fot. Sylwia Klaczyńska

Subkultura i fryzjerstwo męskie. Adam Szulc – barber i muzyk

Adam Szulc
29 paź 2024
Michał Krupski

Adam Szulc to fryzjer z wieloletnim doświadczeniem i właściciel barbershopu Adam Szulc Barber, zwanego również Jamą na Ratajach – to postać powszechnie już znana w Poznaniu. Strzyże zarówno osoby w kryzysie bezdomności, jak i te z okładek gazet. Szulc jest też mocno związany z poznańską muzyką niezależną i członkiem hardcore’owego zespołu Cymeon X. Śmiało można o nim powiedzieć – człowiek instytucja. Słychać od niego pasję i oddanie swojemu zawodowi, ale też dużo rozsądku. Zapraszamy do rozmowy o rodzinie, muzyce, fryzjerstwie męskim, akcjach charytatywnych i wielu innych.

fot. Sylwia Klaczyńska

Szukając wywiadów z Tobą, natrafiałem głównie na gazety branżowe.

Pojawiam się regularnie w „Sukcesie Po Poznańsku”, w każdym numerze, który rozpoczyna kolejną porę roku, gdzie rekomendujemy, sugerujemy i pokazujemy fryzury, a także trochę o nich opowiadamy, oczywiście z przymrużeniem oka, bo nie jesteśmy żadnymi influencerami. Kiedy dziesięć lat temu rozpoczął się cały ten szum związany z nową falą barberingu, byłem co chwilę przepytywany przez mnóstwo mniejszych magazynów, co trwało ok. trzy, cztery lata. Potem było też trochę zamieszania, gdy ukazywały się moje książki. Teraz udzielam wywiadów głównie związanych z branżą.

Dziś w Poznaniu mamy kilkaset miejsc, które specjalizują się w męskich brodach, a także mnóstwo brodaczy, którzy ten rynek ukształtowali. Jak to wyglądało, gdy wchodziłeś w świat fryzjerstwa?

Wchodziłem we fryzjerski rynek dokładnie w ‘86 roku, w zupełnie innym świecie. Rok 1986 to była końcówka złotej ery fryzjerstwa męskiego. I choć było ono już w fazie spadkowej, ludzie nie mieli takiego wrażenia, nikt tego specjalnie nie analizował. Od około trzydziestu lat trwała pewnego rodzaju stagnacja. Panowały wtedy zupełnie inne fryzury. Generalnie w Polsce jest tak, że co dekadę zmienia się fryzura męska i cały styl. W latach 80. obowiązywały trochę dłuższe włosy, ale nie całkiem długie – do ucha czy połowy ucha. Czasem było ucho odkryte. Starsi panowie czesali się jeszcze inaczej. Fryzury bardziej puszyste, z tyłu dłuższe, układane na szczotkę. W latach 90. było kilka popularnych fryzur – hitem było krótkie strzyżenie maszynką, zwłaszcza w drugiej połowie dekady. Wpływ na to miała subkultura blokersów oraz… bieda. Trudne czasy zawsze skłaniają ludzi do krótkiego strzyżenia. Bankrutujące na początku lat 90. duże zakłady przemysłowe w Poznaniu, problem z nieotrzymywaniem emerytur, wysoka inflacja – to wszystko sprawiło, że ludzie strzygli się sami. Strzygliśmy chłopców w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym na „grzybka” do momentu, aż mamy zauważyły, że nie muszą wcale stać w kolejce, umawiać się i płacić za dość drogą dla nich wtedy usługę… i strzygły synów same. Fryzjerstwo męskie popadło w bardzo głęboki marazm. Mieliśmy wtedy dużo mniej klientów niż dziś. Pracowałem wtedy jako młody czeladnik w zakładzie fryzjerskim i obserwowałem to z bliska. W dużym zakładzie mieliśmy czasami jedynie po pięciu, sześciu klientów przez cały dzień. Nie mieliśmy rentowności, nie starczało na utrzymanie ani nas, ani zakładu. W drugiej połowie lat 90. pojawiło się więcej klientów, ale wciąż wielu z nich przychodziło na strzyżenie maszynkami.

Pamiętam, że w ‘95 roku w Jastrowiu, kiedy miałem dziesięć lat, chodziłem obcinać się za cztery złote.

W ‘95 to było już po denominacji. To, co miałeś za 4 zł w małym mieście w Poznaniu kosztowało 9 zł.

Dziś panują zupełnie inne realia.

