakakolwiek ustawa, która poprawia sytuację finansową artystów, powinna być wspierana. Te pieniądze i tak muszą skądś pochodzić, czy w formie dopłat do ZUS-u, czy w formie wyższych wynagrodzeń za pracę artystyczną wypłacanych przez firmy i pracodawców czy galerie i instytucje. Myślę, że nikt nie miałby problemu z tym, żeby artysta za dużą, pięciomiesięczną wystawę dostał równowartość czterech czy pięciu pensji minimalnych.
To nie są jakieś ogromne kwoty w skali instytucji, a pozwoliłoby to nam normalnie funkcjonować. Dzisiaj często wygląda to tak, że ja robię cztery obrazy, każdy zajmuje około 3 tygodnie pracy, one trafiają do galerii albo ważnych państwowych instytucji i w praktyce nie mam z tego żadnego stabilnego dochodu. Oczywiście zdarzają się kolekcjonerzy i osoby prywatne, które kupują prace, ale nadal jest to bardzo nieregularne. W Niemczech czy we Francji takie systemy wsparcia istnieją i działają lepiej lub gorzej, ale jednak funkcjonują i można się na nich wzorować. Jeśli więc pojawia się propozycja ustawy, która ma poprawić sytuację artystów, to niezależnie od szczegółów, sama idea jest słuszna.
I w tym kontekście wraca też Twoje pytanie, czy artyści są „lepsi”. Nie, nie są. Tak samo jak inne grupy zawodowe funkcjonują w trudnych warunkach. Problem polega raczej na tym, że część osób pracujących w kulturze jest systemowo poza standardowym modelem zatrudnienia i to rodzi realne trudności, a nie kwestie jakiejkolwiek wyjątkowości.

https://www.instagram.com/pfjaskula/
http://pfjaskula.pl/