Kobayashi: „Nie interesuje mnie ładna sztuka”

Kobayashi
14 paź 2026
Paweł Kwiatkowski

Kobayashi tworzy charakterystyczny, mroczny świat pełen czaszek, szkieletów, potworów, zwierząt i zdeformowanych postaci. Jego prace można spotkać zarówno w przestrzeni miejskiej, jak i na płótnach. Na scenie streetartowej działa od 2009 roku: zaczynał od udziału w festiwalach graffiti, gdzie prezentował doprowadzoną do wirtuozerii technikę szablonu. Przez kolejne lata brał udział w licznych wydarzeniach w Polsce i za granicą, w tym regularnie bierze udział w największej dorocznej wystawie street artu w Polsce Urban Art Area. Mieszkańcy Wielkoplski mogą zobaczyć jego prace m.in. w stałej galerii Under the Street Gallery w Lesznie; w 2026 roku jego obraz został również wystawiony na aukcji domu aukcyjnego Rempex. Dla naszego magazynu spotkał się z nim i porozmawiał Paweł Kwiatkowski, autor książki „Urban Vibe. Street Art Polska Vol. 2″.

Przeprowadzając wywiady z artystami streetartowymi przyzwyczaiłem się do spotykania się z nimi w zagraconych, uwalanych farbą pracowniach, na pustostanach wśród gruzu, w squatach. Tymczasem teraz przyjeżdżam na umówione miejsce wywiadu i widzę elegancki dom w podpoznańskiej miejscowości, przed domem elegancką furę, a wewnątrz gustownie urządzone, nowoczesne wnętrze. Sam artysta wcale nie pasuje do wizerunku, który można sobie wyrobić patrząc na jego prace: wcale nie jest szamanem ani mrocznym, gotyckim introwertykiem. Postawny, uśmiechnięty, subtelny w obyciu. I jeszcze jedno, totalne zaskoczenie: na co dzień pracuje jako inżynier budownictwa w dużym, międzynarodowym przedsiębiorstwie i działa praktycznie na całym świecie. Jego rolą jest nadzorowanie odbiorów i rozpatrywanie ewentualnych zastrzeżeń inwestorów, dla których firma realizuje wielkie obiekty, jak stadiony czy szpitale. O swojej sztuce mówi, że jest przede wszystkim reakcją na to, co dzieje się w jego głowie. Rozmawiamy o turpizmie, szablonach, streetartowej społeczności, dwóch pozornie odległych światach i o tym, dlaczego jego obrazy zaczynają się ostatnio poruszać.

Twój świat pełen jest czaszek, szkieletów, potworów i zdeformowanych zwierząt. Skąd się biorą te wszystkie motywy?

Niestety nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To jest nie do opisania. To coś, co ze mnie po prostu wypływa. Ciężko mi, jako autorowi, w jakikolwiek sposób to skatalogować, opisać, zamknąć w ramę określonych figur. Po prostu siadam i rysuję. Nie wymyślam tego godzinami. Oczywiście jeśli chcę narysować goryla czy warana z Komodo, muszę wcześniej zobaczyć, jak one wyglądają, ale większość rzeczy pojawia się spontanicznie.

Czyli nie masz okresów, w których nagle fascynują cię na przykład gady albo owady?

Nie. Nie mam takich faz. Jest po prostu świat Kobayashiego. Raz pojawia się Fishbone, innym razem Ćma, Koty, Żółwie, Ośmiornice, Ważki czy jakieś morskie stwory. A obok tego są rzeczy bardziej nieuchwytne: Diabły, Trąby Piekielne, Korony Cierniowe, Maski Gazowe, Szkielety.

Twoja sztuka jest mroczna, ale ty sam nie sprawiasz wrażenia szczególnie mrocznego człowieka.

