fot. Freshmag

Między klasztorem a drum’n’bassem – wywiad z Fraterem i Mrokasem

Frater x Mrokas
16 paź 2026
Karolina Sierszulska, Dawid Balcerek

Frater, znany również jako Voitek Noir, czyli Wojtek Błachowiak OP, przyjechał w swoje rodzinne strony — do Poznania. Dominikanin na co dzień mieszka w Krakowie, więc złapaliśmy się przelotem. Współpracuje z Mrokasem, przed nimi wydanie płyty. Nagrywa też sam, łącząc drum’n’bass z duchowym przekazem. Dzieli się tym na swoim Instagramie. Spotkaliśmy się w czwórkę w kawiarni: Frater, Mrokas, ja i Dawid, który był moim suportem – zrobił wstęp, z którego wyszła niezła rozmowa. Ja ją domknęłam, siedząc z chłopakami na ławce przy ulicy Garncarskiej, po zdjęciach w Vinylgate Recordstore.

Karolina: Muszę zacząć od tego, czym w ogóle jest drum’n’bass? Jakbyście mogli wytłumaczyć i opowiedzieć więcej totalnie zielonej osobie, jak ja?

Frater: To jest gatunek muzyczny, który pochodzi z Anglii. Jest rozwinięciem muzyki jungle, która z kolei czerpie z brzmień jamajskich, soundsystemowych. Muzyka ta ma kilka elementów charakterystycznych. Po pierwsze — szybkie tempo. Po drugie — połamany rytm. Nie taki równy, miarowy, cztery na cztery, tylko bardziej synkopowany, skoczny. Znana jest też z tego, że dużą rolę pełni linia basu. Perkusja bazuje często na nagraniach funkowych, które są jakoś pocięte, często przyspieszone. I to jest muzyka robiona głównie z myślą o klubach.

Mrokas: Ja się wywodzę ze środowiska rapowego. Moje wcześniejsze albumy zawsze były hip-hopowe, rapowe. Niektórzy moi słuchacze łapią drum’n’bass, bo to coś nowego. Inni nie. Na świecie ludzie znają i lubią ten gatunek. Ale w Polsce nie. Tutaj tego po prostu nie ma.

Dawid: Wojtek, to cofnijmy się teraz do 2011 roku, kiedy razem z Tasem wydaliście płytę. Rok, czy dwa lata później kolejną. Byliście na fali. Do tego IDA World DJ Championships, wicemistrzostwo, potem Mistrzostwo Polski. Czemu to się zatrzymało? Co było powodem?

F: Nasze drogi się rozeszły. Hubert wyjechał do Szczecina, ja do Londynu. Mnie zawsze interesowały nowości elektroniczne, Wielka Brytania, a Hubert szedł w klasyczną stronę, np. boom bap, producenci nowojorscy, bity ninetiesowe. Muzycznie i życiowo to nam się rozjechało. Miałem wówczas potrzebę wyjścia ze swojej strefy komfortu i poszedłem za tym. Wyjechałem i to sporo zmieniło. W Anglii musiałem wszystko zbudować od zera. To było bardzo trudne, ale nie żałuję tego.

D: W Londynie też działałeś z DJ-ką?

F: Tak, trochę grałem, ale konkurencja była ogromna. Tam trzeba się przebić, „stać na rękach”, znać odpowiednich ludzi. Sama gra nie wystarczy. Nie miałem i do tej pory nie mam takiej siły przebicia, żeby się przepychać łokciami. Ale bywały okazje, to tu, to tam zagrałem. Pojawienie się anonimowego człowieka, jeszcze z Polski — to nie było łatwe. Pamiętam jak kilkukrotnie starałem się o pracę i często było tak, że wybierali ludzi stamtąd. Doświadczyłem tego, że nie jestem u siebie.

D: Nie wiedziałem, że byłeś w Londynie. A teraz mam już odpowiedź na to, skąd zajawka na drumy.

