J Dilla to postać, która na zawsze zmieniła oblicze hip-hopu, a jego wpływ wciąż jest odczuwalny w muzyce na całym świecie. Zespół Błoto, znany ze swojego surowego, improwizowanego podejścia do muzyki, postanowił oddać hołd legendarnemu producentowi podczas trasy „We remember J Dilla”. Z chłopakami rozmawiamy o fascynacji muzyką legendarnego producenta, wpływie jego na ich twórczość oraz o ciągłym odkrywaniu muzyki tego wybitnego artysty.
Kiedy i jak rozpoczęła się Wasza przygoda z Jay Dee? Czy macie jakąś historię związaną z momentem, kiedy pierwszy raz usłyszeliście jego utwory?
Sebastian Jóźwiak: Dilla był w czasach Puzzli, ale wtedy jeszcze nie było Błota, to był inny skład, ale chodzi o taki zaczyn. To były początki 2011 roku – skład się zmienił, trochę wymieszał i tak jest teraz.
Marcin Rak: J Dilla zawsze gdzieś się przemycał w naszej muzyce, czy to było EABS, czy Błoto – jest dla nas dużą inspiracją.
Olaf Węgier: Pamiętam, że nasz pierwszy koncert poświęcony J Dilli odbył 5 lat temu, tuż przed pandemią i było to tylko jedno wydarzenie. Wiadomo, luty jest miesiącem Dilli, mamy 5 lat później i nagle jest tych koncertów już 10.
Kto wpadł na pomysł, żeby zorganizować taką mini trasę?
Marcin: Na pomysł wpadł nasz manager, Sebastian. To on nas nakręcił i mocno działał z organizacją.
Sebastian: Wcześniej odbywały się jakieś J Dilla tribiuty, które były związane z tym, że ktoś grał DJ-sety. Pomyślałem, że można to zrobić lepiej i inaczej. Właściwie kto zagra lepiej Dillę, niż zespół, który umie grać instrumentalny hip-hop? (śmiech)
Kiedyś, w jednym z wywiadów, powiedzieliście, że „poszukiwanie nowych dźwięków, to nowy synonim wolności”. Czy to, że teraz interpretujecie utwory J Dilli na scenie, to jest dla Was ta wolność?
Piotr: Prawda jest taka, że podczas grania ludzie powinni rozpoznawać utwory, które Jay Dee wyprodukował. Z naszymi koncertami jest jednak inaczej, my gramy jego materiał po swojemu. Oczywiście wciąż mamy w głowie jego kod rytmiczny, ale tak naprawdę to są nasze koncerty, którymi składamy mu hołd.
Marek: Teraz, po zagraniu wszystkich koncertów słyszymy, jak ten materiał się otwiera i jak korzystamy z tej wolności.
Mówicie często, że Błoto to przypadek, że Wasze materiały powstały z przypadku…
Sebastian: Uważam, że nie ma przypadków. Ktoś może to tak nazywać, ale wszystko jest gdzieś zapisane. Każdy ma swoją drogę i to, co ma się wydarzyć, prędzej czy później się wydarzy.
Marek: Chodzi o to, że wszystko się wykrystalizowało naturalnie, bez wcześniejszych planów realizacji. Dopiero po fakcie można powiedzieć, że to był przypadek.
Macie w planach tego typu wydarzenia, ale związane z innymi artystami?
Marek: Od dwóch lat robiliśmy taki cykl, w którym graliśmy rzeczy swoje, ale jednocześnie nie do końca nasze. Swoje w sensie, że wynikające z naszych hip-hopowych dusz. Graliśmy koncerty w hołdzie dla zachodniego i wschodniego wybrzeża hip-hopu. Jednak Dilla month to jedyna okazja w roku, żeby zagrać takie koncerty, i traktujemy to jako nasz religijny obowiązek, by to zrobić.
Myślę, że z roku na rok zainteresowanie J Dillą wzrasta.
Sebastian: Właśnie najlepsze jest to, że młodzi ludzie zaczynają go słuchać. Dochodzi do tego kwestia edukacji muzycznej i coraz częściej widzimy młode twarze na koncertach.
