Jazz wraca i zdecydowanie jest hot. To zdanie słychać coraz częściej – zarówno w rozmowach ze znajomymi, jak i w sieci, zwłaszcza wśród pokolenia Z. Dwudziestokilkulatkowie sięgają po jazz zarówno w klasycznej formie, jak i w licznych fuzjach gatunkowych, które dziś łatwiej niż kiedykolwiek znaleźć.
Jazz przyciąga nie tylko jako gatunek muzyczny, ale też jako estetyka. W ubiegłorocznym raporcie Pinteresta Jazz Revival okazał się jednym z najważniejszych trendów – obejmujących muzykę i modę. Gen Z uznaje jazz za „cool”, poszukując nowych dźwięków i form, które interpretuje na własny sposób – i których szuka w swoich miastach.
To również efekt pandemii: normalizacji samotności i życia online – od relacji, przez szkołę i studia, po pracę zdalną. Te zmiany, mimo pewnych zalet, wywołały tęsknotę za tym, co autentyczne – za żywym doświadczeniem, spotkaniem, przeżyciem. Po pandemii wszyscy – nie tylko Gen Z, ale też millenialsi – potrzebują emocji. W czasach komercjalizacji i nieustannego konsumpcjonizmu koncerty (nie tylko jazzowe) stały się dla wielu dowodem, że wciąż coś czujemy.
Z jednej strony dominuje zromantyzowana wizja jazzu – przydymione kluby, eleganckie stroje, zanurzenie w dźwiękach. Królują czarne satynowe sukienki i białe koszule. To doświadczenie z kategorii „extra”, którego wszyscy łaknęliśmy i które teraz sobie odbijamy. Z drugiej strony jazz jest też dla zwykłych ludzi – łączy sacrum z profanum. Kluby na całym świecie zapełniają się słuchaczami, którzy przychodzą na koncerty w sneakersach, z piwem w dłoni – po prostu, po ludzku.
Właśnie – Jazz is for ordinary people to tytuł utworu Berlioza, brytyjskiego artysty tworzącego nowoczesny jazz czerpiący z house’u. Twórczość Teda Jaspera (bo tak naprawdę się nazywa) opisywana jest jako „gdyby Matisse grał muzykę house”. W marcu wyprzedał warszawską Progresję, a publiczność reagowała z euforią bardziej typową dla koncertów rockowych niż jazzowych.
Choć jazz wciąż bywa postrzegany jako nisza, rzeczywistość przeczy temu obrazowi. Zarówno zespoły, festiwale, jak i publiczność udowadniają, że jazz przebija się do mainstreamu. W Polsce przybywa młodych formacji łączących jazz z hip‑hopem, funkiem, soulem, house’em czy elektroniką.
Od światowego trendu do Poznania
Choć poznańska scena nie należy do najłatwiejszych, jazz w centrum miasta słychać od lat. Na hasło „jazz w Poznaniu” większość spojrzy w stronę Blue Note – kultowego klubu, działającego od 1998 roku w gmachu Zamku Cesarskiego. Od dwóch lat funkcjonuje na nowo – po remoncie, z nową energią i pomysłami.
Tomek Rassek, menedżer klubu, podkreśla, że starają się wychodzić naprzeciw nowej publiczności. Przykład? Comiesięczne jam sessions w każdy pierwszy czwartek miesiąca. W tym roku finansowane są z budżetu miasta Poznania, a darmowy wstęp zostanie utrzymany również od września.
W czerwcu odbył się także Festiwal Młodego Jazzu – organizowany przez Akademię Muzyczną we współpracy z Blue Note. Klubowe wnętrza oddano studentom na dyplomy, by mogli zagrać je w naturalnym, koncertowym środowisku – bez stresu egzaminacyjnych komisji.
Na scenie Blue Note’a chętnie występują młode zespoły z Poznania (i nie tylko). Dobrym przykładem jest kwintet Blu/bry, złożony z absolwentów szkoły muzycznej przy ul. Solnej. Zespół zdobywa ogólnopolską rozpoznawalność – ostatnio wystąpił na Enter Enea Festival. Dużym zainteresowaniem cieszył się także lutowy koncert grupy Błoto z projektem We Remember J Dilla.

Nie tylko Blue Note
W Poznaniu działają też inne miejsca promujące jazz i improwizację. Jednym z nich jest Pan Gar w Domu Tramwajarza przy ul. Słowackiego. To właśnie tam, we wtorkowe wieczory, odbywają się jam sessions z udziałem profesjonalnych muzyków i amatorów. Pierwszą część spotkań często prowadzi Kuba Królikowski – pianista i kompozytor jazzowy. Przestrzeń ta przez lata stała się inkubatorem wielu muzycznych projektów.
To właśnie stąd wywodzi się m.in. Głupi Komputer – trio Królikowski/Fetler/Karpiński. Zderzenie jazzu i elektroniki przyniosło debiutancki album Jazz Not Found, wydany w marcu 2025. Inny przykład to zespół KOŃ, grający acid blues z domieszką jazzu i psycho trance.

