Opowiada o sobie, opowiada o Polsce. Nie tylko głosem, ale też strojem. Wraca do spokojniejszej Mery, wiernej minimalizmowi, czerni, bieli i czerwieni. To w tej estetyce odnajduje prawdziwą siebie. Przed Państwem — Mery Spolsky, z którą rozmawiam nie o muzyce, a o wizerunku, inspiracjach i scenicznych odsłonach właśnie.
Dlaczego teraz postawiłaś w swojej twórczości na biało-czerwoną stylistykę?
Jestem bardzo mocno związana z tym, co wizualne. Lubię cieszyć oko ubraniami, architekturą, filmami. Biały, czerwony i czarny to były zawsze moje trzy ulubione kolory. Uważam, że są na świecie ludzie, którzy jak się zakochają w tych kolorach, to tak na amen. Taki był zespół White Stripes czy Grzegorz Ciechowski, którego znakiem rozpoznawczym były paski. Ja też się na tych barwach zafiksowałam i ciężko mi z nich zrezygnować. Oczywiście ulegam modzie, ulegam trendom. Przy poprzedniej płycie zachwyciłam się takim „gothic bdsm”, lateksowo-skórzanym wizerunkiem. Bardzo mi się podobało, że to jest taki rave’owy klimat, który wyzwala pewną wolność w ciele. Przy okazji jest modowo bardzo ciekawy – można tworzyć gorsety, wręcz lateksowe instalacje na ciele. To była fascynacja, ale też zachłyśnięcie. Teraz czuję, że już się tym pobawiłam i zaczęłam szukać nowych rozwiązań. U mnie to właśnie tak wygląda, że zanim pojawi się coś nowego, następuje powrót do basic’u, czyli ulubionych barw i Polski. Zatęskniłam za tym. To po prostu moje kolory, cały mój dom jest w nich urządzony. Tak już chyba zostanie do końca. Będę ulegać różnym fazom, ale gdzieś w głębi zawsze będę wierna bieli, czerwieni i czerni, minimalistycznej estetyce.
Czyli maksymalizm nie jest Ci tak bliski, jak minimalizm?
Z jednej strony uwielbiam przesadę, często powtarzam, że na scenie czy w teledyskach stosuję zasadę „more is more”. Nie widzę nic złego w przerysowanych tekstach, dużych, krzyczących stylizacjach i podejmującej z różnych gatunków muzyki. Lubię ten maksymalizm, ale kiedy już się w nim wyszaleje, to czuję, że potrzebuję wrócić do korzeni. A one to dziewczyna z gitarą, ballada o miłości, od której zaczynałam. Pracując nad płytą Kocham Polskę, znowu w głowie wróciłam do tej spokojniejszej Mery. Do Mery, która się zastanawia dlaczego mieszka w Polsce, co oznacza spoglądanie na siebie w szarych kolorach, jak to jest być taką typową Kowalską. Raz skrajnie idę w jedną stronę, queerowy wizerunek i szaleństwo, a kolejnym razem wkrada się nieśmiałość. Lubię ten rollercoaster!
Projektując swoje stroje, czym się kierujesz?
Uwielbiam podglądać i obserwować, co robią m.in. Rosalia oraz FKA Twigs. Na Instagramie obserwuje moje zagraniczne ikony mody i sztuki. Madonna, choć nadal ją uwielbiam, teraz mniej mnie inspiruje. Dua Lipa, jednak bardziej komercyjna, która podczas swojej trasy występuje w przepięknych gorsetach i futrach. Sabrina Carpenter, choć ma inną estetykę niż ja, pozostaje w swoim stylu bardzo konsekwentna i to jest imponujące. Gorsety, w których występuje zawsze są inne, różnią się od siebie, nierzadko nawiązują też do miasta, w którym koncertuje. To też jest dla mnie ważne, aby moje stroje współgrały z koncertem, z tematem. Aktualnie kiedy gramy „Po Polsce Tour”, nasze outfity nawiązują trochę do footballu i sportowej drużyny. Chłopaki z zespołu mają wypisane na koszulkach swoje ksywy i ulubione numery, jak zawodnicy. Ja mam ortalionowy strój trenerki i trochę prowadzę chłopaków, oni są moją drużyną i bez nich nie byłoby tego meczu. Czuję, że to zajebiście wkręca ludzi w zabawę, bo sami zaczynają przychodzić na koncerty z szalikami. Mają taki styl kibica, ale nie ma to zupełnie nic wspólnego z kibolami, z ustawkami – to jest tylko zapożyczenie z tej estetyki. Te stroje wymyśliłam w głowie, ale nie ja je uszyłam, bo tego nie potrafię. Szyła je Ola Kucharczyk, dziewczyna z Polski, która robi wszystko ręcznie sama w domu. Jest genialną artystką i totalnie zasługuje na to, by o niej tutaj wspomnieć.
