Co robi Poznań w Michigan? Pyry, bimber i polscy drwale w Ameryce

Lifestyle
26 sie 2026
Dominika Majewska

Wpisujesz w Google Maps „Posen” i zamiast Starego Rynku wyskakuje mapa stanu Michigan. Las, pola, jezioro Huron gdzieś na horyzoncie. Pośrodku tego wszystkiego maleńka wioska licząca dziś nieco ponad 270 mieszkańców. Jeden kościół i mały przydrożny bar z jedzeniem, w którym znają się wszyscy. Na tablicy przy wjeździe widnieje prosty napis: Posen. Nie jest to błąd, takie miejsce naprawdę istnieje w Stanach Zjednoczonych. Nazwano je Posenem, czyli Poznaniem, i od ponad 150 lat robi wszystko, żeby być godne tej nazwy.

Wszystko zaczęło się w 1870 roku, gdy w zaborze pruskim nasilała się germanizacja, a polska ziemia coraz częściej trafiała w ręce niemieckich kolonistów. Do wiosek w okolicach Poznania docierały listy od tych, którym udało się już dopłynąć do Ameryki. Są pełne zachwytu. Napisane jest w nich o ziemiach bez końca i o tym, że człowiek może tu sam decydować o swoim losie. Jeden drobny szczegół jest w tych listach jednak nieobecny. Mianowicie fakt, że ziemia w północnym Michigan jest gęsto pokryta kamieniami i głazami, których usunięcie z pól zajmuje tygodnie ciężkiej pracy. Nowi przybysze przekonywali się o tym już na miejscu, kiedy powrót do Polski był praktycznie niemożliwy. I właśnie wtedy ktoś zauważa, że na tej skalistej glebie jest w stanie wyrosnąć jedno – ziemniak. Historia Posen zaczyna się od pyry i przez następne dekady od niej nie odchodzi.

Pierwsi osadnicy przyszli tu jako robotnicy do wyrębu lasów, które zasilały rozrastające się amerykańskie wschodnie wybrzeże. Kiedy drzewa się skończyły, obozy drwali zlikwidowano, ale część osadników zdecydowała się zostać na stałe. Budowali domy, stodoły i powoli tworzyli zżytą społeczność. Niezwykle ważną rolę w podtrzymywaniu ducha odgrywał jezuita, ojciec Szulak, który od 1874 roku odwiedzał Posen dwa razy w roku. W 1879 roku stanął tu pierwszy kościół pod wezwaniem świętego Kazimierza, patrona Polski. T Do 1875 roku Posen miał własny urząd pocztowy. Z czasem doprowadzono kolej i zatrudniono telegrafistę. W 1907 roku miejscowość uzyskała oficjalny status wsi. I tak, krok po kroku, w środku lasu wyrósł kawałek Wielkopolski.

Nie samym kościołem i ziemniakiem żył jednak Posen. Życie gospodarcze okolicy tętniło również wokół rzeki Thunder Bay, gdzie do dziś stoi zabytkowy Elowsky Grist Mill. Jego założyciel, Michael Elowsky, po przyjeździe z Europy i wyuczeniu się fachu młynarza, osiedlił się niedaleko Posen. Z czasem powstał tam spory kompleks produkcyjny. Mielono mąkę, cięto gonty, strugano deski, a okoliczni farmerzy z Posen, Metz i Krakow (będącego zresztą kolejną typowo polską osadą w najbliższym sąsiedztwie) przyjeżdżali z ziarnem i drewnem. Największy przełom nastąpił na początku XX wieku, gdy syn Michaela – Emil, zapoznał się z Thomasem Edisonem i wspólnie z nim zbudowali wodny generator i zainstalowali w młynie światło. Oświetlenie elektryczne rozwiązało poważny problem: przy mieleniu zboża unosi się wybuchowy pył, przez co zwykłe lampy olejowe stanowiły śmiertelne zagrożenie. Dzięki elektryczności młyn mógł bezpiecznie pracować całą dobę i stał się pierwszym obiektem z własnym prądem w całym hrabstwie Presque Isle, wyprzedzając okoliczne miasta o dobre kilkanaście lat. Elowsky Grist Mill pracował aż do października 1963 roku, po czym przez lata stał opuszczony. Niszczał, aż pojawił się pomysł, żeby Ford Museum wykupiło go i przewiozło do Detroit. W końcu kupił go i wyremontował lokalny mieszkaniec, który postanowił, że historia młyna zostanie w Posen, a nie wyjedzie stąd do muzeum w innym mieście. Dziś to Hemlock Hills on Mill Pond – miejsce na imprezy, wakacyjne noclegi i letnie wycieczki z przewodnikiem, gdzie stary sprzęt młyński stoi na swoim miejscu, jakby czas się zatrzymał.

