„Technicolor” kojarzy się z tańczącym Fredem Astaire’em lub szykowną Audrey Hepburn. W pastelowych tonach śpiewają oni o miłości, kochają i cierpią, ze wzruszenia odchodzą i wracają. W debiutanckim albumie Witold Brylewski ubiera swoje postacie w futurystyczne kostiumy; nieobca jest mu skóra, lateks, cybernetyczne wszczepy i cóż… Fred Astaire i Audrey Hepburn nigdy nie wyglądali lepiej – a z miłości pozostał tylko LOVER.
Przenosi w inne, nieznane. Buzuje, jak krew. Pozwala odpłynąć. Jednocześnie trzyma równie mocno i blisko, zabiera oddech. Przywodzi na myśl dynamizm Vangelisa. Często niepokoi, jak klawisze Angelo Badalamentiego. Buduje napięcie niczym Hans Zimmer w swoich filmowych kompozycjach, które nagle kończą się symfonicznym wybuchem. Słuchacz zostaje wciągnięty, porwany przez ten nurt. Psychodeliczne, intensywne, niebanalne! „Technicolor” projektu LOVER to album konceptualny.
Okładka od razu zdradza czas i miejsce akcji. Mieniący się w zielenią i czerwienią totem na czarnym tle w odcieniu pitch black. Musi być mrocznie, utopijnie, musi być futurystycznie. Ale to raczej retro-futuryzm, który ostatnio zaserwował nam Cyberpunk 2077 (w mniejszym stopniu niż np. seria Fallout), a przed nim Blade Runner, a nawet Powrót do przyszłości. Bo w debiucie Witolda Brylewskiego popkultura jest wiecznie żywa. Hola, hola… czy było już wspomniane, że ta Audrey Hepburn ma bioniczne oko i akcelerator synaptyczny? Innymi słowy, autor na warstwach technicoloru przeprowadza swoistą wiwisekcję. Przetwarza motywy, korzysta ze znanych casusów, nie tylko aby oddać hołd temu, co było, ale podać nam też coś ponadto, coś swojego. To autor, kompozytor, ubrany w czarny, skórzany prochowiec, stoi w deszczu na ropiejących ulicach Night City (lub jak ktoś woli – Los Angeles z przyszłości). Wiemy, kto jest głównym bohaterem, kiedy dzieje się akcja i o czym może opowiadać.
Judging a book by its cover – będą syntezatory. Tym bardziej więc cieszy ich mocarna i dystopijna harmonia w pierwszym utworze – The Exaltation. Autor tylko przez paręnaście pierwszych sekund daje nam przyzwyczaić oczy do jaskrawego światła neonów. Potem zostajemy wrzuceni w świat, który wykreował. Zapalonym graczom kojarzyć się może z muzyką odtwarzaną w menu gry (np. Deus Ex: Human Revolution), ale niech każdy wyobrazi sobie to na swój sposób. To przecież także sekwencja wejściowa filmu. Zarówno gamingowe, jak i kinematograficzne skojarzenie sprowadza nas do wspólnego mianownika – historii. W opisie albumu autor otwarcie wspomina o storytellingu, nazywa każdą kompozycję „rozdziałem”. I nie jest to czcza przechwałka. Oczami wyobraźni widzi się sceny, pod które utwory z Technicolor pasują, a album jest to OST-em bez filmu (miejmy nadzieję, że tylko do czasu).
LOVER czerpie z ambientu, new age. Łączy elektronikę i rocka. Inspiruje się klasyczną muzyką syntezatorową. Słychać tutaj wyraźnie Tangerine Dream, Kraftwerk, Jeana-Michela Jarre’a. Istotnie tworzy mocny muzyczny koktajl, którego wisienką są nawiązania do soundtracków z horrorów i science fiction lat 70. i 80. oraz muzyki z gier video. W Encounters miło odnaleźć echa Obscured by Clouds Pink Floyd a stamtąd to już rzut pryzmatem do wspomnianego Tangerine Dream. The Vanishing pięknie wpada w wyraziste tony lat 80. Powiedzieć, że to laurka, to jak nic nie powiedzieć. To hołd, oddany z gracją i na wysokim poziomie. Oddany muzyce elektronicznej z całym jej dobytkiem i historią, od szkoły berlińskiej i Klausa Schulze zaczynając. Oddany muzyce filmowej. Brylewski nie zwodzi słuchacza, daje mu dokładnie to, na co ten czekał: mocną dawkę nostalgii w odświeżonej wersji.

Dusze melancholijne mogą wypatrywać utworu, który za przykładem Vangelisa z Blade Runnera w Tears in Rain, nada całej historii kolejnego wymiaru. Że LOVER umie w mocne i dosadne kompozycje, nie wątpi się już po pierwszych utworach. Czy jednak nie brakuje mu także tego zniuansowania? Są kawałki wolniejsze, jak neoromantyczny, nieco nawet gotycyzujący And Her Birds Sang Death, brakuje jednak typowego wyciskacza łez. Mamy The Inhumane End oraz Now Fade, spokojniejsze, z większą ilością gitary zamiast znanych z wcześniejszych partii syntezatorów. Wydaje się jednak, że jest to nieco mniej zbadany grunt dla autora (lub jak kto woli, boczna alejka). W mięśniowej reakcji fight-or-flight autor wybiera walkę. Jego kompozycje skłaniają się w stronę majestatycznych, czasem nawet epickich, stając się idealnym soundtrackiem do pewnego i dumnego kroczenia ulicami Metropolis.
Technicolor to już bardzo retro – używany od lat 20. XX w. przez kolejne 30 lat – proces obróbki materiału światłoczułego. Wielkie i nieporęczne kamery nagrywały ten sam obraz na filmie czarno-białym, jednak każdy z nich przepuszczany był przez filtr o odpowiedniej barwie – zielonej, czerwonej i niebieskiej. Otrzymywaliśmy więc ten sam film na trzech taśmach, które w procesie postprodukcji nakładano na siebie. W tym można dopatrzyć się sedna tytułu albumu, który przygotował LOVER – wielowarstwowości. Każda z tych warstw przepuszczona jest przed odpowiedni filtr. Możemy więc wyczuć muzyczne korzenie autora, jednak zestawione one są w jeden obraz, jeden album, który teraz staje się tworem zupełnie nowym, autorskim. Na kilku osobnych taśmach Witold Brylewski tworzy własny film. I bez wątpienia jest to film akcji. Koloruje go w neonowym rytmie lat 80., a jego narzędziami – zamiast ociężałej kamery – jest syntezator, bas i gitara (przede wszystkim). Klamrą staje się tytuł – Technicolor – album ten ma zostawić w nas kolorową odbitkę, tego co zostało już tylko na czarno-białych negatywach. Ma być jej przetworzeniem, reinterpretacją.
Witold Brylewski – poznaniak, znany z gry w takich zespołach jak In Hell’s Duty czy Sour Blood. To on jest autorem projektu LOVER. Premiera jego albumu „Technicolor” odbyła się 30 stycznia 2026 roku. Posłuchaj i daj się porwać tej muzycznej, rwącej rzece, w której mienią się neony.