Tak, zdecydowanie. Ludzie mają więcej pieniędzy, wielu z nich stałą pracę. Na rynek weszło nowe pokolenie. Rok 2014, ten cały boom i nowa fala fryzjerstwa w Polsce sprawiła, że młodzi ludzie między dwudziestką a trzydziestką zainteresowali się tradycyjnym fryzjerstwem męskim, czyli czymś, czego na polskiej mapie nie było przez dobre dwadzieścia lat. Przez cały ten okres nie nauczano fryzjerstwa męskiego. Nikt, poza może takimi dinozaurami, jak ja, nie pracował brzytwą. Generalnie nie pracowało się w sposób tradycyjny. Aż tu nagle pojawili się faceci, którzy chcieli mieć ogarnięte brody, chcieli mieć zrobione fryzury tradycyjne, ale nawet fryzjerzy z dwudziestoletnim stażem tego nie umieli. Ich popisowe fryzury to były krótkie strzyżenia maszynką albo fryzury „na bałagan”, czyli szybkie strzyżenie boków maszynką, a góry degażówkami (fryzjerskimi nożyczkami do cieniowania włosów lub zmniejszania ich objętości, przyp. red.), zwieńczone nałożeniem byle jakiej gumy na górę za cztery, pięć złotych. Gdy się szkolili, chodziło o szybkość i jak największą ilość klientów. Gdy pojawiły się zupełnie inne oczekiwania i moda na proste, tradycyjne fryzury oparte na XIX-wiecznych wzorcach, trzeba było coś wymyślić.

Opowiedz o swojej roli w tych przemianach.

Wszedłem w to od razu, na pierwszej linii, by pomóc w rewitalizacji zawodu. Zacząłem się udzielać i wypowiadać w mediach. Było to dla mnie naturalne, bo zawsze strzygłem w sposób tradycyjny. Pojawiły się setki nowych klientów, których trzeba było gdzieś wcisnąć. Strzygłem w sobotę od godziny czwartej rano do szesnastej. To był szok, ile można było wtedy pracować. Kolejkę w zakładzie miałem zawsze, od rana do wieczora, co sprawiło, że zmieniło się portfolio moich klientów. Część starszych, która nie dawała rady czekać, zrezygnowała, młodsi myśleli – przeciwnie! – że to jest fancy przyjść do fryzjera na piątą rano i czekać cztery, pięć godzin za nową fryzurą. To miało swój klimat i budowało historię, przede wszystkim moją. Mimo że miałem już trzydzieści lat praktyki, to wskoczyłem na pułap bardzo wysokiej rozpoznawalności i stałem się jednym z nielicznych ekspertów od tradycyjnego strzyżenia oraz strzyżenia brody. Wyróżniało mnie solidne branżowe doświadczenie i wykształcenie, ukończone kilka kursów plus nagrody z mistrzostw fryzjerstwa. To wszystko sprawiło, że mogłem wypowiadać się również na tematy obyczajowe, społeczne, historyczne i polityczne związane z fryzjerską branżą. Zahaczałem też o tematy związane z moją subkulturą, fryzury, muzykę, zespół. To się ludziom podobało. Fryzjerstwo to mój lifestyle, obok rodziny – całe moje życie.

fot. Sylwia Klaczyńska

Co najbardziej lubisz we współczesnym fryzjerstwie?

Na pewno to, że fryzury kosztują tyle, ile powinny kosztować, dlatego fryzjer może się skupić spokojnie na swojej pracy, a nie z kimś ciągle ścigać. W naszym zakładzie fryzura wykonana jest od A do Z w sposób perfekcyjny. Podoba mi się jakość dezynfekcji – nie ma porównania do tego, co było w latach 80. Dziś dla każdego klienta mamy nowe żyletki, umyte i zdezynfekowane specjalnymi preparatami narzędzia. Kiedyś goliło się nawet kilka dni jedną żyletką, bo tyle dawała spółdzielnia. Wyobrażasz to sobie w tych popandemicznych czasach? Cenię to, że zawód fryzjera ma odpowiednią estymę. Dzięki udzielaniu wywiadów, propagowaniu idei fryzjerstwa, napisanej przeze mnie książce, mnie i moim kolegom udało się sprawić, że zawód fryzjera jest rozpoznawalny, szanowany i fancy. Używam tego słowa nie bez powodu drugi raz, celowo, bo młodzi ludzie lubią go używać. Kiedy zapytasz ich dziś, kim chcą być, to padają trzy odpowiedzi: youtuber, tatuażysta, a potem barber. Studia są okej, ale wielu ludzi ma po nich problem ze znalezieniem pracy. Coś, co uważasz za pasję, może skończyć się tam, gdzie kończą się pieniądze. Dobry fach w ręku daje szerokie możliwości.