Losy osady nie zawsze były jednak spokojne, a całą historię Posen mógł przedwcześnie zakończyć jeden tragiczny dzień. 15 października 1908 roku, wczesnym rankiem, po długiej suszy i przy silnym wietrze, niedaleko Posen wybuchł wielki pożar lasu. Suche sosny paliły się jak zapałki. W ciągu kilku godzin ogień przeszedł 55 kilometrów i dotarł do jeziora Huron, trawiąc po drodze wioskę Metz, oddaloną zaledwie 8 kilometrów od Posen. Kolej Detroit & Mackinac wysłała na miejsce pociąg ratunkowy, który miał ewakuować ludzi. Wsiadło do niego około czterdziestu mieszkańców – głównie kobiety z małymi dziećmi, podczas gdy mężczyźni zostali na miejscu, by walczyć z żywiołem. Pociąg ruszył w stronę bezpiecznego Posen, ale 3 kilometry od Metz, tory były już otoczone płonącymi stosami drewna. Żar okazał się tak potężny, że stalowe szyny wygięły się, a pociąg wykoleił. Wagon, w którym schroniły się kobiety z dziećmi, zamienił się w śmiertelną pułapkę. Szesnaście osób zginęło w płomieniach, w tym dziewięcioro dzieci. Łącznie pożar pochłonął wtedy 37 ofiar, a ponad 700 ludzi zostało bez dachu nad głową. Posen ucierpiał bardzo mocno. Miejscowy ksiądz zgłaszał, że z 350 rodzin w jego parafii zostało bez niczego. Wieś jednak nie zniknęła z mapy, zdołała się własnymi siłami odbudować, a niedaleko Posen do dziś stoi Metz Fire Trailside Historical Park z tablicą upamiętniającą tamtą katastrofę.

W historii Posen nie brakuje też opowieści zdecydowanie bardziej awanturniczych i pełnych humoru, jak choćby te z szalonych lat dwudziestych XX wieku, gdy w Stanach Zjednoczonych nastała era prohibicji, a produkcja i handel alkoholem stały się nielegalne. Posen zyskało wtedy w całym regionie słynny przydomek „Moonshine Center”, czyli Centrum Bimbrownictwa. Polscy rolnicy, którzy od pokoleń znali domowe sposoby na przetwarzanie ziemniaków, szybko odkryli, że nielegalna produkcja alkoholu to nie tylko podtrzymanie tradycji, ale i świetny zarobek. Funkcjonariusze federalni tropiący nielegalne destylarnie odwiedzali Posen wielokrotnie, ale najczęściej wracali do miast z niczym, bo sąsiedzka współpraca i solidarność działały bez zarzutu. Dziś nikt już w Posen oficjalnie bimbru nie produkuje, ale pamięć o tamtych czasach wciąż żyje przy biesiadnych stołach.

Z ziemniaka, który dawniej trafiał głównie do bimbru i na talerze, narodziła się też zupełnie inna tradycja, będąca dziś wizytówką regionu. W każdy pierwszy weekend po amerykańskim Święcie Pracy, przypadającym na początku września, ta cicha na co dzień miejscowość przeżywa prawdziwy najazd gości. Przez trzy festiwalowe dni przez Posen przewija się kilkadziesiąt tysięcy turystów z całego świata. Posen Potato Festival odbywa się nieprzerwanie od 1952 roku i jest największym wydarzeniem w całym północno-wschodnim Michigan. Zaczęło się skromnie. Rolnicy po żniwach ziemniaczanych zbierali się, żeby porozmawiać o zbiorach i cenach na nadchodzący sezon, ktoś przyniósł akordeon, ktoś kiełbasę a jeszcze ktoś inny słynny bimber. Rok po roku te spotkania rosły, aż zmieniły się w dzisiejszy festiwal.

