Grażyna Biedroń

DJ to nie przycisk “play”- o realiach pracy, która nie mieści się w tik-tokowej rolce

Lifestyle
08 lip 2025
Karolina Bachorowicz aka Grażyna Biedroń

Po ponad ośmiu latach przygody za deckami coraz wyraźniej dostrzegam, jak wiele osób buduje sobie obraz DJ-a na podstawie pojedynczych klisz — scen z kultowych filmów, wycinków popkultury czy tik-tokowych rolek, które raczej karmią fantazję niż pokazują realia. Taki wizerunek bywa kuszący: błysk, impreza, guzik play. Ale co ma on wspólnego z rzeczywistą, wielowarstwową rolą DJ-a i stylem życia, który kręci się wokół muzyki elektronicznej — często splecionym z niepewnością, presją i koniecznością ciągłego balansowania między pasją a codziennością? To pytanie, które wraca do mnie regularnie — zwłaszcza wtedy, gdy słyszę: „Fajnie masz, tylko grać imprezy i się bawić.”

„Też bym tak mógł, puścić sobie kilka piosenek, pouśmiechać się i pójść do chaty”.

Techniczne umiejętności DJ-a oraz sztuka budowania setu — czyli odpowiednie prowadzenie „muzycznej historii”, płynne zgrywanie tempa, pracy z energią tłumu — zostały przez wielu zredukowane do prymitywnego „puszczania piosenek”. Przychodzisz, wciskasz jeden guzik i… serio? Jeszcze sztuczna inteligencja nie wymyśliła, jak cię zastąpić? Niejednokrotnie zanim poszłam „popuszczać piosenki z bananem na twarzy”, spędzałam kilka godzin na diggowaniu — wyszukiwaniu nowych utworów, analizowaniu ich w kontekście slotu, który miałam zagrać (slot to określony przedział czasowy przypisany DJ-owi w line-upie). Odpalałam sprzęt kilka dni wcześniej, by sprawdzić, które kawałki dobrze ze sobą rezonują — do tego stopnia, że po ich zmiksowaniu powstaje nowa jakość, zupełnie inna materia. Układałam numery w kolejności pozwalającej przeprowadzić publikę przez całą opowieść: intrygujący początek, kulminacyjną euforię, a potem miękkie lądowanie. Przychodziłam do klubu z poczuciem pełnego przygotowania — aż tu nagle tłum mnie zaskakiwał. Czułam, że chcą mocniej, intensywniej, szybciej. No więc… c***, bombki strzelił pierwotny plan — trzeba było zaufać instynktowi i improwizować. I właśnie w tej zdolności do elastyczności, czytania nastrojów, reagowania tu i teraz — kryje się prawdziwa sztuka DJ-ingu. Nie w przycisku.

“Ja bym tak nie mógł – jeździć co chwilę do innych miast, nie spać po nocach, zaniedbywać bliskich.”

Prawdopodobnie masz rację. Jedni wstają w nocy do płaczącego dziecka, inni — na swój DJ-set. Są też tacy, którzy w swojej codzienności łączą życie rodzinne z regularnymi wyjazdami. Wiesz, co łączy wszystkie te trzy grupy? Trzeba to po prostu kochać. Swoją rolę — i siebie w niej — w pełnej aktywności, w każdej odsłonie. Regularne weekendowe podróże z miasta do miasta, obejmujące wspólne kolacje, robienie soundchecku, dotarcie do hotelu, a później obecność w klubie, potrafią być energetycznie wyczerpujące. Różne godziny grania nie zawsze pozwalają w pełni odespać poprzednią dobę. Czasami, po takim intensywnym weekendzie, siedząc w Warsie, dostajesz wiadomość od przypadkowej osoby, która postanowiła napisać: „Zrobiłaś/zrobiłeś mi tą imprezę — to było grube!”. Można by powiedzieć, że to ego zostaje wtedy nakarmione, ale tak naprawdę — jeśli robisz coś z pełną pasją — najbardziej cieszy się serce. I wtedy poniedziałek w korpo, jeszcze przed pierwszą kawą, nie wygląda aż tak memicznie, kiedy przypomnisz sobie tłum ukontentowanych mordek na parkiecie, skandujących Twoje imię.