Barberów na rynku jest cała masa. Co sądzisz o jakości ich pracy?

Prawda jest taka, że każdy może być fryzjerem, bo rynek tego nie reguluje. Skutek jest taki, że wielu fryzjerów okrutnie zaniża poziom. W moim zakładzie nie dopuściłbym do strzyżenia kogoś, kto jest przypadkowym fryzjerem. Musisz skończyć szkołę zawodową albo technikum fryzjerskie. Musisz mieć papier i popracować pod moim okiem, wtedy dopiero możemy porozmawiać. Niesiemy brzemię czy też odpowiedzialność za dziesiątki pokoleń i przynajmniej tysiąc lat fryzjerstwa męskiego w Polsce. Bycie barberem to ciężka, prestiżowa i odpowiedzialna praca.

Dlaczego warto zdobyć solidne wykształcenie?

Szkoła zawodowa, nawet najgorsza, uczy jednak szeregu potrzebnych zachowań. Przez 3 lata zdobywasz praktykę i obycie, uczysz się rozumienia tego zawodu od podszewki, nie jako chwilowej zajawki. W szkole zdobywasz dobry fundament, poznajesz proporcje głowy, ważne techniki. Uczysz się także szalenie istotnej sprawy – podejścia do klienta. Zakład fryzjerski to przede wszystkim miejsce, w którym odbywa się praca, gdzie klient jest szanowany i w centrum uwagi. Nie ma czegoś takiego, jak klient-kumpel. Nie o to chodzi, że nie strzygę kolegów, ale w momencie, kiedy siadają na fotelu, musi być między nami ta niewidzialna bariera. Ja jestem usługodawcą, ty jesteś usługobiorcą. Mimo że się znamy, to pewien poziom szacunku należy zachować. Mam wrażenie, że w nowoczesnych barberowniach tego nie ma. Ale czas pokaże, jak będzie się to zmieniać. Wiele zależy od klientów – jeśli będą oczekiwać kultury osobistej, to ją dostaną. Ważny jest także przekaz od nas. Tradycyjne fryzjerstwo to jest mądrość, kultura osobista, szacunek dla klienta i współpracowników. To nie jest kołchoz. Wszyscy mają czuć się dobrze.

Wspominałeś, że jesteś autorem barberskiego programu nauczania. Powiedz o nim, coś więcej.

Z myślą o fryzjerskich adeptach, przygotowałem program trzyletniego nauczania, który wdrożono w Zespole Szkół Odzieżowych w Poznaniu. Wyszkoliliśmy kilkunastu uczniów, a później poprzez egzamin kolejnych kilkunastu. Tym sposobem jest na rynku już kilkadziesiąt osób, które mają papier fryzjera męskiego. To rzecz jasna kropla w morzu, ponieważ tych kompletnie przypadkowych barberów, a także kosmetyczek czy fryzjerów w ogóle, jest dużo więcej. Cała branża beauty jest pełna przypadkowych ludzi, którzy często nie zdają sobie sprawy choćby z tego, jakie choroby zagrażają klientom w ich zakładach. Do ‘88-‘89 roku, kiedy jeszcze się uczyłem, żeby zacząć pracować, trzeba było osiągnąć pewien poziom wykształcenia, mieć papier czeladnika. Żeby wykształcić ucznia, trzeba było mieć papier mistrza. Żeby otworzyć zakład, trzeba było mieć jeszcze więcej. Teraz nie musisz mieć nic. Możesz być fryzjerem, jeśli tylko zechcesz. Prawo jest, jakie jest. To, co możemy zrobić, to postulować pewne rozwiązania, edukować, rozmawiać.

Swoich pracowników wysyłasz na szkolenia, do różnych barbershopów w całej Europie, i to, mimo że są już doświadczonymi barberami.