W piątek wieczorem zaczyna grać polka – zespół wchodzi na scenę w pawilonie w centrum miasteczka i porywa tłumy do tańca do późnych godzin nocnych. W sobotę odbywa się degustacja placków ziemniaczanych, do której kolejki nie maleją od rana do wieczora. Swoje stoiska prowadzą weterani wojenni, Rycerze Kolumba i miejscowe koła gospodyń. To również jedyny moment w roku, aby od środka zwiedzić odrestaurowany Elowsky Grist Mill, otwierany specjalnie na czas festiwalu. W niedzielę przez główną ulicę przechodzi parada, w której bierze udział wybrana wcześniej Miss Posen. Ten uroczysty dzień otwiera jednak inne unikalne wydarzenie – Polka Mass w kościele świętego Kazimierza. To uroczysta msza święta śpiewana z polską muzyką ludową, gdzie akordeon gra do łacińskich modlitw.

Festiwal we wrześniu to jednak nie jedyna okazja, żeby w Posen zatańczyć polkę. Co roku, na przełomie lutego i marca, miejscowa Izba Handlowa organizuje Zapusty Dinner Dance – wieczór, który nawiązuje wprost do polskich ostatków przed Wielkim Postem. W sali wiejskiej od zmierzchu przygrywa zaproszona kapela, podaje się kolację, a dochód z biletów co roku idzie na remont tego samego Polka Pavilion, który kilka miesięcy później przyjmie tysiące gości podczas Potato Festival. To właśnie w trakcie tych hucznych imprez najlepiej widać, jak silne więzi łączą Posen z Poznaniem.

Pięknym tego dowodem było spotkanie z 9 września 2001 roku, kiedy to przy wjeździe do miasteczka stanęli ramię w ramię tutejsi mieszkańcy oraz oficjalna delegacja z Wielkopolski. Wspólnie odsłonili kamienną tablicę, ufundowaną przez Gazetę Wyborczą, z napisem po angielsku i po polsku: „Dla upamiętnienia naszych wspólnych przodków, którzy w 1870 roku wyruszyli z okolic miasta Poznań w Polsce i założyli tę miejscowość w Nowym Świecie.” Tablica jest wpisana do rejestru Michigan Historical Commission. Fotografują się przy niej turyści, ale przede wszystkim osoby, których pradziadkowie przepłynęli Atlantyk i wylądowali w lesie pełnym kamieni.

Ta więź nie jest tylko symboliczna. Według spisu z 2010 roku 78,8 procent mieszkańców wsi podawało polskie pochodzenie, a w całej gminie wiejskiej odsetek wynosił 65,4 procent. Od przyjazdu pierwszych imigrantów minęło już ponad pięć pokoleń, a większość mieszkańców wciąż mówiła o sobie: jestem Polakiem. To nie jest tożsamość na pokaz dla turystów. Co najważniejsze, nie ma w tym komercji czy marketingu pod publiczkę. W Posen próżno szukać kiczowatych sklepików z pamiątkami, plastikowych orzełków czy patriotycznych koszulek. Polskie korzenie widać w nazwiskach na skrzynkach pocztowych: Nowicki, Styma, Smigelski, Kloskowski, Zakshesky. Widać je w zapachach unoszących się z domowych kuchni, modlitwie i w tańcu. Kiedy na na festiwalu gra akordeon, starsi wstają od razu, bo to po prostu ich muzyka i życie. Kościół świętego Kazimierza działa nieprzerwanie od 1879 roku. Budynek jest inny niż ten pierwszy, z bali, ale parafia ta sama. Co roku w niedzielę festiwalową przychodzą tam te same rodziny, żeby zaśpiewać to, co śpiewali ich dziadkowie.

I trudno się nie zastanawiać: jak to możliwe, że wioska mniejsza niż niejedno osiedle w Poznaniu wciąż ma w sobie tyle polskości? Jak to się stało, że nie zniszczył jej pożar, nie złamała prohibicja i nie rozmył czas? Odpowiedź jest prawdopodobnie prostsza, niż się wydaje. Polacy, którzy przyjechali tu półtora wieku temu, nie chcieli stać się Amerykanami. Chcieli wreszcie być Polakami – na własnej ziemi, z własnym języku, we własnej świątyni.

I tego im nikt nie zabrał. Posen, Michigan, w środku zostało jak najbardziej nasze.