F: Stamtąd. Jak byłem pierwszy raz w Londynie jako nastolatek, to poszedłem do sklepu z płytami. Przeglądałem je i wyjąłem chyba High Contrast. Puściłem piosenkę „Racing Green”, taki singiel. Powiedziałem wtedy: „Ale to jest dobre”. To mnie wkręciło, te liquidy (bardziej melodyjny podgatunek drum’n’bassu — przyp. red). Bo u nas w Empiku były płyty, ale nie sądzę, że jakiekolwiek drum’n’bassy.

D: A to właśnie tam zainteresowałeś się produkcją?

F: Nie, już wcześniej. Nie planowałem tego robić. Gdy rozeszliśmy się z Tasem, to chciałem sam się tego nauczyć. Interesowała mnie produkcja, ale nie w sposób DJ-ski. Bardziej winyle, jakieś loopery i to mi zostało do dziś. Nie klikanie myszką, tylko manualny kontakt, hardware.

D: Masz nadal te analogowe „graty”?

F: Kilka mam, nie za wiele. Chociaż trochę się nazbierało przez te 20 lat, nie ukrywam. (śmiech)

D: I co dalej? Wróciłeś z całym muzycznym bagażem doświadczeń z Wielkiej Brytanii. W Polsce zgadałeś się z Mrokasem – jak do tego doszło?

M: No, taki mały skok. Wcześniej był cykl imprez. Neo Soul Hip Hop, Jam Session, Live Session, z różnymi muzykami. W rozmowie z Wojtkiem wyszło, że fajnie byłoby, gdyby ktoś robił drum’n’bass. A nikt z moich znajomych wtedy tego nie tworzył. Wszyscy szli w trap i autotune. I Wojtas mówi: „No ja mam trochę drum’n’bassu”. No i zaczął mi wysyłać te drum’n’bassy. Ale nie wysłał paczki pięciu, tylko: „Zrób jeden, dostaniesz drugi” (śmiech). Właściwie on już miał gotowy prawie cały album producencki. Potem to wydaliśmy, ale nie mieliśmy na to do końca pomysłu. Zagraliśmy jeden koncert. Później, przez to, że u mnie dużo się działo prywatnie, długo się nie widzieliśmy.

F: Co ciekawe, oba projekty, o których rozmawiamy, czyli projekt z Tasem i projekt z Mrokasem, łączy to, że pierwsze koncerty odbyły się w salkach parafialnych. Z Tasem pierwszy koncert graliśmy w salce parafialnej w Kicinie, a z Mrokasem w salce parafialnej w Poznaniu na Winiarach w trakcie pandemii Covid-19. Uważam, że w obu tych projektach, które zaczęły się w tak wyjątkowy sposób, udało się coś zdziałać.

D: A jak się poznaliście?

M: Znaliśmy się z widzenia, z rapowych eventów, ale byliśmy tylko na „cześć”. Pamiętam, jak kiedyś Wojtas, gdy był jeszcze ministrantem, przyszedł do mnie na kolędę.

F: Tak! (śmiech) Byliśmy z tego samego osiedla i tak się złożyło. Ale słuchałem też tego, co nagrywał Mrokas, jak byłem młodszy. Od początku był respekt.

D: No i co teraz robicie razem? Drugą płytę, tak?

M: Tak, ale z perturbacjami. Zaczęliśmy dwa lata temu, już prawie trzy. I w pewnym momencie Wojtek powiedział, że zamyka się na rok w samotni na Służewie i wstępuje do zakonu. I ja mówię: „No i co?”.

F: No i to trochę namieszało, bo byliśmy wtedy prawie na finiszu. Tak nam się wydawało. Pamiętam, jak jechałem do Warszawy na obłóczyny (przyjmowanie habitu — przyp. red.), to jeszcze w pociągu wysyłałem im projekty, żeby mogli to skończyć.

M: Przez rok działaliśmy z Jacolem (Jacek Pohl, poznański beat maker i muzyk — przyp. red.), a potem Wojtas wrócił i wszystko wywrócił do góry nogami. Załamałem się trochę, bo to już tak długo trwało. Numery były stare, więc powiedziałem do Wojtka: „Musimy stworzyć coś nowego”. Powstały wtedy cztery najfajniejsze numery.