Ja też jeżdżę po świecie i wciąż się szkolę. W Polsce także podglądam to i owo, jestem na wszystkich możliwych targach. Zastanawia mnie, że w wielu salonach, gdzie strzyże się od dwóch, trzech lat, panuje przekonanie, że nie trzeba już jeździć na targi, że wszystko jest jasne. A tymczasem spotkanie z fryzjerem z innego miasta, takie obycie branżowe dużo daje, a przede wszystkim przeciwdziała wypaleniu zawodowemu, które prędzej czy później dopada każdego. I nagle okazuje się, że nie masz żadnych kolegów barberów, strzyżesz sam, jesteś sam na osiedlu, nie masz z kim porozmawiać, wymienić opinię, poszukać inspiracji. Trzeba się spotykać, rozmawiać z ludźmi, podglądać pracę innych. Nawet, kiedy w swojej pysze myślisz, że są gorsi od ciebie, to i od nich możesz zawsze coś dla siebie wyciągnąć, choćby lekcję, jak nie popełniać ich błędów. Każdy barber jest inny i jest na innym poziomie swojego własnego rozwoju. W naszym zawodzie wszystko jest ważne, on cały czas płynie i nieustannie się zmienia. Najmłodsze pokolenie już nie nosi fryzur z przedziałkiem. Oni nie noszą już bród. Są zalążkiem nowej mody na krótkie fryzury, takie z przełomu XX i XXI wieku. Buzz cuty albo cropy, fryzury gangsterskie, trochę z pogranicza łobuzerii, loki z przedziałkiem na środku – to nowe trendy, które warto śledzić.

Wspominasz, że szkoła zawodowa to absolutne minimum. A co z osobami, które mają ponad 30 lat i nagle dojrzały do tego, że chcą robić coś w danym kierunku?

Każdy, kto chce zostać dobrym barberem, może pójść na kurs, może przyjechać na naukę do nas, przeczytać moje książki, pojawiać się na pokazach. Trzeba będzie poświęcić trochę pieniędzy i czasu, a potem podejść do egzaminu czeladniczego.

Głównie powinniśmy skupić się na młodych. Panuje dziwny trend, by większość społeczeństwa miała studia. Tymczasem fundamentem społecznym jest szkolnictwo zawodowe, potem są technicy, wyżej ci, którzy prowadzą działalność gospodarczą i następnie dopiero są studia oraz osoby z wyższym wykształceniem. Nie można tej piramidy obracać górą na dół. W tym momencie mamy wielką bazę tych, którzy skończyli studia, mimo że po ich ukończeniu ludzie nadal nie wiedzą, co chcą zrobić. W latach 90. kładło się ogromny nacisk na studiowanie. Wypisywali w gazetach o Belgii i Holandii, że 80% ludzi ma studia, a u nas tylko 20%. Nie trzeba było wcale tego zmieniać – teraz nie mamy ludzi do roboty. Nie mamy ludzi, którzy potrafią murować czy strzyc. Nawet nie mamy dobrych aktorów albo kucharzy, bo wszyscy poszli pracować przy biurku.

Kiedyś rodzice nie mieli możliwości pójścia na studia i dla nich marzeniem było to, by ich dziecko na nie poszło.

Dotknąłeś ważnego tematu i jestem pewien, że to on jest kluczem tego problemu. To rodzice powiedzieli, że ich nie było stać na studia i w związku z tym syn musi. A syn nic nie musi. Tamto pokolenie to już jest „lost generation”. Zajmijmy się już tymi, z całym szacunkiem, którzy chcieliby od początku zacząć uczyć się zawodu. Poprzez Festiwal Rzemiosła cały czas promujemy szkolnictwo zawodowe. Mimo tego, że było niedofinansowane przez lata, że nauczali nauczyciele, którzy nie zawsze sprawdzali się na rynku pracy, że ma sporo wad, jestem zdania, że nie warto z niego zrezygnować. Młodzi mają szansę poznać podstawy, przeczytać książkę, pójść na praktyki. Jeśli się nie spodoba, można pójść na inne. Festiwal Rzemiosła odbywa się co roku w Izbie Rzemieślniczej, a my bierzemy w tym czynny udział. Jesteśmy obecni także na Targach Edukacyjnych, gdzie zachęcamy rodziców, by przyglądali się temu, co ich dziecko lubi. Nie – co już potrafi i umie, ale do czego ma naturalne predyspozycje, bo to za tym warto podążać i to właśnie wspierać.

fot. Sylwia Klaczyńska

Byłeś kiedyś w Blade and Glory (znany barbershop w Sosnowcu prowadzony przez wokalistę zespołu Booze & Glory)? Obok Waszej Jamy to największy łącznik świata punkrockowego z fryzjerstwem.