Mam nadzieję! Jestem raczej zadowolony z życia i pogodnie nastawiony do świata i ludzi. Ale gdzieś tam we mnie siedzi poezja Grochowiaka. Fascynuje mnie ulotność życia. Ty widzisz ptaki, a ja widzę tę ulotność: wszyscy umrzemy, ale czy coś po nas zostanie?

Pamiętam, że przy jakiejś okazji Marcin Rutkiewicz, znawca urban artu i promotor kultury streetartowej, rzucił kiedyś patrząc na jedną z Twoich prac: „Ale fajnie Kobayashi Gigerem zajechał” – rozumiem, że miał na myśli to, że odnalazł w Twoim malarstwie klimat twórczości do H.R. Gigera, twórcy charakterystycznej, mrocznej biomechanicznej estetyki znanej przede wszystkim z filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”.

Też to pamiętam: było to podczas COVID-u. Malowałem na „Pandemic Art Attack” na warszawskim squacie Syrena. I powiem ci, że tak jak wszyscy lubią „Obcego”, to mnie on jakoś specjalnie nie ekscytował. Ale wtedy stanąłem na chwilę z boku, spojrzałem i mówię: „Marcin, masz rację”. I faktycznie ostatnio pojawia się u mnie takie, trochę Gigerowe tło. Jest w tym turpizm, czyli fascynacja brzydotą. I chyba rzeczywiście dobrze się w tym czuję.

A wcześniej ważnym źródłem inspiracji był dla ciebie Franciszek Starowieyski.

Wcześniej, teraz i pewnie na zawsze! A zaraziłem się jego wrażliwością dawno temu, jako młody chłopak. W latach 90. oglądałem w telewizji jego Teatr Rysowania. Bardzo fascynowała mnie forma jego kontaktu z publicznością. Studenci, akademia… a on rysował i jednocześnie wszystko komentował. Był dialog.
Kiedy później pojawiła się możliwość uczestniczenia w festiwalach streetartowych, na które przyjeżdżasz, robisz swoją sztukę, spotykasz ziomali i poznajesz nowych ludzi, poczułem, że to jest trochę kontynuacja tamtej sytuacji.

Dużo rysujesz również poza pracą nad konkretnymi realizacjami?

Dużo to mało powiedziane. Życia by nie starczyło, żeby pokazać wszystkie moje szkice. Zobacz! Mam tu mnóstwo szkicowników. Właściwie wiele z tych rysunków to już gotowe grafiki, tylko w małym formacie i w większości niepublikowane. Część później przerabiam na szablony i przenoszę na ściany.

Jak właściwie powstaje twoja praca?

To jest akcja–reakcja. Najpierw szkic, potem szablon i w końcu najlepsza część, czyli malowanie. Szablon pozwala mi uchwycić kreskę. Mogę złapać rysunek i przenieść go w większy format.

Samo wycinanie szablonów wygląda jednak na bardzo żmudną pracę.

Jest żmudne. Wycinam wszystko ręcznie, często całe wieczory i weekendy. Szkic skanuję, drukuję po kawałku, składam wydruk w całość i potem wycinam szablon w folii nożykiem introligatorskim. Z reguły robię szablony maksymalnie czterowarstwowe, ale najczęściej wystarczą mi dwie warstwy, a czasami nawet jedna. Mam trochę „malarskiego drygu”, więc robotę robi też podmalówka. A najważniejsza jest dla mnie ostatnia warstwa: czarna.

 A malowanie?

Tego w pracowni nie robię, bo bym się udusił. W końcu spray ma swoje prawa! Pracownia, wobec tego, jest tam: na dworze. W przypadku murali maluję w różnych miejscach, a obrazy robię najczęściej w ogrodzie.

Jest różnica między tym, co robisz na płótnie, a tym, co trafia na ścianę?

Ogromna. Malowanie na murach daje mi olbrzymią swobodę. Jeśli gdzieś farba pocieknie, to się cieszę, bo to też może być fajny efekt. Na płótnie jestem wobec siebie dużo bardziej wymagający. Jeśli pojawi się zaciek, obraz raczej nie wyjdzie z pracowni.

