Wreszcie się udało – Poznań doczekał się dużego, pełnoprawnego festiwalu, który może śmiało rywalizować z największymi imprezami w kraju. Bittersweet Festival 2025, zorganizowany w sercu miasta – na terenach Cytadeli. Od samego początku wzbudzał ogromne zainteresowanie i wysokie oczekiwania. Już sam fakt, że to pierwsza edycja, a mimo to udało się zgromadzić tak imponujący line-up oraz dziesiątki tysięcy uczestników, pokazuje, że stolica Wielkopolski była gotowa na wydarzenie tego formatu.
Dotychczas Poznań, mimo swojego kulturalnego potencjału, pozostawał w cieniu innych miast, jeśli chodzi o duże festiwale muzyczne. Warszawa ma Orange Warsaw Festival, Katowice – OFF Festival, a Gdynia – Open’era. Teraz to się zmieniło. Park Cytadela, z jego wyjątkowym połączeniem zieleni, historii i otwartej przestrzeni, okazał się idealnym miejscem do stworzenia festiwalowej atmosfery. Na trzy dni to właśnie tam przeniosło się muzyczne serce miasta – pełne koncertów, spotkań, integracji i emocji, które wykraczały poza samą muzykę. Bittersweet od razu pokazał, że ma ambicje. Nie tylko sprowadził do Poznania światowe gwiazdy, ale też stworzył przestrzeń dla polskich artystów i młodych talentów. Co więcej, przyciągnął nie tylko mieszkańców Poznania i Wielkopolski, lecz także festiwalowiczów z całej Europy. Dla wielu był to powód, by odwiedzić miasto po raz pierwszy i zobaczyć, jak stolica regionu potrafi cieszyć się muzyką. Już od pierwszych godzin czuło się, że to wydarzenie wyjątkowe – tłumy ludzi wędrujących alejami Cytadeli, gwar rozmów w różnych językach, kolorowe światła scen i zapachy z foodtrucków tworzyły atmosferę prawdziwego święta. Bittersweet Festival stał się symbolem tego, że Poznań dołączył do grona najważniejszych punktów na festiwalowej mapie Polski.
Poniżej przedstawiamy szczegółowe podsumowanie trzydniowej przygody, dzień po dniu – od wielkich koncertowych emocji, przez organizacyjne smaczki, aż po refleksje, co warto poprawić w kolejnych edycjach.
Dzień pierwszy – start festiwalu
Czwartek zaczął się od mocnego, polskiego akcentu i pokazał, że organizatorzy chcą wyraźnie postawić także na lokalną scenę. Punkt 17:30 na BitterSweet Stage pojawiła się Julia Wieniawa, która przyciągnęła pod scenę sporą grupę młodszej publiczności. Jej koncert był starannie przemyślany – od przebojowych singli znanych z radia, przez ballady w spokojniejszym tonie, aż po nowszy materiał, w którym słychać było, że Wieniawa coraz śmielej porusza się po popowo-elektronicznych brzmieniach. Publiczność była zachwycona a refreny wielu piosenek były śpiewane przez wszystkich obecnych. To było otwarcie z energią, które dobrze wpisało się w popołudniowy klimat festiwalu – lekko, radośnie, bez przesadnej pompy, ale z poczuciem, że oto zaczyna się coś dużego.
Po krótkiej przerwie klimat zmienił się diametralnie – na scenie pojawił się Rudimental ze swoim DJ-setem, zastępujący Rag’n’Bone Man’a, który z powodów zdrowotnych musiał odwołać swój koncert. Brytyjski kolektyw od lat kojarzony z połączeniem drum and bassu, house’u i soulu przygotował występ stricte taneczny. Dynamiczne bity, gęste basy i rozbudowane dropy sprawiły, że publiczność błyskawicznie „weszła” w tryb klubowy. To właśnie ten moment, gdy jeszcze przed zachodem słońca, park zamienił się w wielki open-air dancefloor. Wiele osób komentowało później, że to był pierwszy koncert tego dnia, przy którym naprawdę poczuli festiwalową euforię.