Tak. Przed 2010 rokiem trudno byłoby spotkać fryzjera oprócz mnie i może jeszcze dwóch, trzech innych, którzy słuchają muzyki niekomercyjnej. A takich, którzy grają w zespołach, to w ogóle było mało. Pierwszym łącznikiem oprócz mnie jest oczywiście Nergal i jego Barberian. Nergal nie jest barberem, ale otworzył barber shop w 2014 roku – jeden z pierwszych, który można uznać, że robi „metalizację” fryzjerstwa męskiego w Polsce. Drugim jest na pewno Delma z CF98 i jego Butter Cut. U Delmy byliśmy kilka lat temu, strzygliśmy z jakiejś okazji. Znamy się, lubimy też Booze & Glory. Mam nadzieję, że Mark (wokalista Booze & Glory) słucha też Cymeon X.

Niedawno widzieliśmy Cię na wystawie „Ultraawangarda. Koło Klipsa i poznański underground lat 80. XX wieku” w Muzeum Narodowym.

U góry w części muzycznej jest również wystawa z naszym zespołem, dość spora. Byliśmy tam już ze dwa lub trzy razy. Kiedy Muzeum Narodowe zgłosiło się do nas w tej sprawie, przygotowaliśmy z Marceliną (córka Adama Szulca przyp. red.) ogrom materiałów i artefaktów, będzie też odtwarzany w zapętleniu nasz stary koncert. Są tam plakaty, koszulki, płyty – naprawdę ogrom materiałów.

Czy pomyślałbyś kiedyś, że będziesz w Muzeum Narodowym w Poznaniu?

Nie, i to jest niesamowite. W czasach, kiedy rozpoczynaliśmy z Cymeonem, to robilibyśmy wszystko, żeby w Muzeum Narodowym nie być. Dla nas wtedy to byłaby wręcz obraza – zaistnieć w mainstreamie. Byliśmy zespołem totalnie antysystemowym, anty-komercyjnym, anty-establishmentowym. Byliśmy anty wszystko. Mając 18 czy 20 lat jesteś totalnie zerojedynkowy, nastawiony na budowanie własnego świata i rzeczywistości. No a teraz jesteśmy starsi, patrzymy na świat nieco inaczej… i jesteśmy w Muzeum Narodowym.

To trochę tak jak np. Patyczak (Brudne Dzieci Sida – przyp. red.), a to przecież także osoba antysystemowa. Jego również tam widziałem.

Odnośnie do Patyczaka – pamiętam, że pisał kiedyś jakąś pracę o straight edge i pojechał z nami na kilka koncertów w latach 1993‒1994. Potem jeszcze w 2012 lub 2013 graliśmy na Ultra Chaos Piknik. Zadzwonił do mnie Patyczak i mówi –

„Adam, a wy jedziecie na Ultra Chaos Piknik? ”. Odpowiedziałem, że tak.

„A macie jakieś miejsce w samochodzie? ”. Odpowiedziałem, że mamy. „A mogę jechać z wami? ”. I Patyczak zabrał się z nami. W latach 90. traktował nas jako swego rodzaju zjawisko. Tak, jak mówiłem, straight edge nie był popularny. Było to więc coś wyjątkowego, że jest w Poznaniu pięć osób słuchających takiej muzyki, którzy nie piją, nie palą i nie ćpają. Z racji tego, że to było tak nietypowe, Patyczak pisał o tym pracę i zabierał się na różne imprezy kilkukrotnie, a nawet występował z nami. Przed lub po naszym graniu wychodził, brał swoją rozstrojoną gitarę, śpiewał parę kawałków, co rzecz jasna wzbudzało ogromną radość. Śmiem twierdzić, że Cymeon mógł być w jakimś stopniu ojcem chrzestnym wielkiego sukcesu Patyczaka.

Teraz Patyczak grał z Padliną Szarika wspólny projekt na Gardłorykach (festiwal muzyczny nieopodal Poznania – przyp. red.). Nazywa to się  Padlina Sida.

Pozdrawiamy! Nadmienię, że jesteśmy już po wstępnych rozmowach z Patyczakiem – musi kiedyś przyjść i zagrać akustyczne show w Jamie. Patyczak od razu powiedział – „Adziu, tak. Tylko powiedz wcześniej, kiedy.” To mamy załatwione, że kiedyś ten koncert Patyczaka będzie. Może na 10. rocznicę? Kiedyś byliśmy z moimi dziećmi w Jarocinie, ok 2012, 2013 roku. Marcelina miała wtedy dwanaście, może trzynaście lat, a Nikodem trzy mniej. Po głównych koncertach gruchnęła wieść, że zaraz będzie grał Patyczak. Stanął na jakiejś skrzynce po bananach, odstawił świetny koncert. Marcelina i Nikodem zrobili wielkie oczy i nie dowierzali temu, co widzą. Koleś z gitarą na sznurku śpiewa – „Nikt nie polubi mnie dzisiaj na fejsie”. To było coś super.

