Fot. Zuzanna Zakrzewska

Płacz na parkiecie, czyli polscy spadkobiercy post-funku. Wywiad z Madame Affair

Madame Affair
13 sie 2026
Zofia Myślicka

Czy da się połączyć szalony taniec na parkiecie z tekstami o lękach cyfrowego świata i algorytmach? Zespół Madame Affair udowadnia, że tak. Ich debiutancki krążek „Post Funk”, który mamy przyjemność patronować, to porywający, zgrany w stu procentach na żywo miks nu-disco, house’u i dance punku, który wybiera głębszą relację z słuchaczem. Na finiszu trasy koncertowej rozmawiamy o buncie przeciwko współczesnemu marazmowi, literackich inspiracjach i sile nudy, z której rodzi się najlepsza muzyka.

Jesteście świeżo po premierze Waszego nowego albumu „Post funk”. Olga w jednym z wywiadów powiedziałaś: „Jest duża szansa, że ten krążek nie spodoba Ci się za pierwszym razem”. W czasach, gdy muzyka walczy o uwagę w pierwszych sekundach, to dość ryzykowna deklaracja. Skąd u Was gotowość, by nie zabiegać o natychmiastową sympatię słuchacza?

Olga: Faktem jest, że nie tworzymy muzyki, która mogłaby zasilić pierwsze dziesiątki topowych stacji radiowych w Polsce. Teksty nie są lekkie, noszą pewien ciężar, sama muzyka jest taneczna, potupiesz do niej nóżką, ale jednocześnie lekko uniesiesz brew wsłuchując się w tekst. Myślę, że te utwory skrywają w sobie wiele więcej, niż można usłyszeć przy pierwszym odsłuchu. Jeśli ktoś wróci do tej płyty drugi czy trzeci raz i znajdzie w niej coś nowego, to dla nas znaczy więcej niż jednorazowy zachwyt. W czasach, w których wiele rzeczy walczy o uwagę przez kilka pierwszych sekund, my wierzymy w powolne odkrywanie bardziej, niż w pierwsze wrażenie. Staramy się, żeby nasze utwory mogły zostać ze słuchaczem na dłużej i odsłaniać kolejne oblicza.

Muzycznie „Post-Funk” to niesamowicie energetyczny, taneczny miks nu-disco i house’u. Z kolei w tekstach dotykacie bardzo samotnych, współczesnych tematów: przebodźcowania, algorytmów i ucieczki przed samym sobą. Skąd pomysł, by zapraszać ludzi do tańca przy piosenkach o lękach cyfrowego świata? Czy ten kontrast to Wasz sposób na odczarowanie samotności?

Arek: Na pewno jest w tym chęć pocieszenia słuchaczy pląsatym rytmem, który dla nas jest czystą radością. Mimo wszystko chcemy dawać ludziom nadzieję. Gdyby tym tekstom towarzyszyła przygnębiająca muzyka, byłoby to dla nas zbyt oczywiste i mniej porywające. Od zawsze lubiłem utwory, które przełamują brzmienie pozornie niepasującym tekstem, który w pewien dziwaczny sposób działa idealnie. Ten zabieg był szczególnie popularny wśród zespołów alternatywnych lat zerowych i dziesiątych, którymi się inspirujemy. Czy Pumped Up Kicks Foster the People stałoby się takim hymnem, gdyby słowa były tak wesołe jak słynna melodia? To właśnie napięcie między muzyką i tekstem, które wydają się sprzeczne, wywołuje u mnie dreszcz ekscytacji, którego szukam w piosenkach. 

Mówicie wprost, że na polskiej scenie brakuje ambitnego disco granego w stu procentach na żywo. Musieliście przecierać jakieś szlaki, żeby otwarcie mówić „gramy disco”?

A: Disco to kluczowy element naszego brzmienia, ale zmieszaliśmy je z bardziej agresywnym dance punkiem, przyprawiając to elektroniką, soulem i indie rockiem. Sporządzanie tej mikstury zajęło nam lata eksperymentowania z przeróżnymi gatunkami, błądzenia i sprawdzania, w czym czujemy się najlepiej. To, co znaleźliśmy, nazywamy post-funkiem, ale nie przetarliśmy zupełnie nowego szlaku. Jak się okazało, ta etykieta funkcjonuje już na pewnym portalu muzycznym, przyklejona do Talking Heads i LCD Soundsystem. Tak się składa, że to jedne z najważniejszych inspiracji Madame Affair, więc cieszymy się, że możemy być polskimi spadkobiercami post-funku. 

