Połączył je studencki projekt i miłość do dobrego jedzenia. Dziś Domi, Ola i Karo, czyli Foodhunterki, to gastronomiczna wyrocznia dla tysięcy Poznaniaków. Rozmawiamy o tym, jak działa ich trio, czy płatne współprace zabijają obiektywizm i dlaczego nigdy nie uległy wszechobecnej modzie na jagodzianki.
Dla kogoś, kto trafia na wasze konto po raz pierwszy: w trzech słowach, kim są Foodhunterki?
Domi: To są trzy dziewczyny, które lubią dobrze zjeść, lubią się bawić i lubią przedstawiać nowe sposoby poznawania Poznania – i nie tylko Poznania.
Skąd się znacie? Jak się poznałyście?
Karo: Ze studiów, z drugiego roku, gdy trafiłyśmy do jednej grupy. Robiłyśmy razem jakiś projekt na zaliczenie i od tego wspólnego projektu zaczęłyśmy wychodzić razem na jedzenie. Brakowało nam w Poznaniu profilu pokazującego budżetowe, studenckie opcje z podanymi cenami. Gdy masz ograniczony budżet, łatwo wejść do lokalu i z niego wyjść, gdy nie masz na coś kasy. To się sprawdza do tej pory.
Czyli od początku działacie jako trio. Czy każda z Was ma stałą rolę w Foodhunterkach?
D: Większość obowiązków w tej chwili nachodzi na siebie, ale mamy swoje role. Ola na przykład zajmuje się bardziej kontaktem z klientami, ja harmonogramem i techniczną stroną. Ale w 90% przypadków się po prostu uzupełniamy.
K: Istotne jest też to, że działamy w takich tygodniowych slotach. Każda z nas opiekuje się jednym tygodniem, a po nim mamy wspólne podsumowanie. To bardzo usprawnia pracę.
Ola: Przez tydzień jesteśmy mocno zaangażowane w social mediach, a kolejne dwa odpoczywamy. Będąc twórczyniami internetowymi, jesteśmy cały czas zanurzone w tym świecie, bombardują nas powiadomienia, trzeba reagować, a dzięki temu systemowi mamy od tego urlop.
Co robicie, kiedy nie „polujecie” na jedzenie? Czy macie inne zajawki, niezwiązane z gastronomią? Potrzebujecie czasem odetchnąć od tego świata?
D: Ja prowadzę własną działalność w social mediach i marketingu dla firm gastronomicznych i hotelarskich. Jestem w to tak zaangażowana, że nie czuję potrzeby, żeby aż tak od tego odetchnąć. Zajmuję się też fotografią i łącze to z prywatnymi zajawkami, na przykład chodzeniem po górach. Ale to też łączy się poniekąd z Foodhunterkami, bo niedawno na przykład wpadł post o Bieszczadach, w których byłyśmy. To się po prostu wszystko zazębia i dla mnie moje pasje stały się pracą.
O: Również mam działalność związaną z mediami społecznościowymi i też działam dla m.in. klientów z gastronomii, ale jednak potrzebuje trochę wytchnienia. Przez ponad 5 lat pracowałam w HR, gdzie zaczęłam rozwijać się w kierunku prowadzenia szkoleń. Od kilku miesięcy to część mojej pracy i to jest właśnie taki mój oddech od świata social mediów. Jeśli chodzi o czas wolny to jestem ogromną fanką czytania, słuchania audiobooków, filmów, seriali oraz sportu. Uwielbiam też podróżować. Z tego wynikła nowa zajawka, w którą bardzo się ostatnio wkręcam: fotografia i nagrywanie dronem. To moja absolutna „topka” ostatnich miesięcy. Można o mnie powiedzieć, że jestem „człowiekiem zajawką” – czym się nie zainteresuję, na tym się zakręcam.
K: Zawodowo też jestem z marketingu. Kilka lat pracowałam w agencji, później w kancelarii prawnej. To zupełnie inny temat niż gastronomia, ale też działamy intensywnie i kreatywnie. Prywatnie współpracuję też z klientami w branży ślubnej. Pozazawodowo i pozajedzeniowo (choć u mnie dużo rzeczy kręci się wokół jedzenia) zdecydowanie sport. Zarówno żeby go uprawiać, jak i oglądać. Do tego podróże. Ostatnio skupiam się na wyjazdach po Polsce, co jest moim planem na to lato: bardziej odkryć nasz kraj.
Czyli wszystkie lubicie odkrywać świat. A czy częste nagrywanie nie odbiera wam frajdy z samego jedzenia?
K: Miałam nad tym ostatnio refleksję. Był czas, gdy traktowałam wyjścia bardzo zadaniowo, z planem, który musiał się powieść. Musiałam trochę obniżyć swoje wygórowane oczekiwania. Udało mi się to zbalansować i staram się mieć też wyjścia, których po prostu nie nagrywam, żeby móc po prostu na spokojnie zjeść.