Pamiętam, że pierwszy raz usłyszałem o Tobie, gdy mój znajomy powiedział: „Dasz wiarę, że w Poznaniu jest taki typ, który strzyże punków na koncertach, a dochód z tego daje na Fundację Otwarte Klatki? ”. Inni poznali cię po głośnej akcji w Poznaniu, darmowego strzyżenia osób w kryzysie bezdomności. Udzielasz się również w akcji charytatywnej „Zupa na Głównym”. Opowiedz o tej stronie Twojej działalności.

Jestem wychowany w latach ‘80 i wtedy wręcz za honor stawiało się, żeby robić rzeczy non profit. Strzyżenie dla „Otwartych Klatek”, potem z Nikodemem (syn Adama Szulca, który pracuje w Jamie, – przyp. red.) strzyżenie dla kilku stowarzyszeń w Bielsku Białej – to było fajne. Pamiętam, jak Eye for an Eye (legendarna polska kapela hardcore’owa – przyp. red.) grało pożegnalny koncert w 2015 r., wokół nas pogo, a my strzyżemy na dwóch fotelach fryzjerskich. Był moment, że strzygliśmy regularnie ekipy osób z niepełnosprawnościami, w kryzysie bezdomności, podopiecznych domów dziecka czy poprawczaka. To nie tylko robienie komuś przysługi – to także pokazywanie innym, młodym, że świat jest różny, a prowadzenie zakładu fryzjerskiego to nie tylko przyjmowanie klientów, odbieranie napiwków i sprzedawanie produktów. My w salonie mamy miło i przyjemnie, a ktoś inny z jakichś powodów trafia na ulicę. To otwiera oczy. Dziś nadal, raz na jakiś czas robimy takie rzeczy. „Zupę na Głównym” robimy co roku. Wydaliśmy dwie płyty winylowe, a całkowity dochód jednej z nich poszedł na „Zupę na Głównym”, z drugiej – na osoby w kryzysie bezdomności w Poznaniu. Nie wolno jednak zapominać, że w pomaganiu trzeba zawsze mieć pewien margines. Aby komuś dać, musisz na to mieć. Najpierw musisz zapracować na siebie, na rachunki, utrzymanie firmy, a dopiero potem możesz dać. Kiedy ukaże się magazyn, będzie 28 czerwca – to wtedy kończymy naszą zbiórkę dla „Zupy na Głównym”. Zapraszamy do dorzucania się!

Jesteś z Poznania, tutaj żyjesz i pracujesz. Czy miasto, jego historia są dla Ciebie ważne?

Moja rodzina to poznaniacy z krwi i kości, znamy dobrze naszą historię i ważne momenty, takie jak np. Czerwiec 1956 r. Mój jedenastoletni wówczas ojciec uciekł swojej mamie i babci z mieszkania na Jackowskiego, gdzie wtedy mieszkali, i biegał z kumplami gdzieś po dachach, przemieszczał się piwnicami i obserwował co się dzieje. Dostał wciry od mamy i babci, ale był dumny. Widział Romka Strzałkowskiego, widział te wszystkie historie na swoje oczy. Historia Poznania, historia Powstania Wielkopolskiego i w ogóle całej poznańskości, porządku, wykształcenia zawodowego, pracy organicznej, rzemiosła tutaj w Jamie jest istotnie ważna. Kultura dzielenia się pieniędzmi jest ważna – w XXI wieku wszystkie organizacje charytatywne dostawały pieniądze od przedsiębiorców.

fot. Radio Toksyna FM

Wspomniałeś o swoim głównym projekcie Cymeon X, ale w twoim życiu pojawiały się też inne projekty.