„Jak to nie pijesz, przecież wszyscy DJ-e to ćpuni i alkoholicy.”

Jak dobrze wiemy, stereotypy nie biorą się z kapelusza, ale nie dzieje się dobrze kiedy stają się wąską generalizacją. Filmy takie jak Berlin Calling, It’s All Gone Pete Tong czy XOXO w pewnym stopniu wpłynęły na sposób, w jaki przeciętny odbiorca postrzega DJ-a – często kreując obraz osoby uzależnionej, emocjonalnie niestabilnej, żyjącej w ciągłej euforii lub autodestrukcji. Choć niektóre z tych produkcji ukazują również ciemne strony tej profesji z intencją krytyczną lub refleksyjną, ich efekt bywa uproszczony – szczególnie w odbiorze kogoś, kto nie ma styczności z realiami pracy DJ-a. W rezultacie powielany jest stereotyp DJ-a jako ćpuna lub alkoholika, który nieustannie imprezuje, zamiast artysty, kuratora dźwięku, organizatora energii tłumu i często perfekcjonisty ciężko pracującego na zapleczu sceny. Oczywiście, nie da się zaprzeczyć, że substancje psychoaktywne są obecne w tej kulturze – były, są i zapewne będą, a wielu artystów sięga po nie z różnych powodów. Ale rzeczywistość nie jest zero-jedynkowa – świat DJ-ów to także osoby świadome, dbające o zdrowie psychiczne i fizyczne, działające profesjonalnie i z pasją, często w opozycji do hedonistycznych klisz, które dominują w filmowych narracjach.

„To super, że masz swoją zajawę, życie z pasją to istna sielanka”

Gdyby naprawdę tak było, żaden artysta nie rozwijałby się ani jako twórca, ani jako człowiek. Branża DJ-ska to nie romantyczna wizja pracy marzeń, tylko ciągłe negocjacje z asertywnością, zaniżanymi stawkami, opiniami, które potrafią być bolesne, oraz wiecznym wyścigiem ego — zarówno swojego, jak i cudzych. Za pozornie „czysto biznesowymi” kwestiami kryją się momenty, w których trzeba stanąć do walki o swoją wartość. To właśnie w tych sytuacjach – gdy ktoś próbuje mi coś zarzucić, podważyć moje kompetencje albo rozlicza mnie z pozycji wyższości – nauczyłam się najwięcej. Pewność siebie i samoświadomość nie są mi dane raz na zawsze. Wypracowałam je w ogniu konfrontacji. Ale to nie znaczy, że jestem na wszystko gotowa — bo życie potrafi przywalić z zaskoczenia, a DJ-ing to ciągła współpraca z różnymi światami: promotorami, bookerami, innymi DJ-ami, organizatorami imprez, technikami i klubami, z którymi nie zawsze da się dogadać.

Nie każda kolaboracja to muzyczna magia. Czasem wspólny set to zgrzyt od pierwszego numeru, a impreza, która miała być „ważnym manifestem”, rozpada się w oczekiwaniach, kasie albo zwyczajnym ludzkim ego. Kolektywy się rozjeżdżają, bo każdy idzie w swoją stronę — nie tylko muzycznie, ale życiowo. Kluby tną budżety, a publika coraz częściej zostaje w domach, bo wolą Netflix niż line-up.

Do tego rynek regularnie „wypluwa” ogromną liczbę świeżych DJ-ów, którzy — zaczynając od bardzo niskich stawek — wpisują się idealnie w realia klubów szukających oszczędności. Bez edukacji muzycznej, bez świadomości kontekstu kulturowego, ale za to z playlistą idealnie dopasowaną do TikToka.

I nie chodzi o to, żeby nie było świeżej krwi — tylko o to, że ten system, który miał być wspólnotą i kulturą, coraz częściej działa jak taśma produkcyjna. Pasja? Jasne. Ale z domieszką twardej skóry i zimnej kalkulacji.

