Helenę Minginowicz znam od lat. To ogromna przyjemność móc towarzyszyć artystce i obserwować jej niesamowity rozwój, no i – co tu dużo mówić – podbój świata. Helena mieszka i tworzy w sercu Poznania, skąd też ma idealny punkt obserwacyjny (nie tylko gołębi – ale o tym dalej). Artystka z czułością i uwagą przygląda się zwyczajnym elementom codzienności. W swoim malarstwie porusza tematy relacji międzyludzkich na różnych płaszczyznach, ożywia niepozorne byty, tworząc bajkowy mikroświat. Swoje prace prezentowała w ramach wystaw indywidualnych i zbiorowych, m.in. w Londynie, Paryżu, Salonikach, Genui, Mediolanie.
Pięć lat temu, w nieistniejącym już Peryskopie, miałyśmy pierwszą wspólną współpracę przy wystawie „O gwizdach”. Natomiast w zeszłym roku tworzyłyśmy razem wystawę i artbooka dla poznańskiego festiwalu Bitter Sweet. Ile wydarzyło się przez te 5 lat?
O co chodzi z tymi gołębiami?
Po pierwsze, dziękuję bardzo za zaproszenie. Cieszę się, że mogę być gościem Freshmaga, no i oczywiście Twoim – niesamowite jak zleciało to 5 lat. Zawsze mam w pamięci tę pierwsza wystawę, i pracę po strasznie długiej przerwie – wszystkie ekscytacje i wątpliwości, które mi wtedy towarzyszyły. To był niezwykły czas.
Hahaha, co do gołębi… Obawiam się, że naprawdę przepadłam.
Historia jest długa i sięga czasów dziecięcych, bo już wtedy zwierzęta wyjątkowo mnie fascynowały. Uwielbiałam je obserwować i wchodzić w nieśmiałe interakcje. Byłam bardzo zamkniętym w sobie dzieckiem, spędzałam większość czasu sama i kontakty z naturą były dla mnie tymi najbardziej bezpiecznymi. Najbardziej lubiłam te najdelikatniejsze stworzenia, wzruszały mnie. Nigdy nie zapomnę jak zaprzyjaźniłam się z gąsienicą, mając 4-5 lat. Codziennie przez kilka dni (do jej tajemniczego zniknięcia) spędzałam z nią czas, aranżowałam to spotkanie z dbałością o wspólny komfort współistnienia, tak żebyśmy mogły towarzyszyć sobie na wzajem.
Zwierzęta, z którymi mogłam mieć codzienną relacje w przestrzeni miejskiej ceniłam sobie najbardziej. I tu pojawia się postać gołębia. Kiedy byłam mała, myślałam, że gołębie są nakręcane. (śmiech) To przez ten specyficzny sposób poruszania się i kiwania głową. Mogłam patrzeć na nie godzinami. Na ich ruchy umaszczenie, relacje między nimi. Potem doszły do tego próby rysunkowe.
Dużo, dużo później – podczas dosyć częstych przeprowadzek – zauważyłam, że gdzieś w pobliżu, po sąsiedzku zawsze mieszka jakiś gołąb. Przeważnie je widziałam na parapecie niezamieszkałego mieszkania lub na drzewie na podwórzu, na które akurat mam widok.
Zaczynałam je obserwować. Wciągało mnie to jak funkcjonują, jakie mają przyzwyczajenia, w jakim są nastroju. Czasem przeżywaliśmy podobne stany na odległość. Innym razem obserwowałam ich dłuższą nieobecność albo osamotnienie.