Marek: Fascynujące było to, że gdy graliśmy w Katowicach, pojawili się ludzie z Austrii, którzy jak się okazało specjalnie przyjechali na nasz koncert. Co ciekawe, w ogóle nie znali naszej działalności. Nie wiedzieli nic o Astigmaic Records, co to EABS, znali tylko Błoto. Od słowa do słowa okazało się, że jedna z osób zna Makaya McCravena, czyli kogoś, kto podobnie jak my odświeżył myśl wartościowej muzyki.
Marcin: Różne historie się zdarzają. Ludzie przyjeżdżają zza granicy, żeby posłuchać Dilli. Nie tylko lokalsi, to jest miłe.
W Polsce mało jest takich wydarzeń. Imprezy w klubach, sety dj-skie jak najbardziej, ale koncerty muzyką na żywo, gdzie oddaje się hołd jakiemuś artyście rzadko się odbywają.
Sebastian: Tak, a poza tym ludzie nie wiedzą, że znają J Dillę, bo kiedy słuchają Erykah Badu, D’Angelo czy A Tribe Called Quest, to tak naprawdę słuchają J Dilli.
Marek: Ja jestem z tego towarzystwa, długo nie wiedziałem, że słucham Dilli, mimo, że jestem fanem hip-hopu od wielu lat. W mojej głowie tkwiło przekonanie, że producenci, którzy się liczą to DJ Premier, Pete Rock, ewentualnie Erick Sermon. Dużo czasu zajęło mi zorientowanie się, że słucham Dilli.
Przez social media, dawniej popularna muzyka znów wraca do łask, co o tym myślicie?
Sebastian: Od wydania „Donuts” i śmierci J Dilli minęło prawie 20 lat, więc osoby w naszym wieku, które jarały się wydaniem tego albumu, pamiętają go jeszcze na świeżo. Mija 15 lat, a ta muzyka jest teraz odkopywana. Olaf, ty chyba rozkminiałeś wszystkich producentów?
Olaf: Tak, ale nie w tamtych latach. Słuchałem tej muzy, tak, jak Wy i nie wiedziałem, że słucham J Dilli.
Sebastian: Wychodzi na to, że jestem jedyny „J Dilla changed my life” (śmiech). Też mówię o tym momencie, kiedy wyszła współpraca z Madlibem jako Jaylib – ja po prostu pamiętam te czasy.
Marek: U mnie się lampka zapaliła, jak kupiłem kasetę Commona „Like Water For Chocolate” i szedłem z walkmanem po parku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że słyszę muzykę przyszłości i ona mi się podoba. Był tam jeden bit DJ Premieria i mówię: o znam! Jednak dalej nie rozkminiałem, że to produkuje J Dilla. Dopiero po jego śmierci sobie to uświadomiłem.
Paweł: Po jego śmierci ukazało się bardzo dużo rzeczy i ciężko jest zbadać cały dorobek muzyczny i szereg współprac. Utrudniały to liczne ksywki, pod którymi działał. Jednak wydaje mi się, że można go było usłyszeć po charakterystycznej perkusji i nietypowych brzmieniach. Wszystko brzmiało koślawo, ale zarazem spójnie. Dla mnie to współczesny funk, tak rozumiem jego muzykę.
Marek: Madlib go określił He was the funkiest, był po prostu najfunkowniejszy, w najlepszym tego słowa znaczeniu – on po prostu zmienił grę.
Dilla wychodził naprzeciw schematom…
Marcin: Jego muzyka wręcz swinguje. To jest tak, jakby przełożyć te bity na swing, ale niektórzy tego nie rozumieją, mówią, że to zostało źle nagrane.
Olaf: Tak się zawsze działo w historii muzyki. Muzycy z ery swingu mówili tak o hip-hopowcach, którzy chodzili i zmieniali grę, po czym 70 lat później to są standardy jazzowe, a kiedyś to było nowatorstwo.
Sebastian: Dodatkowo technologia odgrywa tu dużą rolę. Kiedyś niektóre maszyny do bitów nie miały takich możliwości, jak zmienianie tempa sampla względem siebie. Gdy nadeszła era automatyzacji, chodziło o to, żeby wszystko było równo. J Dilla używał tych maszyn jak prawdziwy perkusista, wykorzystywał technologię, ale w ludzki sposób.