O 21:00 scena należała do Natashy Bedingfield, której popowe hity sprzed dwóch dekad zadziałały jak wehikuł czasu. „Unwritten” wywołało ogromną falę wspólnego śpiewu – pod sceną można było zobaczyć ludzi w różnym wieku, od nastolatków po trzydziesto- i czterdziestolatków, dla których to były piosenki młodości. Bedingfield nawiązywała kontakt z publicznością, żartowała, opowiadała krótkie anegdoty, a przede wszystkim emanowała autentyczną radością ze śpiewania. Jej wokal pozostał równie mocny i czysty jak przed laty, a aranżacje z odświeżonymi elementami gitar i elektroniki sprawiły, że koncert brzmiał współcześnie, bez wrażenia „grania starego materiału w kółko”.
Na wielki finał pierwszego dnia organizatorzy zostawili Nelly Furtado – i był to strzał w dziesiątkę. Kanadyjska gwiazda pojawiła się na scenie punktualnie o 23:00 i od razu uderzyła w największe przeboje. „Say It Right” zabrzmiało mocno i świeżo, publiczność szalała przy „Promiscuous”, a gdy rozległy się pierwsze dźwięki „I’m Like a Bird”, na placu pod sceną zapanowała niemalże wzruszająca jedność – tysiące gardeł śpiewających razem każde słowo utworu. Co ważne, Furtado nie ograniczyła się tylko do nostalgicznych powrotów – wprowadziła też nowsze utwory, które zaprezentowały ją w bardziej elektronicznym, nowoczesnym brzmieniu. Koncert miał świetnie zaplanowaną dramaturgię: spokojniejsze momenty przeplatały się z tanecznymi kulminacjami, a całość zakończyła się potężnym finałem wśród świateł i efektów wizualnych. Powrót artystki do Polski po kilkunastu latach okazał się jednym z najczęściej komentowanych wydarzeń całego festiwalu.
Równolegle sporo działo się na pozostałych scenach. ENEA Stage otworzył indie-rockowy Tempesst, który zagrał kameralny, nastrojowy koncert, stanowiący kontrapunkt do popowych brzmień z głównej sceny. Później Mel C w roli DJ-ki pokazała zupełnie inne oblicze niż to znane z czasów Spice Girls. Miksując house i taneczne hity, rozgrzała publikę przed wieczornymi występami. O 20:30 na ENEA Stage pojawił się Two Feet, którego charakterystyczne, gitarowo-elektroniczne i wręcz sensualne brzmienie przyciągnęło wielu festiwalowiczów. Następnie park przejął szalony, pełen energii Salvatore Ganacci którego sceniczną ekspresję jedni uwielbiają, inni krytykują – w każdym razie nikt nie pozostaje obojętny. Zgromadził on wielkie tłumy widzów. Pierwszy dzień na ENEA Stage zakończył Duke Dumont, który zagrał mocny, gęsty set. Był to idealny soundtrack do nocnej części festiwalu.
Na Eventim Stage działo się spokojniej, ale równie ciekawie. Blue Jazz Orchestra przygotowała wieczorny set, w którym jazzowe aranżacje brzmiały zaskakująco dobrze w plenerze Cytadeli. To było miejsce, gdzie można było złapać oddech od hałasu głównych scen i w mniejszym gronie cieszyć się muzyką. Inne festiwale robiąc strefę chillową stawiają na prostotę – leżaki, hamaki itp. Tutaj mieliśmy okazją do tego posłuchać genialnej muzyki na żywo!

Pierwszy dzień festiwalu udowodnił, że Bittersweet potrafi łączyć różne światy. Od popowych gwiazd po elektronikę i jazz. Publiczność wychodziła późną nocą zmęczona, ale z szerokimi uśmiechami, a w komentarzach dominowało poczucie, że Poznań doczekał się wreszcie wydarzenia z prawdziwego zdarzenia.
Dzień drugi – piątkowe emocje
Po intensywnym otwarciu festiwalu dzień wcześniej, piątkowe popołudnie zaczęło się od bardziej soulowo-popowych brzmień. Na Bittersweet Stage jako pierwsza pojawiła się Ella Eyre. Jej charakterystyczny, mocny wokal od razu przykuł uwagę publiczności. Wokalistka wplatała w koncert zarówno taneczne hity, jak i bardziej refleksyjne numery, a jej pewność sceniczna sprawiała, że nawet ci, którzy przyszli tylko „na chwilę”, zostali do końca.