Inspirowało mnie to i wciągało, jak jakaś widoczna tylko dla mnie alternatywna rzeczywistość. Zaczynałam z zapałem je fotografować oraz dokumentować te wszystkie chwile i historie. I tak moje pierwsze zdjęcia sięgają chyba 2018 roku. Jednak dzielił nas cały czas pewien dystans. Zmieniło się to dopiero kilka lat później, pewnego letniego popołudnia, gdy pewien gołąb bezpardonowo wpadł do mojego mieszkania – z poczuciem absolutnej pewności siebie – usiadł mi na ramieniu podczas snu. Od tamtej pory uznał, że zawsze może wpaść. (śmiech)
I właśnie wtedy przepadłam. Teraz codziennie budzi mnie pukanie w okno, punktualnie o 7.30. I wiem, że to on, i że czas na śniadanie. (śmiech)
Czy możesz, w skrócie, opisać ostatnie 5 lat swojego artystycznego podboju, gdzie był ten punkt zwrotny?
Właściwie punktem zwrotnym był powrót do malarstwa, a potem ta pierwsza wystawa w Peryskopie.
Najpierw rysowałam, a potem zaczęłam regularnie malować. Mam nawet do dzisiaj swój pierwszy „poważny”, podpisany rysunek, który przetrwał wszystkie burzliwe czasy i przeprowadzki.
Już w liceum plastycznym było to dla mnie dosłownie wszystkim. W połowie nauki dopadł mnie rodzaj kryzysu, zawodu, rozczarowania – chociaż to nie sztuka mnie zawiodła.
Trwało to trochę. Podczas studiów na UAP-ie odzyskałam entuzjazm twórczy. Potem działo się w moim życiu osobistym bardzo wiele, i siłą rzeczy praca twórcza przeniosła się trochę na dalszy plan. Cały czas była obecna, ale ja nie umiałam jej jeszcze na nowo ukierunkować. Próbowałam różnych mediów.
W jakimś momencie intuicyjnie zaczęłam wracać do malowania. Zrozumiałam, że bez niego brakowało mi języka. Tego pierwszego, który dobrze znałam, i którym dawniej posługiwałam się tak naturalnie. Dotarło do mnie, że jestem w zasadzie „niema” od kilku lat. Jakbym po drodze coś zgubiła albo straciła.
Zaczęłam malować, bez specjalnej okazji – tak po prostu dla siebie samej. To było niesamowite uczucie. Któregoś dnia moja przyjaciółka, widząc leżące gdzieś na stole malarskie szkice, zapytała, dlaczego nie maluje więcej, gdyż zauważyła, to jest właśnie mój „język” i proces. Zszokowała mnie jej obserwacja, bo sądziłam, że wszystko gdzieś tam po drodze zaprzepaściłam i może nie mam szans powrotu do dawnej kondycji. Zapamiętałam jej emocje i dało mi to dodatkową śmiałość i napęd do pracy.
Kolejnym bodźcem była Twoja propozycja wystawy – potem nie mogłam już przestać – i to właściwie było najważniejsze. Jakbym wróciła do domu po 100 latach. (śmiech)
Opowiedz coś więcej o swojej współpracy z Louther.
Współpraca z Pią Schiele i Louther była niesamowitą przygodą! Zupełnie niespodziewaną. Pia (przyp. red. twórczyni i główna projektantką marki Louther) znalazła mój profil na Instagramie, a potem widziała moje prace na londyńskiej wystawie i po prostu do mnie napisała. Okazało się, że mamy bardzo dużo wspólnych przemyśleń i tematów, a przede wszystkim podobną wrażliwość. Zaproponowała mi pracę nad maskami, które miały uzupełniać kolekcje Louther na sezon jesienno -zimowy 2025.
Praca nad tym projektem była czymś absolutnie wyjątkowym, bardzo wciągnęła mnie idea masek i tego, co można na nich umieścić. Znaczenia i konteksty.
Pracę nad maskami wieńczył pokaz podczas londyńskiego fashion weeku, co było dla mnie super ekscytującym i nowym doświadczeniem.

Tak szczerze, to w ilu miastach zagości Twoja sztuka w najbliższym czasie?
W tym momencie plan obejmuje Brukselę, Paryż, Warszawę, Nowy Jork, Madryt – zobaczymy co jeszcze się wydarzy.