F: Ja pomiędzy tym zacząłem robić rzeczy pod szyldem Frater. Jaką muzę będzie robił teraz gościu, który jest zakonnikiem i mieszka w klasztorze? Po roku nierobienia zacząłem działać. Wiedziałem, że się zmieniłem jako człowiek, więc byłem ciekawy, jak to wpłynie na muzykę. I wpłynęło bardzo! Przestałem się przejmować opinią innych i to się słyszało w tych kawałkach. Teraz chodzi mi po głowie pomysł, żeby wypuścić materiał producencki z różnymi gośćmi. Rozbudować to, co wrzucałem do Internetu w postaci rolek. Przede wszystkim jednak zależałoby mi, żeby to nie było tylko skierowane tylko do katolików. Raczej do chrześcijan, ale też ludzi poszukujących i wszystkich tych, którzy mają życiowe lub filozoficzne rozkminy. Nawet jeśli ktoś nie jest katolikiem i nie chodzi do kościoła, może to do niego trafić, bo opowiada o poszukiwaniu, bardziej filozoficznie, niż teologicznie. Wiadomo, są odpowiedzi bardziej katechizmowe, których mógłbym udzielić. Ale one nie zawsze przemówią do ludzi, którzy poszukują. Oni chcą sami ich szukać, nie chcą gotowych rozwiązań.

K: Wojtek, opowiedziałeś nieco o tym, jak to było gdy wstąpiłeś do zakonu i że mniej więcej wtedy pojawił się Frater. Chciałam Cię zapytać o Twoich braci i ich reakcje? Czy Cię wspierają? Co myślą?

F: Odbiór jest różny, czasem pojawiają się głosy krytyczne. Większość ma swój świat i sprawy albo po prostu nie słucha takiej muzyki. Jest też garstka braci, którzy są fanami. Wspierają, pytają, oglądają i przesyłają ludziom dalej. Czuję, że im się to podoba, że to rozumieją i jakoś z tym identyfikują. To dla mnie bardzo ważne. Daje mi to potwierdzenie, że są tacy, którzy widzą w tym sens. Tym bardziej, że są to osoby, które mnie samego inspirują, jak np. Krzysztof Pałys OP czy Tomasz Gałuszka OP. Zauważyłem, że ojcowie, którzy sami tworzą, piszą, nagrywają, są twórczy, oni bardziej rozumieją i doceniają, to co robię.

K: Na koniec chciałam Was jeszcze zapytać o plany, może marzenia?

F: Marzenie? Żeby ludzie w Polsce bardziej skumali drum’n’bass.

M: Tak, ja też chyba się pod tym podpisuję.

F: Powoli oswajam, oswajam. Naprawdę mam nadzieję, że kiedyś ludzie po prostu przyjdą i powiedzą, jak ta siostra zakonna na jednym z eventów: „Ja nie słucham takiej muzyki, jaką brat tworzy. Nie rozumiem, nie lubię, ale gdy patrzę, jak brat się dobrze bawi, to mi też się ten humor, energia udziela. Podoba mi się to”. Wtedy stwierdziłem, że nawet jeśli ludzie nie słuchają drum’n’bassu, to jeśli ja będę miał z tego fun, to jest szansa, że inni też będą mieli. I tego się trzymam.

Dzisiaj ukazał się najnowszy singiel duetu pt. ,,Wolność 2.0″.
F:
Muzycznie to downtempo inspirowane artystami, których bardzo cenię, m.in. DJ Shadowem i Bonobo. Melodią wracamy do „Wolności”, którą Mrokas wydał przed laty w ramach projektu Mrok nad Miastem. Mam do tego numeru duży sentyment. W numerze usłyszycie też fragment kazania o. @krzysztof_palys_op To dla mnie ważny utwór i cieszę się, że wreszcie oddajemy go w Wasze ręce.