Szymon Konrad, dyrektor artystyczny Fundacji Pan Gar, podkreśla, że scena Domu Tramwajarza jest otwarta na tych, którzy nie mają jeszcze przestrzeni do zaprezentowania się. W ramach cyklu WAPO (Wieczory Artystów Poznańskich), zainicjowanego przez Milenę Puszczak i Jakuba Szwarca, młodzi twórcy mogą debiutować przed publicznością.
Dom Tramwajarza wkrótce przejdzie remont. Koncerty w małej sali wrócą już we wrześniu, a Sala Amarantowa zostanie ponownie otwarta na początku 2026 roku.
Z Poznania bez granic
Poznańscy muzycy jazzowi coraz częściej są zapraszani poza miasto – i słusznie. Nie znikają jednak z lokalnej sceny. Nowe formacje czerpią z jazzu, często łącząc go z elektroniką. Przykład? Zespół Siema Ziemia – Andrzej Konieczny, Wuja HZG, Fryderyk Szulgit i Kacper Krupa. Ich brzmienie to jazzowe serce zanurzone w syntezatorach, doceniane także poza Polską.
Z ducha eksperymentu i improwizacji narodził się projekt Łona x Konieczny x Krupa. Część Siema Ziemia połączyła siły z Łoną – efektem jest koncepcyjny album TAXI, opowieść o mieście widzianym oczami taksówkarza. Projekt zdobył trzy Fryderyki w 2024 roku. Najbliższa okazja, by ich usłyszeć, to 5 lipca podczas Enea Edison Festival w Baranowie.
– Jazz zawsze szedł z duchem czasu – podkreśla Kacper Krupa. – Choć kojarzy się ze swingiem i bossą, od zawsze wchłaniał to, co działo się wokół. Dziś młodzi ludzie, często wywodzący się z hip‑hopu czy elektroniki, odnajdują w jazzie dokładnie to, czego szukają.
Nie tylko jazz z syntezatorami ma się jednak dobrze. Tradycyjna forma w świeżej odsłonie także znajduje odbiorców. Trio Kwaśny Deszcz – Krupa, Cienkowski i Aleksandrowicz – stawia na kolektywną improwizację, broniąc się bez żadnych dodatków.
Vibe, improwizacja i energia
Wzajemne znajomości i kolaboracje to siła poznańskiego jazzu. Przykład? Wuja HZG, czyli Paweł Stachowiak – muzyk związany z zespołami Błoto, EABS i Siema Ziemia. Brał udział w nagraniu ponad 60 płyt i definiuje muzykę przez brzmienia, a nie gatunki. Niedawno w duecie z Tymkiem Papiorem stworzył świeży projekt Lumbago, który w tym roku zagra na OFF Festivalu.
Kolejny przykład to Plondra – formacja Fryderyka Szulgita, łącząca swobodę jazzu lat 60., surowość grunge’u i elementy ambientu, noise’u i drone’u. W składzie m.in. Krzysztof Baranowski, Jakub Szwarc i Kacper Krupa.
Poznańską scenę reprezentuje także Michał Kmieciak – kompozytor i pianista, lider zespołu Hello Mark, współpracujący z Grabkiem. Ostatnio dużo mówi się o jego kolaboracji z Nimm2 – projektem elektronicznym.
Warto śledzić też Fanfarę Awanturę – szalone połączenie polskich melodii ludowych z techno, tworzone przez orkiestrę dętą pod wodzą Michała Fetlera. To trzeba usłyszeć! Nie można pominąć również zespołu Bibobit, który łączy jazz z elektroniką i popem. Często pojawiają się na dużych festiwalach, a w tym roku zagrają m.in. na Pol’and’Rock.
Jazzowo zahacza także projekt kakofoNIKT – 18‑letnia formacja nadal uznawana za część młodej sceny jazzowej. Jej członkowie są powiązani z Kołorkingiem Muzycznym na Świętym Marcinie. Z tego środowiska wywodzi się też duet Joniec & Giżycki (MicrobioM) – wykonujący „radykalną, psychoaktywną muzykę swobodnie improwizowaną”.

Jazz odnajduje nas sam – wystarczy dać mu szansę. Być może nigdy nie przestał być hot – po prostu potrzebowaliśmy nowych form, by odkryć go na nowo.
Młody polski jazz coraz częściej pojawia się na największych festiwalach w kraju. Formacje jazzowe usłyszymy m.in. na Tauron Nowa Muzyka, Open’erze czy OFF Festivalu, gdzie zagrają m.in. Kosmonauci, Omasta, Ninja Episkopat oraz Lumbago z Wuja HZG.
W Poznaniu natomiast jazz zabrzmiał latem w Parku Starego Browaru, podczas Blue Summer Jazz Festival (26–27 lipca), organizowanego przez Blue Note. Wśród wykonawców: EABS z Brianem Jacksonem oraz Jazzbois – trio łączące jazz z hip‑hopowym groovem.