Arek, wspomniałeś kiedyś, że ta płyta to „bunt przeciwko wygodnej melancholii”. Dlaczego według Was melancholia stała się dzisiaj dla naszego pokolenia tak wygodna?

A: Wydaje mi się, że ten stan wybacza bezczynność. Można zamknąć się na długie lata w swojej bezpiecznej rutynie, która może nie dawać szczęścia, ale przynajmniej jest komfortowa. Nic nie służy temu lepiej niż internet – niewyczerpane źródło treści, które algorytm dobierze tak, aby współgrały z naszym sposobem myślenia. Ta nieskończoność kontentu wpędza nas w pewien rodzaj współczesnego marazmu. Skoro mamy tyle rozrywki na wyciągnięcie ręki, nie musimy myśleć, czym zająć sobie czas. Nuda stała się stanem zaskakująco trudnym do osiągnięcia, a według mnie jest bardzo potrzebna, bo to z niej często rodzi się kreatywność lub chęć spędzenia czasu z ludźmi. Zamiast się nudzić, izolujemy się na wyspach własnych algorytmów, które z przerażającą trafnością podsuwają nam kolejne materiały.

Na Waszej płycie moją uwagę przykuły tytuły takie jak „La Menterie” czy „Bowaryzm”, czyli pojęcia związane z iluzją i wiecznym niezadowoleniem z rzeczywistości. Skąd wzięły się te literackie tropy i fascynacja iluzją? Czy pod warstwą tanecznych brzmień kryje się bardziej romantyczna niż imprezowa opowieść?

A: Literatura to niezawodne źródło inspiracji, a Madame Bovary Flaubert’a to powieść, do której nawiązuje nasza nazwa. Czytałem ją w 2020 roku, kiedy zakładaliśmy Madame Affair, i już jedna z pierwszych niewydanych nigdy piosenek nazywała się Emma (główna bohaterka). Pani Bovary żyje we mnie od lat, bo to niesamowicie aktualna historia. Pierwotnie bowaryzm to poczucie permanentnej frustracji wynikające z bolesnego rozdźwięku między szarą rzeczywistością a wyidealizowanym światem literackiej fantazji. Dzisiaj tę zniekształconą wizję kreuje internet i kultura masowa. Należymy do pokolenia wychowanego na amerykańskich serialach dla nastolatków. Potem dostaliśmy telefony i przytłaczającą ilość pięknych, błyszczących wizji życia w dostatku, które obserwujemy przez wąskie okno social mediów. Romantyzm tej płyty leży w jej buntowniczych zapędach. Nie chcę zabrzmieć zbyt górnolotnie, więc ograniczę się do znanego mi świata muzyki. W teorii internet wyrównał szanse, bo więcej osób może pozwolić sobie na nagrywanie muzyki. Skutek jest jednak taki, że ilość wydawanych utworów jest olbrzymia i przekracza zapotrzebowanie rynku. Żeby wyłonić się z tłumu, potrzebny jest więc budżet, bo jak wiemy, nie wygrywają najlepsze piosenki, tylko te najlepiej wypromowane. Niby każdy może promować swoją muzykę w social mediach, a jednak reprezentacja klasy niższej w mainstreamie maleje. Nie mówię, że absolwenci prestiżowych szkół mają mniej do powiedzenia. Po prostu marzę o tym, by mniej uprzywilejowani artyści odzyskali swój głos. 

Fot. Jan Kucharczyk

 

Praca nad „Post-Funkiem” trwała ponad rok i podobno regularnie wywracaliście ten materiał do góry nogami, czasem kasując całe tygodnie pracy. Który numer z płyty okazał się największym koszmarem w studiu i zmienił się tak bardzo, że o mało nie wylądował w koszu? 

