Kino to coś więcej niż film. Za kulisami kultowego Rialto

Miasto i Ludzie
02 paź 2026
Julia Lipowicz

Kino Rialto to jedna z najstarszych instytucji kulturalnych w Poznaniu, która działa nieprzerwanie od blisko 90 lat w sercu Jeżyc. Miejsce to jest znane w całym mieście oraz niezmiennie przyciąga repertuarem filmowym i charakterystycznym neonem, świecącym nad ulicą Dąbrowskiego. O tym co słychać w Kinie Rialto, jakie seanse czekają nas w najbliższych miesiącach i dlaczego warto zajrzeć do ich sali kinowej, porozmawiałam z Jolantą Myszką i Piotrem Zakensem, którzy wspólnie prowadzą ten kultowy art house od 23 lat.

Jeżyce bardzo się zmieniły w ostatnich latach, ale Kino Rialto funkcjonuje tu od dekad i niezmiennie jest jednym z najważniejszych punktów na kulturalnej mapie tej dzielnicy i całego Poznania. Jak Kino Rialto odnajduje się w tych realiach? Kim jest jego widz w 2026 roku?

Jolanta Myszka: Na przestrzeni dekad profil kina nieco się zmieniał, ale kierunek pozostaje ten sam. Jesteśmy prywatnym kinem studyjnym, a każdy arthouse musi znaleźć swój własny charakter, który wyróżni go na mapie. Jeżeli chodzi o widownię, to granice dzielnicowe już dawno się zatarły – odwiedzają nas widzowie z całego Poznania, choć mamy też grono stałych bywalców z sąsiedztwa. Jeżyce wokół nas zmieniają się bardzo dynamicznie, ale my jesteśmy tu cały czas jako stały punkt odniesienia dla tej przestrzeni.

Piotr Zakens: Sformułowanie „Art House Jeżyce” idealnie podkreśla naszą lokalność i osadzenie w dzielnicy. Co ciekawe, zdarza się, że odwiedzają nas też osoby spoza Poznania, przejeżdżając do nas nawet 50 czy 70 kilometrów.

J.M.: Na pewno nową grupą odbiorców są osoby pochodzące z Ukrainy – pokazujemy też czasami kino ukraińskie. Chociażby przy okazji filmu „Mashka” Igora Kagramanova pojawili się widzowie z Ukrainy, Poznaniacy, a nawet goście z Wrocławia.

Kino Rialto kojarzy się z kameralnością i analogowym życiem, do którego wiele osób podchodzi teraz z dużą nostalgią. Czy widać wśród widzów fascynację przeszłością, dawnymi filmami, retrospektywami?

J.M.: Zdecydowanie tak. Nie tylko staramy się, ale też jako kino studyjne, musimy bacznie obserwować takie trendy. Rynek dystrybucyjny bardzo się zmienił i widzimy dużą potrzebę nie tylko powrotu do klasyki, ale też celebrowania samego doświadczenia wyjścia do kina. Jest to trend ogólnoeuropejski, a może i światowy. Dziś stare tytuły są odrestaurowane cyfrowo i wyglądają dużo świeżej. Choć na platformach typu VOD można zobaczyć już prawie wszystko, kino ma swój niezastąpiony urok – ważne jest bycie „tu i teraz”, bez reklam czy rozpraszaczy.

P.Z.: Moda na klasykę faktycznie mocno się rozprzestrzenia w ostatnich latach i jest obecne również u nas. Osobiście uważam jednak, że kino powinno żyć przede wszystkim bieżącym repertuarem – nie jest ani telewizją, ani streamingiem.

J.M.: Bardzo bym chciała, żeby kina studyjne nie kojarzyły się wyłącznie z historią, bo przecież to one są pierwszym polem eksploatacji najnowszych premier. Sam koncept wspólnego bycia w grupie i przeżywania emocji razem jest nam niesamowicie potrzebny. Mam wrażenie, że jako społeczność nie mamy teraz wielu okazji do takiego doświadczenia, więc jest to tym bardziej cenne.

Na co warto z kolei czekać w najbliższych miesiącach? Na jakie filmowe premiery warto wybrać się do Rialto latem lub jesienią?

J.M.: Lato jest momentem oddechu – w kinie to tradycyjnie czas na lżejszy, wakacyjny repertuar. Dla najmłodszych przygotowujemy kolejną edycję autorskiego cyklu „Wakacje w Rialto”. Już teraz zapraszamy na długo wyczekiwany film „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, to dobry przykład tzw. kina środka. Na początku lata gramy też „Backrooms. Bez wyjścia” (reż. Kane Parsons) – to film, którym interesują się młodzi na całym świecie i jesteśmy ciekawi jego odbioru w Polsce. Na pewno będziemy też grać w lipcu „Odyseję” Christophera Nolana, która łączy antyk ze współczesnością. To trudny tekst źródłowo, więc ciekawa jestem współczesnej interpretacji i tego czy zainteresuje ona młodego widza. Warto też zwrócić uwagę na nasze coroczne sierpniowe wydarzenie jakim jest retransmisja letniego koncertu André Rieu – bilety są już dostępne, więc serdecznie zapraszamy. Jesienią z kolei hitem będzie oczywiście nowa ekranizacja „Lalki”.

