Rzeczywistość, w której obecnie funkcjonujemy, jest szybka i głośna. Właśnie dlatego potrzebujemy takich artystów jak Fisz, którzy zamiast antagonizować na siłę celem podbicia sobie zasięgów, opowiadają o świecie z perspektywy życzliwego, choć nie pozbawionego ironii obserwatora.
Słuchając albumu „Człowiek nie do końca”, poczułem, że po raz pierwszy w moim 36-letnim życiu obcy człowiek zrobił mi wiwisekcję duszy. Starszy ode mnie o 12 lat Pan Fisz opisał bowiem świat, w którym żyłem, a dodatkowo jego spojrzenie na współczesność jest bardzo podobne do mojego. Obaj byliśmy zafascynowani windami i urodą Liv Tyler. Obaj pamiętamy erę przedinternetową, w której jedynym ekranem w naszych mieszkaniach był ten należący do telewizora. Obaj też nie jesteśmy ani łobuzami, ani wybitnie grzecznymi gośćmi, kochamy słowo pisane i podchodzimy z dystansem, a zarazem (paradoksalnie) z ciekawością do tego, co nowoczesne.
Album rozpoczyna się stworzonym z Mateuszem Krautwurstem utworem „Duchy”. To piękny hołd dla mamy Fisza i Emade, która odeszła w czerwcu ubiegłego roku. Każdy, kto kogoś stracił, zrozumie dynamikę oraz wagę słów, jakich używa tu starszy z braci Waglewskich. Drugi w kolejce tytułowy numer to pochwała ludzkiej niedoskonałości. Jednocześnie dostrzegam w nim manifest „ludzi nieprzyporządkowanych” (aż przypomina mi się cytat z „Cudzoziemki w raju kobiet” zespołu Hey – „Za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia. Zbyt ładna dla brzydkich, a dla ładnych za brzydka”). Do tego gościnka Jakuba Jana Bryndala i klimatyczny, miejsko-jazzujący beat Emade. Dalej jest tylko lepiej – satyra na internetowych mądrali („Sześć minut mądrości”, gdzie naszych bohaterów odwiedza DJ Eprom), geniusz fiszowej narracji z iście przebojowym refrenem („Bezkres”), międzypokoleniowa wymiana doświadczeń („Piruety” z gościnnym udziałem Szczyla), „tworzywowy” list miłosny vel love song pozbawiony sacharyny („Po wsze czasy”, gościnnie Marek Pospieszalski), windowy storytelling („14. piętro”), iluzja cyfrowego świata („Impulsy” z Taco Hemingwayem na featuringu), humorystyczna opowieść o wypadaniu włosów („Karykaturalność”), spotkanie po latach / powrót do „czerwono-sukienkowej” knajpy („Tyle śladów”, czyli efekt współpracy z Sokołem), krótkie „co nieco” (czas trwania – 2:40) o naszych przywarach narodowych („Rozum chłopski”), „pachnąca curry i pikantnym sosem”, licznie zamieszkiwana przez Polaków stolica Wielkiej Brytanii („Londyn”, tu ponownie Fisza i Emade wspomaga DJ Eprom), rozważania o życiu w stylu UK Garage („127 BPM”) oraz fiszowy „King” („Damian Beton”).
Moim zdaniem najnowsze dzieło braci Waglewskich zasługuje na miano płyty roku. Pierwszy powód podałem już na początku – Fisz w swoich tekstach dotyka tematów bliskich osobom, które dorastały na styku XX i XXI wieku. Treść jego utworów zrozumieją więc zarówno niektórzy reprezentanci pokolenia X, jak i millenialsi. Uformował nas bowiem świat analogowy, ale płynnie przeszliśmy do zdigitalizowanej rzeczywistości. Z racji wieku jesteśmy sentymentalni, ale nie przesadnie, bo ciągle mamy w sobie głód przyszłości. Najważniejsze jednak jest to, że wielu z nas zrozumiało, jak istotne jest dbanie o relacje z rodziną, przyjaciółmi oraz dobrymi znajomymi (cytując „127 BPM” – „trzymam się blisko, trzymam się bliskich, przywracają wiarę w ludzkość”).
„Człowiek nie do końca” jest więc trochę listem miłosnym do przeszłości, trochę autoironiczną opowieścią o przemijaniu, a trochę słodko-gorzkim spojrzeniem na współczesność. Nie ma w tym jednak postawy weselnego wuja, który wszystkich poucza – to ogromna zaleta Fisza, że zamiast oceniać, po prostu opisuje świat ze swojej perspektywy, ale chętnie wysłuchuje też młodszych, czego najlepszym przykładem jest wspólny numer ze Szczylem. Ów album ugruntowuje więc jego pozycję znakomitego storytellera oraz jednego z pionierów rapu alternatywnego i nurtu spoken word (obok m.in. Eskaubeia) na polskim rynku muzycznym.
Dobra opowieść potrzebuje jednak równie dobrej oprawy muzycznej – tu świetnie sprawdza się Emade i jego zakurzony, jazzująco-funkujący hip-hop, w którym elokwencja brzmień zderza się z brudem osiedla.