fot. @dziewczynaaferzysty

Relacje zamiast trendów – felieton Natalii NATY Hoffmann-Pawlak

Muzyka
29 wrz 2026
Natalia NATA Hoffmann-Pawlak

Od jakiegoś czasu po głowie chodziła mi myśl „relacje zamiast trendów”, bo widziałam siebie jako osobę, która nie ulega szybkim, sezonowym modom lub viralom w mediach społecznościowych. A jednak tym razem uległam trendowi na wrzucanie zdjęć z 2016 — uległam, bo jestem trochę sentymentalna i lubię oglądać stare zdjęcia, które przenoszą w czasie, zabierają w miejsca i do ludzi, o których dawno zapomnieliśmy. Zaparzyłam zioła Ojca Grzegorza, odpaliłam dyfuzor z olejkiem z kadzidłowca i otworzyłam stary folder z plikami sprzed dekady. Na większości zdjęć gram koncert lub jestem na jam session, z jednym z dwóch moich składów z Pragi, podczas roku, kiedy mieszkałam w Czechach.

Co się zmieniło? Nadal tworzę muzykę jako niezależna artystka, jednak kontrast zdjęć z 2016 z tymi aktualnymi na moim Instagramie podkreślił zmianę, jaką przeszłam. Wtedy pisałam pierwsze piosenki z gitarą, teraz kończę pracę nad albumem TABU, utrzymanym w klimacie R&B/hip-hop. Zdałam sobie sprawę, że nie jestem samotną wyspą i choć nadchodząca płyta jest solowa, to bynajmniej nie powstawała w samotności — relacje z innymi artystami stały się esencją jej stylu.

Podchodziłam do napisania albumu z konkretnymi założeniami — wiedziałam, że chcę łączyć nostalgiczne melodie z nowocześnie brzmiącymi partiami rapu, zależało mi, aby produkcja była przestrzenna, z mocnymi basami, tak aby móc poczuć skrajne emocje i dać przestrzeń na wrażliwość, odwagę i niepewność. Sama treść albumu miała dotyczyć uwalniania się od autocenzury, wyciągania na powierzchnię części siebie, które wcześniej zagłuszałam. Myślałam, że osoby, które wybrałam do współpracy, po prostu pomogą mi urzeczywistnić tę wizję, ale dość szybko okazało się, że wnoszą znacznie więcej. Relacje nie są jak lustro — gładkie, odbijające jedynie nasze emocje — są raczej jak tafla lodu: nieidealna, pełna mikropęknięć, ale jeśli jest wystarczająco gruba i głęboka, można jej zaufać, że nie pęknie pod naszym ciężarem.

Jestem muzykiem — gram na dużych scenach, wypuściłam kilka albumów — myślałam, że zjadłam już na tym zęby, a tu zaczynam działać z producentem, Tailor Cutem, z którym zaszywamy się na całe dni w zaciszu domowego studia i nagle czuję, że pojawia się zupełnie inny sposób używania głosu — jako części beatu. Tailor swoją obecnością i otwartością potrafił namówić mnie na eksperymentowanie z dźwiękiem; czasem zabierało nas to w bardzo dziwne miejsca — zdarzyło mi się np. piszczeć niczym wściekły pinczer, ale efekt końcowy był naprawdę zaskakujący. Na koniec sesji wsiadaliśmy do auta, aby zrobić tzw. car test i przesłuchać najnowsze numery, nad którymi pracowaliśmy, i zawsze byłam zdziwiona, że potrafię tak brzmieć. Czasami potrzebujemy delikatnego animuszu, aby wyjść poza to, co znane i bezpieczne.

Współcześnie aspekt wizualny jest niezwykle ważny, coraz częściej nawet ważniejszy niż sama piosenka — w końcu ludzie „kupują oczami”. Dla mnie jednak, ze względu na poważną wadę wzroku, była to terra incognita; czułam, że to nie jest mój język komunikacji aż do momentu płyty TABU. Od początku miałam w głowie stworzenie stylizacji do albumu z projektantką Vanessą Siwy. Chciałyśmy przez przetarcia, warstwy, mocne kontrasty i paletę kolorów oddać proces przedzierania się motyla przez warstwy kokonu. Od customu powstał pomysł, by na planie do utworu Bastion Marta Zawadzka — poznańska malarka — stworzyła obraz motyla. Jest on również intensywny, inspirowany zarówno street artem, jak i podróżą Marty do Peru, a kilka par oczu motyla stwarza emocjonalne napięcie i ambiwalencje, które towarzyszyły mi podczas tworzenia. Obraz trafił do mojego domowego studia i czuwał nad nami podczas nagrań płyty. Wtedy zrozumiałam, jak inspirujący potrafi być proces twórczy, gdy dzielimy go z innymi artystami. Nawiązał się dialog, który — zaczynając od dźwięku i słowa — przez fakturę, formę i materiał dotarł aż do obrazu na płótnie, teledysku, a w finale trafił jako tatuaż na skórę. Motyl dostał drugie życie.

Yucamlia podchwyciła motyw motyla w postprodukcji teledysków, dzięki czemu obraz i muzyka zaczęły się przenikać. Stylizacje Vanessy, dopełnione różowymi warkoczami zaplecionymi przez Afro Ksenię, wpływały nie tylko na to, jak wyglądam w kadrze, ale też na to, jak się w nim czuję. Długie warkocze prowokowały mnie do ruchu, a kaptur i warstwy ubrań pomagały kształtować gesty i przekazywać emocje. Udało się to uchwycić dzięki uważnemu spojrzeniu Eweliny Jaśkowiak i kreatywności Szymona Cieślaka, którzy przez obiektyw potrafili zobaczyć we mnie więcej, niż sama byłam w stanie dostrzec.

Najmocniejszym i najbardziej terapeutycznym doświadczeniem było jednak nagranie teledysku do piosenki Sensei z Yucamlią. Poprzez ruch, improwizacje z zawiązanymi oczami i obraz chciałyśmy opowiedzieć o konflikcie między autonomią a zależnością — napięciu, które często czułam jako osoba niedowidząca. Bałam się pokazać światu swoją niedoskonałość, ponieważ nie chciałam być postrzegana przez jej pryzmat; zaciskałam zęby i za wszelką cenę starałam się dostosować. Atmosfera i rozmowy na planie teledysku, a później obejrzenie efektu finalnego, przyniosły ulgę i poczucie, że nie muszę już się chować.

W świecie chwilowych trendów wybrałam wartości, które zostają: zaufanie, autentyczność i relacje. Kiedy w procesie twórczym pojawia się druga osoba, może on nabrać głębi – testujemy, obserwujemy reakcje, a te wzajemne interakcje stają się impulsem zmian, jak kręgi rozchodzące się po wodzie. Można tworzyć w pojedynkę, można korzystać z narzędzi czy delegować zadania, ale dla mnie najbardziej ludzkim i inspirującym źródłem twórczości pozostaje prawdziwa relacja z drugim człowiekiem