W jednym z wywiadów wspomniałaś, że nigdy nie zakładasz na scenę dwóch tych samych stylizacji. A czy jest jakaś, do której chętnie byś wróciła i złamała swoją zasadę?
To jest bardzo dobre pytanie! Zasada ta została złamana w momencie, kiedy powstał projekt Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj. To było kilka lat temu, na jego potrzeby wcielałam się w postać Marysi z książki. To miała być rzecz bardzo powtarzalna. Marysia to była postać w czarnej grzywce, w garniturze szytym specjalnie na miarę przez Olę. Nie wyobrażałam sobie zakładać na każdy live act czegoś innego. Kreacje później się zmieniały, bo były przypisane konkretnemu utworowi i scenerii, ale dopiero potem zrozumiałam, że skoro tyle uwagi przykuwam do każdego z tych strojów, które są szyte ręcznie, to chciałabym, żeby każdy mógł zobaczyć je na żywo. Więc moja zasada się odwróciła w drogą stronę. Mam set wymyślonych i uszytych na potrzeby projektu stylizacji i zawsze gram w nich. To jest dla mnie nowość i cieszę się, że porzuciłam tamtą zasadę. Dzięki temu te outfity wybrzmiewają. Gdy kończymy trasę, to zamykam te stroje w swojej pracowni modowej i stają się one pamiątkami. Lubię potem do nich wracać.
Która z Twoich wizualnych odsłon była Ci dotąd najbliższa? Czy do którejś tęsknisz?
Najmniej tęsknie do czasu Erotic Era. Pewnie dlatego, że jest najświeższa i po pół roku zajawki na konkretną stylówkę, w końcu chcesz coś zmienić. Za to największy sentyment mam do rzeczy z pierwszej płyty, na które też przez pewien czas nie mogłam patrzeć. Miałam poczucie, że mi się to nawet nie podoba. Ale znów to do mnie wróciło, jak w modzie — zatoczyło koło. To są paski, to jest sentyment do prostych rzeczy, czerwona szminka, minimalizm. I jakoś naturalnie z powrotem do tego nawiązuję w swoich outfitach. Tęsknie też za welonem – to była rzecz, która mnie definiowała na samym początku. Ja to nazywam welonem, ale ciężko inaczej określić jego formę. Taki jakby czepek z czarnego tiulu. To był mój znak rozpoznawczy. Teraz nie mogę do niego wrócić, bo jest on już dość zużyty, ale może w przyszłości go odtworzę.
Czy to zawsze jesteś Ty, czy pewna Twoja kreacja? Czy każdy z tych scenicznych look’ów był jakąś częścią Ciebie?
Czuję, że z każdą płytą ten styl się zmienia, nasączony tym, co noszę w życiu codziennym. Przy płycie Erotik Era była zajawka na różowy, na co dzień też tak chodziłam. Kupiłam sobie różowe futro i ubierałam go każdego dnia. Z kolei przy Dekalog Spolsky przyszła faza na ortaliony, dresy, wysokie i dziwne koturny. Każdy projekt to jestem ja. Chyba najbardziej odstrzelony projekt, taki w którym najmocniej wcieliłam się w rolę, to był Marysia z live actu Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj. W tej kreacji była obecna peruka, a to już samo nadaje jakąś rolę. To był taki bardzo czarny, przerysowany styl. Bardzo sceniczny projekt, w którym najbardziej czułam, że wchodzę w jakąś rolę.
Jak to o czym śpiewasz przekładasz na strój i swój wizerunek?
Polubiłam występowanie niemalże nago – w bikini, w krótkich spodenkach, bo temat, który gryzł mnie przy poprzedniej płycie, to temat ciała, kompleksów, wolności. Czułam, że ciało, szczególnie w Polsce, jest tematem tabu, najmocniej u kobiet. Rezonowało to z tym, o czym piszę. Teraz, gdy płyta jest poświęcona tematom Polski, tutejszym, to ta biało-czerwona flaga też pojawia się w tych strojach. Mam różne tiulowe dodatki, które imitują tę patetyczność. Zawsze się to jakoś łączy z tym o czym śpiewam. Lubię też to szaleństwo, kiedy mam ochotę coś założyć. Wtedy scena jest idealnym miejscem, by się na to odważyć, bo potem w życiu codziennym jestem Marysią Kowalską i niekoniecznie wyszłabym w koturnach do metra. Byłoby mi niewygodnie albo czułabym się trochę skrępowana.
A czy było kiedyś tak, że najpierw pojawił się pomysł na kreację wizerunku, który później przyniósł dopiero pomysł na muzykę?