Z muzyką jestem związany od lat 80., kiedy usłyszałem w radiu nową falę polskich zespołów rockowych – Lady Pank, Maanam i innych. To poruszyło czułą nutę w moim sercu. Rok czy dwa lata później w audycji radiowej usłyszałem muzykę punkową, ona zainteresowała mnie jeszcze bardziej. Później były koncerty i pierwsze zespoły zakładane razem z bratem, a potem z kolegami z osiedla, np. pierwsza ekipa Topór. Graliśmy koncerty w mieszkaniach, potem z Dead Division graliśmy na dwóch czy trzech edycjach „Śpiewać każdy może”. To były głębokie lata 80. Później z kumplami w garażu założyliśmy Hacesję. Dopiero po niej był Cymeon X, najbardziej znany z moich projektów. Gdy się rozpadł, powstał Respect, też dość znany w środowisku ludzi interesujących się muzyką niezależną. Projekt trwał dwa lata. Potem reaktywowaliśmy Cymeon X i nagraliśmy razem pięć, sześć płyt. To moje najważniejsze muzyczne „dziecko”. Dziś obserwuję pewien renesans Cymeona – ludzie znów się interesują, oglądają i kupują płyty. Wracają do nas klienci, którzy opowiadają, że byli kiedyś na koncercie Cymeona, i cieszą się, że mogą przyjść do jednego z muzyków. Widzę, że Cymeon ma dobry vibe wśród ludzi, i budzi dobre skojarzenia z muzyką początku lat 80., niezłomną postawą straight edge, subkulturą w subkulturze przeciwnej punkom, osób, które nie piją, nie palą i się nie narkotyzują. To się może wydawać teraz oczywiste, ale kiedyś było rewolucyjne. Pod koniec lat 80., na początku 90., gdy w Polsce piło i paliło się wszędzie, to było posunięcie bardzo rewolucyjne. Cymeon X jest bardzo bliski mojemu sercu – Jama to jeden wielki pomnik zespołu. Często go tutaj słuchamy, nadal sprzedajemy koszulki, płyty. Na swoim profilu na YouTube mamy teledyski i filmy z koncertów zespołu. Prawie wszyscy członkowie zespołu są z okolicy i przychodzą się do nas strzyc. Cymeona utwory są na naszych „jamowych” składankach. Muzyka jest dla nas bardzo ważna.

Gracie jeszcze koncerty?

Nie. Ostatni koncert zagraliśmy kilka lat temu i trudno powiedzieć czy jeszcze kiedyś zagramy.

Porozmawiajmy jeszcze o lokalnej muzyce. Zauważyłem, że jesteś osobą otwartą, a na swoim profilu facebookowym dzielisz się i polecasz przeróżne kapele, światowe i lokalne. Powiedzmy, że – czysto hipotetycznie – jesteś dyrektorem artystycznym jakiegoś festiwalu i masz zaprosić tam pięcioro artystów wyłącznie z Wielkopolski. Kogo zapraszasz?

Powiem Ci od razu – Flapjack. Potem zespół Revolta, który kilkukrotnie pomagał nam w ogarnianiu różnych rzeczy na festiwalach fryzjerskich. Dalej Brudne Dzieci Sida i Patyczak, ale chciałbym, aby on wystąpił z jakimś zespołem grającym, może z Padliną Szarika. I zawsze z przyjemnością zaprosiłbym Strachy Na Lachy. To są takie zespoły nieoczywiste. A gdyby móc kogoś reaktywować na taki koncert to chciałbym zaprosić zespół Zbombardowana Laleczka. Jako support o godz. 16, by nikomu nie przeszkadzać, Cymeon X też mógłby zagrać. Taki festiwal to byłoby coś fajnego.

Pozostajesz w otoczeniu hadrcorowym i punkowym? Nadal jesteś straight edge?

Nadal jestem staight edge i wciąż blisko muzyki. Recenzuję płyty, interesuję się branżą, prenumeruję kilka czasopism z Polski i zza granicy. Przychodzę na koncerty, odwiedzają mnie muzycy różnych zespołów. Jestem blisko tego środowiska nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Niedawno widziałem się z bliskim kumplem, który jest barberem i wokalistą zespołu Urgent Kill, straight edge‘owego zespołu spod Amsterdamu. Nie dalej, jak na początku maja, robiliśmy fryzjerski event w sklepie muzycznym CoreTex, który mieści się w hardcore’owej mekce – Kreuzbergu. Z chłopakami z CoreTexu znamy się dobre trzydzieści lat. Gdy oni byli mali, my wspieraliśmy ich, a oni wspierali nasze zespoły, wspólnie graliśmy trasy koncertowe z Respectem. Więc tak, jestem cały czas blisko tego środowiska.