Chwilę później na scenę wszedł Bedoes 2115. Jego koncert od początku miał charakter inny niż wszystkie wcześniejsze występy. To nie był typowy rapowy show – to była premiera jego nowego projektu koncertowego, w którym pojawił się pełny band. Pierwsze numery jeszcze trzymały się trapowej, popowej estetyki, ale aranżacje szybko zaczęły przechodzić w stronę gitarowych riffów i żywej perkusji. W pewnym momencie publika zdała sobie sprawę, że uczestniczy w czymś wyjątkowym: Bedoes przekształca swój repertuar w pełnoprawne, rockowe widowisko. Dla wielu było to zaskoczenie – fani, którzy przyszli po „znane numery z radia”, nagle znaleźli się w samym środku muzycznego eksperymentu. A kiedy wydawało się, że Bedoes powiedział już ostatnie słowo, na scenie niespodziewanie pojawił się Taco Hemingway – headliner kolejnego dnia festiwalu. Publiczność na moment dosłownie oszalała. Komentarze po koncercie były pełne zachwytu: że takiej wersji Bedoesa jeszcze nikt nie widział, że był to koncert kompletnie przełamujący schematy, a występ Taco Hemingwaya u jego boku był wydarzeniem samym w sobie. Dla wielu osób właśnie ten moment stał się nie tylko kulminacją piątkowego wieczoru, ale jednym z najbardziej pamiętnych punktów całego Bittersweet Festival.
Wieczorem przyszła pora na widowisko, które dla wielu było jednym z najbardziej oryginalnych momentów całego festiwalu. Empire of the Sun. Duet znany z surrealistycznych kostiumów i niemal teatralnej oprawy wizualnej zamienił scenę w futurystyczną podróż. Ich dream-popowe brzmienie, w połączeniu z hipnotyzującym światłem i choreografią, sprawiło, że publiczność wyglądała jak zaczarowana. Można było odnieść wrażenie, że to nie koncert, a spektakl science-fiction.
Ale prawdziwa kulminacja dnia przyszła dopiero późnym wieczorem. Post Malone wszedł na scenę o 23:15 i od pierwszych taktów przejął absolutnie całą uwagę. Jego charakterystyczny styl łączący rap, pop i country brzmiał na Cytadeli zaskakująco naturalnie. Kiedy zabrzmiało „Circles”, plac pod sceną zamienił się w ogromny chór, a w bardziej intymnych fragmentach widać było, że wielu ludzi autentycznie wzruszyło się. To nie był tylko koncert gwiazdy światowego formatu – to była opowieść, w której każdy znalazł kawałek siebie.
Mniejsze sceny również pokazały, że mają wiele do zaoferowania. Na Enea Stage tego dnia dominowała różnorodność. Od spokojnego, soulowego Martina Luke Browna, przez Roszalie, aż po Janna, który przyciągnął tłum dzięki swojej niepodrabialnej charyzmie i melancholijnym tekstom. Jednak prawdziwy przełom wieczoru nastąpił wraz z Marc Rebilletem – jego improwizowane sety, pełne humoru, zaskakujących przejść i interakcji z publicznością, sprawiły, że wielu uznało go za jedno z największych odkryć festiwalu. W nocy Enea Stage przejął ¥ØU$UK€ ¥UK1MAT$U – jego DJ set balansował między mrokiem a euforią, a słuchacze, którzy zostali do końca, wychodzili w transowym nastroju, jakby uczestniczyli w rytuale, a nie zwykłej imprezie.
Eventim Stage tętnił rozmowami, teatrem i chórami. O 17:30 i 19:15 odbywały się rozmowy z cyklu Bittersweet Talks, skupione na tożsamości, ciele i emocjach. O 19:15 Teatr Muzyczny zaprezentował spektakl „Kombinat”, który później – o 21:00 – postawił widzów twarzą w twarz z ruchem scenicznym, przełamując muzyczną dynamikę dnia. Po ich występie, około 00:30, zaśpiewał Chór Teatru Wielkiego, wprowadzając doniosłość i refleksję w środek festiwalowej nocy.