To totalnie wydarzyło się przy płycie Erotik Era. Najpierw fascynacja bdsm, ravem, techno, harnessami, berlińskim stylem, a dopiero później poszukiwanie w muzyce. Dlatego, że byłam mocno podjarana kabaretkami, ciężkimi butami, rozmazanymi smokey eye, to sięgnęliśmy po techno. Pamiętam, że to co mnie najbardziej wtedy zainspirowało, to była okładka Madonny I’ll teach you how to fuck. Zobaczyłam ją dawno temu, będąc małą dziewczynką. Zapadła mi w pamięć jako wyuzdana, ale też interesująca. Madonna siedzi w wulgarnej pozycji, ubrana w czarny gorset, rozkłada nogi, a palce trzyma w ustach. To zostało w mojej głowie. To była też ciekawość, jak ja bym w czymś takim wyglądała, w gorsecie i kabaretkach.
Co Cię inspiruje?
Ostatnio bardzo lubię podglądać ludzi na ulicy. Wydaje mi się, że w Polsce coraz częściej lubimy eksperymentować z modą i próbujemy się wyłamywać. Widząc gotyckie dziewczyny na ulicy, które chodzą w newrock’ach, od razu przypominają mi się albumy zdjęciowe z gothic lolitami, które moja mama przywoziła z Tokio. Fotograf łapał je na ulicy i robił zdjęcia, bo były ciekawie ubrane. Z zafascynowaniem przeglądałam je, kiedy byłam małą dziewczynką. Inspirują mnie też ulice podczas różnych Fashion Week’ów. Poza tym bardzo lubię przeglądać social media i wpadać w wir różnych inspirujących dziwactw. Uwielbiam Tommy’ego Casha, jego wyczesane stylizacje. Jednak ostatnio najmocniej z podziwem spoglądam na Rosalię, ogromnie podoba mi się to, że każda jej płyta równa się oddzielny wizerunek. I na koniec David Bowie, który jest dla mnie ikoną odwagi. Był mężczyzną, który nie bał się malować, zwłaszcza w tamtych czasach. Był mężczyzną, który wcielał się w role i był tym, kim chciał.
A Tobie bliżej jest do stylizacji dopiętych na ostatni guzik, czy raczej z brakującym guzikiem?
Przy trasie Po Polsce Tour bliższa jest mi ta druga opcja, z luzem i spontanem. Podczas tej trasy przebieram się dużo razy i nie chcę, żeby wszystko było doskonałe. Jeśli w biegu czegoś nie zdążę założyć, to nic się nie stanie. Przy tej trasie jest tank top, jest bikini, pozwalam sobie na większą swobodę. Ale przy poprzednich projektach, na przykład przy live act’cie, tam wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Jeśli tak nie było, to miałam poczucie, że to wszystko jest niespójne. Perfekcjonizm to swego rodzaju więzienie, więc uważam, że dobrze się czasem z niego uwolnić i dać sobie luz.
Masz swojego ulubionego projektanta?
Teraz mam obsesję, podkreślam obsesję, na puncie marki Bimba y Lola. Wiem, to nie projektant. Oni wypuszczają przerysowane rzeczy, choć dużo pojawia się u nich kolorów. Czasami marzę, żeby zrobili coś przerysowanego, ale w bardziej stonowanych barwach. Lubię tę markę za to, że jest w ich kolekcjach jakieś szaleństwo.
Marzy Ci się współpraca z jakąś marką odzieżową? Czy byłaby to właśnie Bimba y Lola? Jak ją sobie wyobrażasz?
Bardzo bym chciała! Oni są z Hiszpanii, a ja często inspiruje się artystami z tego kraju. Salvador Dali, który od dziecka jest dla mnie bardzo ważny. Rosalia, o której już wspominałam. No i jest Bimba y Lola, może kiedyś się uda?
Często koncertujesz w Poznaniu, jak odbierasz to miasto modowo? Czy znajdujesz tu czasem inspiracje?
Mam wrażenie, że Poznań jest bardzo rave’owy. Kojarzy mi się z ludźmi, którzy właśnie mocno ubierają się w stylu Erotik Era. Jak graliśmy tam trasę z tą płytą, to czułam, że jestem u siebie. Poznań kojarzy mi się nowocześnie i berlińsko. Bardzo lubię u Was grać, bo mam poczucie, że ludzie w Poznaniu są otwarci na różnorodność i bardziej wyzwoleni, może właśnie przez ten zachodni powiew Berlina. Nie mogę doczekać się każdego kolejnego koncertu, bo ilekroć gramy w Poznaniu, to ludzie zawsze przychodzą i dobrze się bawią. Może wynika to też z obecności wielu festiwali w tym mieście. Ja jestem spokojna o Poznań, ale też zawsze bardzo ciekawa ludzi, którzy przyjdą na mój koncert.
Ok, to na koniec seria szybkich pytań. Ulubiony dodatek to?
Buty, buty, buty, buty.
Czerń, czerwień czy biel?
Czerwień. W tym momencie wracam z powrotem do fascynacji czerwienią.
Garnitur czy gorset?
Garnitur. Oversize z dużymi ramionami.
Mniej czy więcej?
Mniej, spokojniej. Less is more.