Scena hardcore’owa, a szczególnie punkowa, zmieniła się na przestrzeni ostatnich –dziesięciu, piętnastu lat. Jak oceniasz jej kondycję, jeśli chodzi o aktywność, wydawanie płyt i frekwencję na koncertach? Ta ostatnia bardzo spadła w ostatnich latach…

Kiedy my graliśmy w latach 80. czy 90., nieważne, kto by nie przyjechał zza granicy, nawet najsłabsza marka zapełniała całe sale, bo tych koncertów po prostu nie było. Kiedy grał Cymeon X z Apatią w Poznaniu, mogłeś być pewny, że nawet w najpodlejszej dziurze masz pełną salę. Wszyscy chcieli tam przyjść, to było spotkanie towarzyskie. Kiedy do Poznania w latach 80. przyjechały dwa zespoły z UK, w Akumulatorach miałeś komplet. Teraz te zespoły nie przyciągnęłyby już takich tłumów. Kiedy przyjeżdżał np. Victims Family czy Nomeansno, który był kiedyś olbrzymim zespołem, to w Eskulapie nie mogłeś szpilki wcisnąć. Teraz widzę, że musi być wielka nazwa lub nazwisko – tak jak np. Terror, wtedy masz sold out. Trzy tygodnie wcześniej przyjechał zespół Ballkick – równie dobry zespół na bardzo wysokim poziomie merytoryki, grania, nagłośnienia z porządnym merchem, a biletów sprzedanych było może 20. Nie wiem, z czego to wynika. Może się ludziom nie chce? Może to wina social mediów, może covid zrobił swoje? We wspomnianym wcześniej Berlinie jest inaczej. Tam jest dużo młodych ludzi na koncertach, u nas koncerty hardcore’owe to swego rodzaju „senioralia” – spotkania ludzi 40+. Oczywiście, przychodzą i dzieci, ale nie ma tłumów przypadkowych ludzi. A z kolei scena zespołów jak Farben Lehre, The Bill, De Łindows – jest pełna młodych ludzi. Więc może hardcore’owa scena dla młodego człowieka przestała być ciekawa. To są być może pytania dla socjologów. A skoro już przy nich jesteśmy – jeżeli mamy aż tylu socjologów, a tak niewielu rzemieślników, to do jasnej cholery, niech wyjaśnią nam, dlaczego na hardcore’owych koncertach jest mało ludzi młodych, a na punk-rockowych tak dużo?

Mam jeszcze pytanie o płyty „Jama & Friends”. Pojawiły się jak dotąd dwie. Co to za projekt i kto był pomysłodawcą?

Jak sądzisz, kto mógł być pomysłodawcą? Na to pytanie już sobie odpowiedzieliśmy (śmiech). Gdy przyszła 5. rocznica Jamy, wiedziałem, że chcę to w jakiś dodatkowy i specjalny sposób uczcić. W moim przypadku najlepiej było to zrobić poprzez wydanie płyty z zaprzyjaźnionymi zespołami. Te, które biorą udział w tym projekcie, nie są przypadkowe i żaden nie chciał za to pieniędzy. Każdy z nich dał ścieżkę jednego utworu. Dla tych, którzy nie orientują się, co to znaczy, na szybko tłumaczę. Żeby nagrać płytę, idzie się do studia i w studiu nagrywa się ścieżki: osobno perkusja, osobno bas, osobno wokal i tak dalej. To wszystko potem wrzuca się, miksuje w jedną całość w specjalnym programie. Ze względu na to, że zaproszone zespoły były bardzo różne, wrzucenie ich tak po prostu spowodowałoby straszną rozpiętość gatunkową. Ja chciałem natomiast, by zespoły były poukładane przez naszego przyjaciela, którego strzygę od dziecka, DJ-a Mentalcuta. A więc on zebrał wszystkie ścieżki i na swoją modłę przerobił. Uzyskaliśmy steampunkowe, futurystyczne i madmaxowe spojrzenie na muzykę związaną z Jamą. Zależało mi także na tym, by w środku był gruby booklet z informacjami o tym, co się wydarzyło w Jamie przez te wszystkie lata. Oba booklety są bardzo spójne. Płyty ukazały się w limitowanych nakładach, dostępne są też na Spotify. To są naprawdę kąski. Płyta jest świetnie wydana, a na winylu się jej po prostu słucha. Jak ją włączasz w ciemnym pokoju na przyzwoitej głośności, to wtedy słychać wszystkie zajebiste dźwięki z Jamy. To są świetne projekty i jestem pewien, że za kilka lat powstanie część trzecia. Wszystkie takie tematy spinamy zawsze w trylogię. Myślę, że będzie to za jakieś dwa lata, bo wtedy mamy dziesięciolecie Jamy, a także czterdziestolecie mojej pracy zawodowej. Część trzecia będzie zapewne bonusem w jakimś projekcie. Tak, jak pierwsza była na „Pogotowie Społeczne”, a druga na „Żądamy chleba”, czyli „Zupa na Głównym”. Jak będzie, zobaczymy.

materiały FB Jamy