Ci, którzy szukali świeżości i nowych głosów, kierowali się na Next Stage – przestrzeń, w której można było zobaczyć artystów stojących dopiero na początku swojej drogi, ale już potrafiących przyciągnąć uwagę publiczności. Na tej scenie od 17:30 do około 21:00, debiutanci jak NXDIA, RUBII i Zippy Ogar & po prostu Kajtek & Boron prezentowali świeże oblicza muzyki. Ich energetyczna obecność zwiastowała nowe trendy zasiewając ciekawość wśród słuchaczy.
Drugi dzień festiwalu tylko podkręcił apetyt na kolejne emocje i występy, zostawiając publiczność spragnioną dalszych wrażeń
Dzień trzeci – wielki finał
Festiwalowy finał zaczął się o 17:00 od spotkania z Loreen. Jej charakterystyczny, mocny głos od razu wprowadził publiczność w specyficzny nastrój – pełen napięcia i emocji. Kiedy zaśpiewała „Tattoo”, park wypełniła cisza, jakby wszyscy na chwilę wstrzymali oddech. O 19:00 na scenie pojawili się Hurts. Minimalistyczne światła i eleganckie garnitury tworzyły mroczny, chłodny klimat, który świetnie kontrastował z energetycznym początkiem dnia. Kiedy zabrzmiało „Wonderful Life”, tysiące światełek w górze nadały koncertowi niemal intymny charakter – to był obraz, który zostanie w pamięci wielu uczestników.
O 21:00 przyszła pora na występ, na który czekała cała Cytadela – Taco Hemingwaya. To był jego jedyny koncert w Polsce w tym roku, co samo w sobie czyniło go wyjątkowym, ale program przygotowany przez artystę sprawił, że przeszedł on oczekiwania nawet najbardziej zagorzałych fanów. Taco postawił na połączenie teatralnej oprawy – z tancerzami i mocną warstwą wizualną – z osobistym i szczerym przekazem.
Największe poruszenie wzbudził moment, gdy zagrał całą płytę Trójkąt Warszawski, obchodząc jej 11-lecie. Dla wielu był to powrót do czasów młodości. Publiczność śpiewała każdy wers, a energia płynąca spod sceny sprawiała, że koncert zamieniał się we wspólne doświadczenie. Taco umiejętnie wplatał też nowsze numery, balansując między nostalgią a świeżością. Zaskoczył wielu – bo zamiast zwykłego występu dał coś, co bardziej przypominało spektakl muzyczny, pełen emocji i wspomnień.
O 23:15 park pod sceną eksplodował energią, kiedy swoje sety rozpoczęła Peggy Gou. Jej brzmienia były jak iskra – od pierwszych sekund ludzie ruszyli do tańca. Gdy rozbrzmiało „(It Goes Like) Nanana”, cała przestrzeń pod gwiazdami zamieniła się w wielki, otwarty klub. Był to moment czystej radości – festiwalowej, wspólnej, pozbawionej dystansu.
Podczas gdy główna scena przyciągała tłumy, na Enea Stage toczyła się inna historia muzyczna. Dzień otworzył o 16:30 DRE$$CODE, który przyciągnął uwagę szczególnie młodszych odbiorców. Później, o 18:15, Sara James przyniosła dużo świeżości i młodzieńczego entuzjazmu, idealnego na wczesny wieczór. Viagra Boys o 20:00 kompletnie zmienili klimat – ich punkowa energia i ironiczny styl wywołały sporo śmiechu i tańca. Kulminacja przyszła o 22:15 z koncertem Jan-rapowanie, a noc zamknął monumentalny występ Apashe z Brass Orchestra, który połączył elektronikę z żywym brzmieniem orkiestry.
Na Eventim Stage od 16:30 trwały kolejne Bittersweet Talks – rozmowy o emocjach i tożsamości, które zgromadziły wiernych słuchaczy. Później, o 19:15, publiczność mogła wsłuchać się w muzykę klasyczną w wykonaniu Agaty Szymczewskiej, Jakuba Chrenowicza i Filharmoników Poznańskich – w plenerze brzmiała jeszcze bardziej wyjątkowo. Wieczór domknęła Orkiestra Kameralna Filharmoników Poznańskich, nadając ostatnim godzinom festiwalu spokojny, elegancki ton.