Street art to dla ciebie również środowisko ludzi. Mam wrażenie, że bardzo ważne są dla ciebie spotkania z innymi artystami.

Bardzo. Świat streetartowców jest dla mnie trochę jak rodzina. Uwielbiam przyjechać na Familia Graff Jam w Kwidzynie. Zjeżdża się ponad pięćdziesiąt ekip z całej Polski, rozstawiamy grille, otwieramy browary. A ja jestem wtedy dwadzieścia lat młodszy!
Podobało mi się również, jak w jednym z wywiadów powiedziałeś, że jesteśmy trochę jak środowisko rowerowych kurierów. Trafnie zauważyłeś, że między twórcami street artu praktycznie nie ma rywalizacji. Jako osoba będąca częścią tego świata mogę to tylko potwierdzić. Wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń i zwykła radość ze wspólnego tworzenia są dla nas dużo ważniejsze niż konkurowanie ze sobą.
Dlatego bardzo lubię nasze wspólne malowania. Z okazji urodzin zazwyczaj zapraszam przyjaciół artystów i robimy sobie takie spotkania. Nazwaliśmy to „Spółdzielnią”. Było już kilka edycji, na jednej z nich też byłeś, kiedy malowaliśmy w opuszczonej, poniemieckiej fabryce samolotów Focke-Wulf.

Było to niezapomniane przeżycie. Tam zresztą też przeżyłem niemałe zaskoczenie, bo nie spodziewałem się, że pośród gruzu trafię na suto zastawiony stół, grill i tyle uśmiechniętych twarzy artystów znanych z najlepszych galerii i festiwali sztuki ulicznej.

To są dla mnie bardzo ważne rzeczy. Nie tylko samo malowanie, ale też rozmowa, muzyka, bycie razem. Niejednokrotnie zdarza mi się po tym czy innym wernisażu siedzieć z ziomalami do rana. Zawsze wtedy czuję po trochu klimat bohemy lat dwudziestych ubiegłego wieku. Takie chwile są świetne, ale oczywiście większość czasu to jednak praca w pracowni.

Jeśli chodzi o sztukę – owszem! Ale ty masz przecież jeszcze drugie życie: na co dzień jesteś inżynierem budownictwa.

Tak. I to nie jest żadna przykrywka. Naprawdę lubię tę pracę. Skończyłem budownictwo na Politechnice Poznańskiej. Dzisiaj pracuję jako contract manager przy dużych inwestycjach budowlanych. Zajmuję się między innymi roszczeniami terminowymi i kosztowymi, warunkami realizacji inwestycji, korespondencją kontraktową. Zarządzam zespołem ludzi.

Czyli w dzień garnitur i wielkie inwestycje, a po pracy czaszki, szkielety i szablony.

Tak. I absolutnie mi to nie przeszkadza. Wszystko, co robię, robię z pasją. Praca inżynierska też daje mi dużo satysfakcji.

A skąd wziął się twój tajemniczy pseudonim: Kobayashi?

Z filmu „Podejrzani”. Jechałem na jeden z pierwszych eventów streetartowych do Elbląga. Organizatorzy powiedzieli: „Przyjeżdżaj, ale najpierw dawaj nika”. A ja byłem wtedy pod wielkim wrażeniem filmu z Kevinem Spaceyem. Jest tam postać Kobayashiego – eleganckiego faceta, który załatwia wszystkie sprawy swojego tajemniczego szefa Keysera Söze. Więc bez namysłu rzuciłem przez telefon „Kobayashi”. I tak już zostało.

Nie męczy cię ta dwoistość zupełnie niczym dr Jekyll i Mr Hyde: inżynier i streetartowiec?