Branża didżejska, jak wiele innych, boryka się z poważnymi problemami — seksizmem, ageizmem czy gatekeepingiem. Jak Twoim zdaniem możemy skutecznie stawiać czoła tym wyzwaniom na większą skalę, aby tworzyć bardziej otwarte i inkluzywne środowisko dla wszystkich artystów?

Monster (DJ-ka, członkini inicjatywy „Oramics”): Muszę przyznać, że po tylu latach na scenie te kwestie osobiście mnie nie poruszają tak mocno, być może dlatego, że jestem na nie odporna, ale na pewno również dlatego, że dużo się na tej scenie zmieniło. Rozmowy o zróżnicowanych line-up’ach nie kończą się już awanturą, tylko są dość normalną sytuacją poruszaną przez wiele osób. Kiedyś same poruszanie tematu, np. obecności kobiet w składach imprez czy festiwali, nie było tak oczywiste i można było spotkać się z nieprzychylnymi komentarzami na swój temat czy zarzutami bycia osobą zbyt radykalną i oderwaną od rzeczywistości. To samo jeśli chodzi o interakcje, np. z osobami technicznymi w klubie, które często zakładały, że kobietom należy wytłumaczyć jak się używa sprzętu – dzisiaj coś takiego jest nie do pomyślenia. Natomiast, niestety, nadal kobiety produkujące muzykę oskarża się o to, że zrobił to za nie ich chłopak albo jakiś inny ghost producent. Na szczęście dzięki inicjatywom takim jak Oramics, które organizowały wiele warsztatów z produkcji muzyki, kobiety mają większy dostęp do edukacji i wymiany doświadczeń w tych kwestiach.

Odnośnie ageizmu i gatekeepingu, myślę, że można te dwa pojęcia połączyć, gdyż dostęp do przydatnych kontaktów w klubach czy festiwalach jest dla młodych osób mocno ograniczony bez znajomości ze starszymi osobami na scenie, które często stoją za sterami jeśli chodzi o bookingi. Przebicie się przez siatkę kontaktów budowanych latami, często opierających się na przyjaźniach, sympatiach czy animozjach, może stanowić duże wyzwanie dla osób, które stawiają pierwsze kroki na scenie. W przypadkach niektórych promotorów odnoszę wrażenie, że osobista znajomość jest czasami ważniejsza niż obiektywne osiągnięcia danej osoby na scenie i, szczerze mówiąc, nawet nie wiem jak z tym walczyć. Radzę po prostu robić swoje, a ludzie, którym zależy na jakościowej muzyce sami do nas przyjdą. Na szczęście, jeśli chodzi o edukację, to praktycznie każdy klub prowadzi teraz jakąś  formę warsztatów czy szkoły didżejskiej, więc dostęp do samej wiedzy stał się dość powszechny, a pamiętam, że gdy ja zaczynałam, była to raczej wiedza tajemna. Np. ja uczyłam się grać z tutoriali na YouTube.

Jak radzisz sobie z presją ciągłego promowania siebie i swojej muzyki? Czy nie czujesz, że ta nieustanna konieczność „handlowania” własnym wizerunkiem odbiera Ci przestrzeń do prawdziwej twórczości i odpoczynku?             

Rawmance (DJ, założyciel znanego trance’owego cyklu “E-ROTICA”): Gra w “club culture” to nie tylko granie muzyki – to też gra wizerunkowa. Ale jeśli wizerunek jest prawdziwy i spójny z tym, kim jesteś lub co chcesz przekazać, to nie wymaga aż takiego wysiłku – raczej konsekwencji. Wiadomo, że bywa presja, bo z tyłu głowy jest to „muszę być obecny”, ale traktuję to jako część procesu twórczego. Dla mnie komunikacja, forma przekazu, nawet to, jak wizualnie wygląda mój profil – to wszystko jest częścią artystycznego wyrazu. Bawię się tym, eksperymentuję i to też mnie rozwija jako twórcę.
Nie zawsze jest przestrzeń, żeby to robić w pełni i na top poziomie, ale zamiast myśleć o tym jako o „handlowaniu wizerunkiem”, patrzę na to jak na jeszcze jeden kanał do opowiedzenia historii. I kiedy masz z tego fun – to w ogóle zmienia perspektywę.