Szymon: Przez ostatni rok faktycznie, skupiliśmy się w dużym stopniu na jak najbardziej satysfakcjonującym dopracowaniu materiału, który chcieliśmy umieścić na płycie. W trakcie jednej z prób musieliśmy podjąć ważną decyzję i zdecydować, który ze szkiców muzycznych, nad którymi pracowaliśmy, znajdzie swoje miejsce na naszym debiucie, a który niezbyt do niego pasuje. Podczas sześciu lat tworzenia muzyki często romansowaliśmy z gatunkami innymi niż funk i nu-disco, dlatego selekcja utworów, które ostatecznie znalazły się na płycie, była spora. Na szczęście skończyło się tylko na wywracaniu materiału na wszelkie możliwe strony. Wciąż pamiętamy o utworach powstałych podczas tworzenia albumu, które nie znalazły na nim swojego miejsca. Są to kompozycje, do których chętnie wrócimy, aby zrobić coś, co lubimy najbardziej – przearanżować je po raz kolejny. Takim sposobem może znajdą one miejsce na naszym następnym wydawnictwie. Wracając jednak do albumowych utworów i procesu ich nagrywania, z ulgą możemy stwierdzić, że żaden z nich nie okazał się studyjnym koszmarem. Ciekawym przypadkiem jest Orlando. Skleiliśmy ten kawałek z motywów, które powstawały w zupełnie innym czasie. Bridge ma 4 lata, motyw zwrotkowy 2 lata, refrenowy rok, ale struktura i tekst powstały krótko przed wejściem do studia, gdzie mieliśmy zamysł, w którą stronę chcemy iść, ale bez pewności, jak to zrobimy. Efekty przerosły nasze oczekiwania i bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Niektóre riffy potrzebują lat, by trafić do właściwej piosenki!

Na „Post-Funku” jest sporo tematów związanych z iluzją, samotnością i próbą odnalezienia siebie. Czy był tekst albo utwór, przy którym poczuliście, że odsłaniacie się bardziej niż zwykle?

A: Zazwyczaj nasze teksty nie mówią tylko o nas. Są raczej wypadkową tego, co czujemy, i naszych obserwacji. Staramy się szukać emocji, które czuje grupa. Zdarzają się oczywiście utwory, które są przy tym bardzo osobiste. Orlando odsłania spadek poczucia własnej wartości i kryzys wiary w siebie. Nieznośna rozpamiętuje złe decyzje sprzed lat i żałuje, że nie poszła inną drogą. Dream Team z kolei opowiada o ciemnych stronach przyjaźni, która też boli, a czasem znika na zawsze, zostawiając puste miejsce. Trudne było też przyznanie się do zazdrości, która pojawia się w wielu utworach na tej płycie. To wyjątkowo nielubiana i skrywana emocja, chociaż przenika tak wiele aspektów współczesnego świata. 

Gdybyście mieli stworzyć idealny scenariusz na to, jak, gdzie i w jakich okolicznościach ktoś powinien po raz pierwszy odpalić „Post-Funk” od deski do deski, jak wyglądałaby ta scena?

Sz: Pierwszym scenariuszem, który przychodzi nam do głowy jako kontakt z naszą muzyką byłby parkiet na domówce. Wyobrażamy sobie następującą scenę… Po ciężkim dniu zdalnej pracy przepełnionej nałogowym scrollowaniem insta otrzymujesz powiadomienie z zaproszeniem na domówkę. Średnio masz ochotę na nią iść, bo twój poziom przebodźcowania jest już wystarczająco wysoki. Ostatecznie decydujesz się, zachęcony możliwością odreagowania zbyt długiego tygodnia. Znajdujesz się już na imprezie i słyszysz klasyczną selekcję muzyki twojego kumpla trendsettera z wygórowanym gustem muzycznym – Parcels, Daft Punk i L’Impératrice. Nagle jednak w kolejce znajduje się coś, co Cię zaskakuje… Beat perkusyjny, z którego wyłania się riff, który sprawia, że chce Ci się tańczyć. Zaciekawiony pytasz swojego kumpla, co to takiego. Tytułowy numer z płyty Post-Funk Madame Affair – odpowiada. Uderza Cię bas otwierający W Twoich Rękach i słyszysz tekst, który rezonuje z tobą bardziej niż zwykle, wyraża coś, o czym myślałeś już od dłuższego czasu. Wyciszasz telefon i udajesz się na parkiet. 

Płyta poszła w świat, machina ruszyła. Jakie są Wasze najbliższe plany i czego, poza pełnymi klubami oczywiście, najbardziej Wam teraz życzyć?

O: W tym momencie jesteśmy na finiszu trasy koncertowej. Nie zwalniamy jednak tempa i już planujemy jesienne koncerty oraz kolejne działania. Jeśli mielibyśmy czegoś sobie życzyć, to odpoczynku i nudy, w których moglibyśmy zabrać się za pisanie drugiej płyty. To właśnie wtedy, gdy choć na chwilę odcinamy się od pracy i miejskich bodźców, wpadamy na najlepsze pomysły. Będziemy też prowadzić wakacyjną autorską audycję w Radiu Afera, w której podzielimy się naszą ulubioną muzyką minionej dekady. Nostalgia Lat Dziesiątych będzie we wtorki o 20:00! Zapraszamy też wszystkich czytelników do obserwowania naszych profili, gdzie pojawiają się informacje o koncertach.