Absolutnie nie. To są po prostu dwa moje światy. Ten pierwszy daje mi możliwość działania na dużą skalę, pracy z ludźmi, rozwiązywania problemów. Ten drugi pozwala mi robić coś zupełnie intuicyjnego. Kiedy jestem na spotkaniu biznesowym często szkicuję, bo to często pomaga mi zebrać myśli i ostudzić emocje. I nie przeszkadza mi w pracy; tym bardziej, że koleżanki i koledzy już się zdążyli do tego przyzwyczaić i nikogo nie dziwią stwory, które szkicuję w czasie omawiania problemu.

A na poważniejsze skupienie masz zresztą swój azyl – pracownię.

Tak. To jest mój świat. Mam tutaj szkicowniki, szablony, prace innych artystów, różne rzeczy, które zbierałem przez lata. To miejsce, w którym mogę się odciąć i rysować.

Ale nie zawsze się odcinasz. Całkiem niedawno można było podziwiać cię przy robocie w trakcie wystawy „Konie po betonie” w toruńskiej Wozowni. To dość szczególny projekt, bo sztuka nie dała się uwięzić w galerii, ale zgodnie z powołaniem street artu – wyszła wprost na ulice miasta. Jak się odnalazłeś w takim połączeniu?

To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Street art z natury jest związany z przestrzenią publiczną, więc przeniesienie go do galerii zawsze coś zmienia. W Wozowni fajne było właśnie to, że nie próbowaliśmy udawać, że ulica nie istnieje. Przeciwnie — ona była częścią całego projektu. Działaliśmy jednocześnie w mieście, gdzie występowała interakcja z przechodniami a równolegle malowaliśmy w galerii.
Ale kluczowe było tu nie tyle wypracowanie jakiejś własnej koncepcji, ile raczej spotkanie z konkretnym miejscem, z jego architekturą, kontekstem, przypadkowymi sytuacjami, a dopiero potem malowanie. Kurator wystawy, Marcin Andrzej „Po Prostu”, do samego końca trzymał nas w niepewności, dlatego na realizację przyjechałem z bagażnikiem pełnym szablonów. Sam nie wiedziałem, z jaką przestrzenią i wyzwaniem przyjdzie mi się zmierzyć.
Taki sposób działania jest mi zresztą bardzo bliski. Zawsze bardziej interesuje mnie dialog z miejscem niż realizowanie wcześniej przygotowanego scenariusza. Wolę najpierw stanąć przed ścianą, poczuć jej charakter i zobaczyć, co sama mi podpowie. Właśnie wtedy powstają rzeczy najbardziej autentyczne.

W maju malowałeś również na żywo w Poznaniu, na Starym Rynku w podcieniach Galerii Arsenał, podczas premiery mojej książki. Nazwaliśmy tę imprezę „Urban Vibe Live Painting”. Byłem pod wrażeniem, jak magnetyczna potrafi być sztuka wykonywana na żywo. Co daje ci praca przy ludziach, na oczach publiczności?

To jest zupełnie inna energia. Kiedy malujesz sam, możesz się zamknąć w swoim świecie. A kiedy ludzie stoją obok, komentują, pytają, patrzą, jak coś powstaje, praca zaczyna żyć jeszcze zanim ją skończysz. I to jest chyba jedna z najfajniejszych rzeczy w street arcie: że proces nie musi być ukryty. Można zobaczyć moment, kiedy pusty kawałek przestrzeni zaczyna się zmieniać.

Nam wówczas właśnie o to chodziło. Nie tylko o pokazanie gotowej pracy, ale o to, żeby ludzie mogli zobaczyć, jak ona powstaje i od razu podzielić się wrażeniami ze mną. Taka konfrontacja jest bezcenna. Dla mnie to dużo ciekawsze niż przyjście następnego dnia i oglądanie już skończonego obrazu.

A dokąd zmierza teraz twoja sztuka?