Masz wspaniały cykl prac na ręcznikach papierowych, których zawsze każdemu brakuje w kuchni. Jak to jest z tym malarstwem na materiałach nietrwałych?
Dzięki, miło to słyszeć. Hahahah, to prawda. Dlatego zazdrośnie chowam swoje ulubione ręczniki przed domownikami. (śmiech)
Z materiałami nietrwałymi jest trochę jak z przyjaźnią z gąsienicą. (śmiech) Tak mi to przyszło do głowy – ale w sumie coś w tym jest. Trwałość i nietrwałość, zwłaszcza w kontekście naszego istnienia i czasu – zarówno tego obiektywnego, jak i tego, który nam przypadł (nigdy nie wiadomo, ile go mamy). To dla mnie ważny temat. Zauważyłam, że jako ludzie, mocno trzymamy się idei trwałości. Szukamy stałych punktów, próbujemy się zakotwiczyć, a to, co nietrwałe, często traktujemy jako mniej ważne – jakby tylko to, co trwa, miało prawdziwą wartość. A co jeśli jest odwrotnie? Jeśli te najbardziej ulotne chwile, te, które pomijamy, są właśnie tymi najistotniejszymi? Może nietrwałość nie oznacza braku wartości? Może to, co postrzegamy jako skończone, wcale takie nie jest? W końcu nawet pojęcia fundamentalne, jak wolność, pokój czy piękno, nieustannie się zmieniają – nie są raz na zawsze określone, tylko płynne, zależne od kontekstu.
Moje prace to spotkanie tego, co kruche, z tym, co trwałe.
Łączę ulotne, łatwo niszczalne materiały z monumentalnością klasycznego malarstwa, eksplorując napięcie między pięknem a jego nietrwałością. Codzienne, jednorazowe przedmioty – papierowe ręczniki, plastikowe torby, maseczki – są zaprojektowane do szybkiego zużycia i zapomnienia, a jednak ich ulotność nadaje im siłę. Paradoksalnie, właśnie to, co tymczasowe, najmocniej skłania mnie do refleksji. Rozczula.
Zastanawiam się, ile piękna tracimy przez rutynę, automatyzm, konsumpcję. Ile rzeczy umyka nam tylko dlatego, że są zbyt zwyczajne, byśmy je dostrzegli? Detale – drobne ozdoby, kolory, zabawne zwierzątka na jednorazowych opakowaniach – giną w niepamięci, bo same przedmioty są skazane na szybkie zapomnienie. Ich tymczasowość staje się metaforą tego, jak ignorujemy własną kruchość – coś, co świat często spycha na margines.
Sięgam po materiały, które są ulotne, ale mówią o czymś większym. Bo co właściwie jest trwałe? Czy nasze wartości – wolność, komunikacja, indywidualność – naprawdę są nienaruszalne? A może są równie kruche jak papierowy kubek, który wyrzucamy po jednym użyciu?
Moje prace balansują na granicy tego, co wysokie i niskie. Klasyczne malarstwo spotyka się tu z popkulturą, renesansowe motywy z memami i typografią z opakowań owoców. Fascynuje mnie codzienność – surowa, nieprzetworzona, pełna drobnych detali, które często umykają uwadze. Szczególnie interesują mnie masowo produkowane przedmioty – tandetne, niedoskonałe, z widocznymi wadami. Właśnie te rzeczy, skazane na wyrzucenie, mają w sobie coś, co mnie porusza. I to one często stają się punktem wyjścia dla mojej sztuki.

Teraz tendęcyjne pytanie na koniec. Jakie masz plany, a może jesteś typem nie planującym i żyjesz chwilą?
Bardzo lubię planować, ale też uczę się tego, żeby się za bardzo do tych planów nie przywiązywać. Moje plany na najbliższy czas, to przede wszystkim praca, (kiedy nie maluje robię się naprawdę okropna), i czas, w którym mogę się w nią zanurzyć. Najlepiej bez wypływania na powierzchnię. (śmiech)
Linki do stron:
helenaminginowicz.com
Instagram