Jak jesteśmy przy samplowaniu i bitach, to co najbardziej doceniacie w jego twórczości?
Marcin: Myślę, że przede wszystkim brzmienie, czyli krótkie werble, dużo perkusji, która się na siebie nakłada. Nikt tak wcześniej nie robił, to J Dilla wprowadził w muzyce inny kolor, eksperymentował i nie bał się tego.
Marek: Warto docenić to, że działał wbrew trendom, które dziś rozmywają styl producentów – w dobie coraz liczniejszych narzędzi wspomagających i opóźniających bity, on tworzył wszystko własnoręcznie, bez użycia wtyczek. Wierzę, że ta muzyka powróci do swojej organiczności, że ten system się przełamie i zniknie tendencja do chodzenia na skróty. Coraz więcej ludzi będzie praktykować muzykę na żywo – tak jak my,
„We remember J Dilla”, bo jest on Waszą największą inspiracją?
Marek: Na pewno ma wpływ na nasz styl, ale nie jest to doraźna inspiracja.
Marcin: On zmienił we mnie myślenie o czasie i o rytmie. Jak miałem 17-18 lat to nie znałem czegoś takiego. Jak go usłyszałem, to pomyślałem: to tak można?
A jak wyglądało układanie setlisty na to wydarzenie? Każdy coś wrzucił do worka?
Paweł: Pamiętacie te odtwarzacze w Empiku? Tak właśnie jest z tą setlistą – każdy dodał coś od siebie i oto jest.
Marcin: Mam wrażenie, że to mixtape z różną muzyką. Jest tak, jakbyś przeglądała bibliotekę płyt J Dilli. Niektóre utwory gramy w oryginalnej wersji, a w innych oddajemy hołd konkretnemu stylowi.
Wyobraźcie sobie, że stoi przed Wami ktoś, kto nie słucha zbyt wiele muzyki – od czego polecilibyście mu zacząć?
Olaf: Ja bym polecił utwór „Still Shining”, chodzi o to, żeby wrzucić kogoś na głęboką wodę.
Sebastian: Praktycznie wszystko, co wychodziło spod jego palców.
Zauważyłam również, że coraz więcej młodych ludzi zaczyna odkrywać tę muzykę.
Paweł: Też spotykam się z tym, że młodsza generacja już ma dosyć ściemy. Przez TikToka utwory dostają nowe życie. Choćby przypadek Myslovitz, podobno na TikToku jest to hit.
Sebastian: Minęła też era grania trapów, które są takie same. Tyler The Creator czy nawet Doechii, oni robią coś innego. Jestem przekonany, że Tyler brałby od Dilli bity, gdyby ten żył.
Kiedy Tyler, Doechii czy inni sławni muzycy mówią o takich osobach jak Dilla czy Madlib, młodsze pokolenie również zwraca na to uwagę.
Sebastian: Nie można też myśleć, że młodzi niczym się nie interesują.
Marek: To również kwestia skupienia, ponieważ ta zajawka nadal jest obecna. Zawsze powtarzam, że co pół roku poznaję co najmniej sto młodych osób, bo pracuję w szkole muzyki nowoczesnej. I od razu pojawiają się pytania: jak zarabiać na muzyce. Najpierw jednak trzeba przejść odpowiednią drogę.
Też mam takie wrażenie, tak jak mówisz – wszystko na szybko, szybko się nauczyć, zarobić, ale chyba też łatwo się poddać.
Marek: Porównuję to do zjawiska, które widziałem w filmie przyrodniczym: kiedy rodzą się żółwie morskie. Wychodzą na ląd, a potem czeka je długa droga do morza. Niestety, tylko niektórym udaje się dotrzeć do wody. To jest właśnie symbol wytrwałości.
Olaf: Jeśli od razu zaczynasz myśląc o nagrodach, to nie wytrwasz do momentu, w którym te nagrody otrzymasz. Podobnie powstawało Błoto, my chcieliśmy coś nagrać, a nie tworzyć nowy zespół.