D: Ja szczerze mówiąc nigdy nie miałam takiego poczucia, że muszę coś nagrać. Jeśli to nie jest współpraca lub zobowiązanie, to raczej mam w głowie „zobaczymy, jak wyjdzie”. Zdjęcia robię od zawsze, więc to mi zazwyczaj wychodzi naturalnie i nie sprawia problemu. Znajomi się śmieją, że potrafię nagrać coś tak szybko, rozmawiając i patrząc na nich, że nie wiedzą, kiedy to się stało. Ale czasem po prostu odpuszczam i to jest w porządku – nie trzeba nagrywać każdego dania.
O: Żeby się nie wypalić, dla nas opcją jest to, że poszłyśmy w bardzo różnorodny kontent – to już nie jest tylko jedzenie, ale też to, co robić w Poznaniu, ciekawostki z dzielnic itd.
A jak wygląda wasz dzień nagraniowy? Uprzedzacie restauracje czy raczej zachowujecie anonimowość?
O: Przy współpracach jesteśmy umówione na konkretny dzień. Poza tym nigdy nie informujemy wcześniej restauracji. Kiedyś zdarzyło się, że jedna z nas została rozpoznana, co było dla nas nowością – zwykle tak się nie dzieje. Warto przypomnieć, że swojego czasu wcale nie pokazywałyśmy naszych twarzy. Robiłyśmy to właśnie po to, żeby jakość jedzenia, sposób obsługi nie były podyktowane kojarzeniem nas z profilem foodowym, podczas gdy ktoś inny dostanie dużo mniej jedzenia albo zostanie inaczej obsłużony.
K: Staramy się te miejsca dobierać starannie, ale jeśli coś jest nie tak, też o tym powiemy. Warto pamiętać, że nasza wizyta to tylko wycinek rzeczywistości. Jednego dnia mogła być świetna obsługa a kolejnego akurat ktoś zachorował i było zastępstwo. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia, warto dać znać na miejscu, bo wtedy restauracja może od razu zareagować. Opinia w Google wystawiona po fakcie utrudnia tę reakcję.
D: To, że jesteśmy we trzy, też jest fajne, bo każda ma inny gust i zauważa inne rzeczy. Każdy może wyciągnąć z tego co przekazujemy coś dla siebie. Nie trzeba się z nami zgadzać w stu procentach. Przeczytaj, sprawdź sam, podziel się swoją opinią – to ważny komunikat na naszym profilu
A płatne współprace wpływają na Waszą obiektywność?
K: Bardzo dokładnie i ostrożnie dobieramy współprace. Jeśli czujemy, że dane miejsce nie zainteresuje naszych obserwujących, raczej odmawiamy. Współpracujemy z miejscami, do których same z siebie też byśmy poszły.
D: Zawsze mówimy wprost restauratorom, że ostatnie zdanie pozostaje nasze. 90% naszych współprac nie jest nawet wcześniej akceptowanych przez klientów. I jeśli ktoś nie chce z nami przez to współpracować, to dla nas jest to „red flag” – sygnał, że nie jest pewny swojej jakości.
Czyli Wasze recenzje można traktować jako rzetelne i obiektywne?
O: Tak, zdecydowanie.
Śledzicie poznańską gastronomię od dłuższego czasu – jak się zmieniła? Co Was najbardziej zaskoczyło w trendach kulinarnych w Poznaniu?
K: Poznań jest bardzo dobrze postrzegany na mapie gastronomicznej Polski. Sądzę, że istotny jest ostatni rok, kiedy po pandemicznym marazmie nastąpił wyrzut nowych miejsc.
D: Poznaniacy są bardzo wymagający, co wymusza na restauracjach utrzymanie poziomu. W Poznaniu musisz zjeść dobrze i jeszcze w miarę tanio, żeby było tam kolejka. To różni nas od np. Wrocławia, Łodzi czy Trójmiasta. W popularnych poznańskich miejscówkach poziom jest naprawdę wysoki: ładne wnętrza, dobra obsługa, rzadko się zawiedziesz. Widać to przez wyróżnienia Michelin. W tym roku jest ich prawie dwa razy więcej niż w zeszłym, a jeszcze 3–4 lata temu nie było ich w Poznaniu wcale.
O: Mnie zaskakuje, jak Poznań utrzymuje wysoki poziom gastronomii. Karty zmieniają się tu co 6 miesięcy, bo poznaniacy są wymagający i jeśli nie znajdą w jednym miejscu czegoś, co ich zaskoczy, pójdą gdzie indziej. Zaskakuje mnie, że restauratorzy mają odwagę zmieniać dobrze prosperujące koncepty. Słyszałam od nich, że jest „era ośmiu lat”, po której trzeba zmienić kierunek. To jest jak surfowanie na trendzie – oni się tego nauczyli i wychodzi im to świetnie.
Wspomniałyście już trochę o trendach jedzeniowych, ale które z nich są Waszym zdaniem przereklamowane?
D: Nie powiedziałabym, że matcha nie jest warta uwagi, ale poszła zdecydowanie za daleko, co bardzo jej zaszkodziło. Wiele miejsc robi ją w zły sposób i przechowuje nieprawidłowo. Jak widzę matchę stojącą długo na blacie w ciemnym kolorze, robi mi się smutno. To jest produkt premium, a pójście na matchę do pierwszej lepszej kawiarni to moim zdaniem niedobry pomysł.