Ostatni rok był dla mnie bardzo ważny pod względem rozwoju. Za namową żony podjąłem studia podyplomowe z rysunku i malarstwa na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. To była wspaniała przygoda, ale też czas bardzo intensywnej pracy nad warsztatem i poznawania nowych technik. Spotkania z wykładowcami i innymi artystami pozwoliły mi spojrzeć na własną twórczość z zupełnie innej perspektywy.
Jednym z efektów tej drogi jest choćby to, że po zajęciach z profesor Moniką Koroną zacząłem samodzielnie przygotowywać płótna do malowania. Dla wielu osób może to wydawać się drobiazgiem, ale dla mnie oznacza jeszcze większą świadomość procesu twórczego i większą kontrolę nad efektem końcowym. Mam poczucie, że coraz bardziej interesuje mnie nie tylko sam obraz, ale również wszystko to, co prowadzi do jego powstania.
Ta pogłębiona świadomość wspiera zresztą moją naturalną ewolucję jako artysty. Do tej pory moje obrazy były raczej statyczne. Niezależnie od tematu czy formy, w przedstawianych przeze mnie postaciach było dużo spokoju i bezruchu. Teraz coraz częściej szukam dynamiki. Zastanawiam się, jak wprawić te postaci w ruch, jak opowiedzieć historię poprzez gest, napięcie i relacje między elementami obrazu.

Czyli będziemy oglądać poruszające się postaci i głębię drugiego planu?

Może. Chciałbym bardziej pobawić się ich przenikaniem, perspektywą, światłem. Technicznie mogłoby to oznaczać pokazanie jednej postaci jednocześnie w kilku fazach ruchu. Jak się ukaże, to pierwszy to zobaczysz. W każdym razie idzie za mną ruch, gra perspektywą i światłem.

* * *

Więcej o Kobayashim i świecie polskiego street artu.

Jeśli rozmowa z Kobayashim rozbudziła Waszą ciekawość, jego historię — w znacznie szerszym ujęciu — znajdziecie w książce „Urban Vibe. Street Art Polska vol. 2” Pawła Kwiatkowskiego.

Kobayashi jest jednym z 21 artystów, których twórczość została przedstawiona w książce. Ale „Urban Vibe” nie jest katalogiem artystów ani klasycznym albumem o muralach. To opowieść o miejskiej kulturze widzianej od środka: o ludziach, ich pasjach, relacjach, miejscach, w których powstają prace, i o energii, która sprawia, że miasto nieustannie się zmienia.

Obok uznanych twórców, takich jak Bartek Stypka, Bartek „Pener” Świątecki, Tankpetrol czy Taki Myk, pojawiają się artyści młodszych rocznzików oraz osoby działające na pograniczu street artu, muzyki, performansu i innych dziedzin. Z poznańskich artystów w książce można też natknąć się na rewelacyjny zespół jazzowy SIEMA ZIEMIA, którego część składu działa nie tylko w muzyce, ale także w sztukach wizualnych.

Urban Vibe to również opowieści o pustostanach, wspólnym malowaniu, niezależnych inicjatywach i wydarzeniach, które tworzą środowisko polskiej sztuki ulicznej. Publikacja stanowi kontynuację kultowej książki STREET ART POLSKA z 2022 roku, zdobywczyni Nagrody Magellana na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie w kategorii Wydarzenie Roku. W tamtej książce też można spotkać się artystami związanymi z Poznaniem: Someartem oraz nieżyjącym już Tone czyli Robertem Prochem.

W książce znajdziecie ponad 500 ilustracji, sześć fotoreportaży, trzy filmy dokumentalne oraz liczne kody QR, które pozwalają zajrzeć za kulisy powstawania prac. „Urban Vibe” to więc nie tylko książka do oglądania, ale opowieść o tym, co dzieje się pomiędzy artystą, ulicą i miastem — zanim kolejna ściana zostanie zamalowana, przebudowana albo po prostu zniknie: „Urban Vibe. Street Art Polska vol. 2”.

Paweł Kwiatkowski
400 stron | 21 artystów | ponad 500 ilustracji

www.urbanvibe.art

instagram.com/street_art_polska