Na Next Fest Stage można było zobaczyć, co rodzi się w polskiej muzyce – maks. tachasiuk, shama, ale także luksemburski Maz Universe. Pokazali świeżość, różnorodność i to, że kolejne edycje festiwalu będą miały z czego czerpać.
Sobota była esencją całego Bittersweet Festival – od emocjonalnych momentów z Loreen i Hurts, przez wyjątkowy, teatralny koncert Taco Hemingwaya, po taneczną eksplozję z Peggy Gou. Druga i mniejsze sceny dodały całości głębi – od punkowej energii i monumentalnej elektroniki, po klasykę i nowe głosy. To był dzień, w którym każdy mógł znaleźć coś dla siebie i zakończyć festiwal z poczuciem, że uczestniczył w czymś naprawdę niezapomnianym.
Genialny festiwal z elementami do poprawy
Bittersweet Festival 2025 już w swojej pierwszej edycji pokazał ogromny potencjał. Publiczność od początku przyszła w prawdziwie festiwalowym nastroju – otwarta, różnorodna i gotowa do wspólnego przeżywania muzyki. To właśnie atmosfera, w której łatwo było poczuć wspólnotę i radość z bycia częścią czegoś większego, sprawiła, że każdy koncert nabierał dodatkowej mocy. Muzycznie program został przygotowany z dużą dbałością – line-up imponował różnorodnością, a koncerty odbywały się na wysokim, profesjonalnym poziomie. Wielu artystów traktowało występy w Poznaniu wyjątkowo – od Taco Hemingwaya, który przygotował unikalny koncert-spektakl, po Peggy Gou, która zamieniła Cytadelę w ogromny parkiet pod gwiazdami. To sprawiło, że już w pierwszej odsłonie festiwal wszedł na poziom wydarzeń, które mogą rywalizować z największymi w Polsce.
Oczywiście, jak to w przypadku debiutu bywa, pojawiło się kilka rzeczy do poprawy – głównie komunikacja między scenami i infrastruktura. Schody prowadzące z głównej sceny wymagały lepszego rozwiązania. Infrastruktura sanitarna czy ceny w strefie gastronomii także wzbudzały dyskusje. Największy problem stanowiły komercyjne strefy przy głównej scenie. Było ich bardzo dużo i mocno hałasowały, często przeszkadzając w słuchaniu koncertu. Zrozumiałym jest fakt, że takie muszą się znaleźć na dużym wydarzeniu jakim jest Bittersweet, ale na pewno idzie lepiej zaprojektować przestrzeń, aby nie dostać oczopląsu i kociokwiku.
Do poprawy jest na pewno też nagłośnienie. W bocznych sektorach dwóch największych scen jakość dźwięku była na prawdę średnia. Tutaj po lekcję warto wybrać się do konkurencji w Gdyni, gdyż tam ten aspekt został opanowany do perfekcji. Trzeba jednak pamiętać, że to dopiero pierwsza edycja – i właśnie po to ona jest, by pokazać, co działa świetnie, a co wymaga dopracowania.
Najważniejsze jednak, że fundament został zbudowany: festiwal przyciągnął tłumy, stworzył wyjątkową atmosferę i udowodnił, że Poznań naprawdę potrzebował takiego wydarzenia, a sama Cytadela zdała egzamin. Zaprojektowanie festiwalu muzycznego w takim miejscu i w taki sposób jest ogromnym wyzwaniem, któremu organizatorzy stawili czoła. Szefowie Good Taste mają ogromny kapitał zaufania i pozytywnych emocji, na którym mogą rozwijać kolejne edycje. Jeśli wnioski zostaną wyciągnięte, Bittersweet ma szansę stać się jednym z najważniejszych punktów festiwalowej mapy Polski – miejscem, gdzie spotykają się światowe gwiazdy, debiutanci i publiczność, która tworzy niepowtarzalny klimat.
Na uwagę zasługuje także unikalna formuła Bittersweet – jako pierwszy festiwal w Polsce w tak wyrazisty sposób połączył największych headlinerów z kraju z zagranicznymi gwiazdami, tworząc projekt, który nie tylko wzmacnia polską scenę, ale też realnie chce konkurować na rynku europejskim. Organizatorzy celują w to, by przyciągać publiczność z całego kontynentu, mimo że polscy artyści nie zawsze są wystarczającym magnesem dla zagranicznych odbiorców.