K: Matcha stała się trochę „śmieszkowym” trendem: „matcha i pilates”, matcha tu, matcha tam. To poszło bardzo szeroko, mamy już nawet ubrania, grafiki w kolorze matchy. Trend gastro wszedł w lifestyle. Sama uwielbiam matchę, robię ją w domu od lat, „zanim było to modne” i mam nadzieję, że wróci do bycia po prostu dobrym, zdrowym napojem, a nie tylko trendem z TikToka.
O: Ale też coś, o co od zawsze nas wszyscy pytają, i myślę, że się tu zgodzimy: jagodzianki. Co roku kiedy jest sezon na jagodzianki, my dostajemy pytania o to, kiedy zestawienia i czemu nic w tym temacie nie robimy. Dla nas jest to po prostu drożdżówka, jak każda inna i nie będziemy napędzać trendu, w którym ludzie stoją w kolejkach po ileś godzin.
Ja niestety jestem wielką fanką jagodzianek i ciężko mi tego słuchać, dlatego przejdźmy do kolejnego pytania. Wasz obserwator przyjeżdża do Poznania na weekend – jedno śniadanie, jeden obiad, jeden wieczór na wino. Wasze polecenia?
D: Mamy swoje hashtagi kategoryzujące posty, np. #fhśniadanie, #fhpizza, #fhrandka – to ułatwia szukanie. Na śniadanie ostatnio odkrycie każdej z nas to Romans na Jeżycach – bardzo jakościowa kuchnia, przepiękne wnętrza, świetna obsługa. Na obiad, trochę droższy, bardziej na randkę, poleciłabym Maremmę: kuchnia włoska, ale w stylu toskańskim, z mięsami i serami bardzo dobrej jakości. W tym roku dostali wyróżnienie Michelin, podobnie jak ich sommelier. Ja jestem fanką wina, więc to miejsce mi bardzo odpowiada na większą kolację.
K: Co do śniadania zgadzam się, że Romans jest świetnym miejscem. Na wieczór poleciłabym Szkło na ulicy Gwarnej – miejsce w berlińskim stylu, które odczarowuje tę dawną, dość paskudną ulicę.
O: Ja pójdę inaczej i wskażę mniej znane miejsce na śniadanie – Fajrant, gdzie są super gofry, jadłam tam jedno z lepszych śniadań. Co do wina, mam grupkę przyjaciółek, z którymi cyklicznie chodzimy na wino, więc ten rynek jest nam bardzo znany. Polecam na przykład Czarnego Kota i Cho Po Wino na Jeżycach. Co do obiadu: Zuom Karlos – miejsce niespodzianka, dla kogoś, kto jest w Poznaniu pierwszy raz. Warto też zabrać turystę na kawę, bo Poznań mocno stoi kawą.
I na zakończenie: jakie są przyszłe plany Foodhunterek?
D: Myślę, że podróże i wyjazdy to kierunek, który chcemy kontynuować i który teraz nas najbardziej kręci. To fajne dopełnienie tego, co robimy. Marzeniem są współprace wyjazdowe, żebyśmy mogły gastronomicznie poznawać różne regiony i pokazywać to ludziom z różnych stron. Drugą opcją rozwoju jest kontent związany z przepisami. Przepisy mnie bardzo kręcą, uwielbiam kombinować w kuchni. Seria z odtwarzaniem dań jedzonych w restauracjach trochę powstała po to, żeby profil poszedł w tym kierunku (wydałyśmy nawet w pandemii własny e-book z przepisami). Chciałabym, żeby te filmy lepiej się „klikały”, bo na razie radzą sobie gorzej, mimo że ich zrobienie zajmuje trzy razy dłużej niż realizacja filmu w restauracji.
O: A kończy się to bałaganem w kuchni i kilkugodzinnym sprzątaniem! Fajnie też, że coraz bardziej rozwijamy na profilu wątek „co robić w Poznaniu” – to się dobrze uzupełnia z resztą. Jeden z naszych filmów ma ponad 500 tysięcy wyświetleń. Pokazujemy, gdzie przyjechać, co zjeść, co robić. A jak zjesz coś dobrego w restauracji, pokażemy ci, jak zrobić to w domu.
K: Myślę, że kierunek rozwoju profilu definiują nasze aktualne zajawki – czy to gotowanie, czy podróże po Polsce, czy w jakimś stopniu sport. Jest naturalne, że pokazujemy to, co nas w danym momencie kręci, niezależnie od liczby wyświetleń. Najważniejsze jest to, że dobrze się tym bawimy, bo to nasze dodatkowe zajęcie, w którym możemy się realizować bez „presji”.
Czyli pełen pakiet! Dziękuję Wam bardzo za rozmowę. Życzę jak najwięcej wyświetleń, jak najmniej bałaganu w kuchni i żeby wszystkie Wasze “foodhunterkowe” marzenia się spełniły.
IG: @foodhunterki