P.Z.: Na przełomie sierpnia i września pojawi się też kilka pozycji wartych uwagi. Na pewno jednym z ciekawszych filmów będzie nowy film Pedro Almodóvara „Gorzkie święta” – to film, który mieliśmy już okazję zobaczyć na festiwalu w Cannes – Almodóvar powraca do swoich korzeni, więc jest na co czekać. Na początku września premierę będzie miał z kolei film „Niebo nad Normandią” (reż. Anthony Maras) to film niby wojenny, ale też świetny portret psychologiczny o tym, w jaki sposób podejmujemy decyzje. Przewidujemy, że ten tytuł może przyciągnąć szeroką publiczność.

J.M.: To prawda, to jest film bardzo dobrze zbudowany, oczywiście z hollywoodzką śmietanką w obsadzie. Z kolei na początek lata myślę, że idealna będzie komedia „Zaproszenie” (reż. Olivia Wilde) – fabuła wydaje się być prosta, ale film zaskakuje – podczas kolacji dwóch par małżeńskich pada zaskakujące zaproszenie… Nie będę więcej zdradzać.

P.Z.: Jeśli ktoś niekoniecznie lubi filmy hollywoodzkie, to polecam też „O czym sobie nie mówimy” (reż. Gabriele Muccino), akcja toczy się w Tangerze, a film porusza takie wątki jak miłość, zdrada, jest to współczesna przypowieść.

Rialto to nie tylko premiery kinowe, to także cykle filmowe (i nie tylko), które przyciągają sporo zainteresowanych. Jakie cykle cieszą się największą popularnością?

J.M.: Właściwie każdy dzień tygodnia poświęcamy u nas innej filmowej energii – w weekendy królują pokazy przedpremierowe oraz koncerty. Sporą popularnością cieszy się nasz cykl „Wielcy malarze”, a także „Kultowe środy”, które rozwinęły się z „Poniedziałków z klasyką”.

P.Z.: To prawda, nasz kalendarz pęka w szwach: poniedziałki to klasyka kina, we wtorki zapraszamy na DKF (Dyskusyjny Klub Filmowy). W czwartki można dostać bilet w ramach cyklu „Tanie czwartki”, ale to także nasze spotkania z podróżnikami. To wydarzenia niefilmowe, które cieszą się sporym zainteresowaniem. Mamy dwa takie cykle: „Spotkania z podróżnikami”, gdzie goszczą podrożnicy opowiadający o dzikich zakątkach globu oraz „Ludzie Gór”, dedykowany wyłącznie himalaizmowi, na którym regularnie goszczą wybitni polscy wspinacze.

J.M.: Na pewno dumą Rialto jest nasz Filmowy Klub Seniora, który organizujemy już od 18 lat. Mamy wierną grupę stałych bywalców, ale wciąż mogą dołączać nowe osoby. Formuła jest prosta: oglądamy nowości z bieżącego repertuaru, a po seansie zapraszamy na kawę, herbatę i rozmowy. Zależy nam, aby nasi seniorzy byli na bieżąco z kulturą i mogli o niej dyskutować z bliskimi, także międzypokoleniowo. Mamy też skrzyneczkę, w której seniorzy mogą wrzucać swoje propozycje filmów, które chcieliby obejrzeć – to dla nas znak, co ich interesuje najbardziej.

Na koniec pytanie o Państwa ulubieńców. Od jakiegoś czasu internetowym hitem jest platforma Letterboxd – międzynarodowa platforma, na której ocenia się filmy, a jej cechą charakterystyczną jest wybór czterech ulubionych filmów użytkownika. Na zakończenie muszę zapytać: jakie są Państwa absolutnie ulubione tytuły wszech czasów?

J.M.: Mam tyle ukochanych filmów, że nie potrafię wybrać tylko czterech – wszystkie traktuję jak własne dzieci, chyba nie podejmę się tego zadania. Jeśli jednak miałabym wskazać dwa wyjątkowe tytuły bliskie mojemu sercu, byłyby to „Moja ulubiona pora roku” André Téchiné z Catherine Deneuve w obsadzie oraz „Wszystkie poranki świata” w reżyserii Alaina Corneau.

P.Z.: Ja mam na pewno nieco prościej, bo już kiedyś stworzyłem swoje prywatne zestawienie Top 10, choć te tytuły cały czas ewoluują. Lubię kino psychologiczne, które w konkretny sposób opowiada o relacjach i o tym, jak dojrzewamy. Mam dwa takie tytuły: „Zabić drozda” Roberta Mulligana oraz „Vicky Cristina Barcelona” Woody’ego Allena. Ponieważ wychowałem się na Kinie Nowej Przygody, na mojej liście niezmiennie znajdują się przygody Indiany Jonesa, chyba postawiłbym jednak w szczególności na „Poszukiwaczy zaginionej arki”. Są też takie filmy, które lubię, ale naprawdę mocno się zestarzały, np. „Willow” (reż. Ron Howard).

J.M.: To prawda, z niektórymi filmami bywa jak z ulubionymi wypiekami naszej babci – czujemy do nich ogromną nostalgię, ale powrót do nich po latach nie zawsze smakuje tak samo.

Dziękuję bardzo za rozmowę.