fot. Ula Jocz

Otwarty Ogród Nadolnik na Głównej – w kierunku jadalnego miasta

17 kwi 2024
Joanna Gruszczyńska

Jadalne miasto to koncepcja, która zakłada tworzenie na terenie aglomeracji miejskich stref produkcji żywności, np. ogrodów społecznych. Jednym z nich jest Otwarty Ogród Nadolnik, znajdujący się w dzielnicy Główna, położonej w północno-wschodniej części Poznania. Ogrody społeczne to jednak nie tylko miejsca upraw warzyw i owoców, ale też ważne ośrodki więziotwórcze.

Wyobraźmy sobie miasto albo coś mniejszego — miejskie osiedle, a między blokami park miejski. Zacznijmy od klasycznego krajobrazu: pies na smyczy, spacerująca para trzymająca się za ręce, rabata kwiatowa, trawnik z tabliczką „nie deptać”, piknik, kocyk, ławeczka, wózek dziecięcy, ewentualnie domek dla owadów. Idźmy o krok dalej — w parku rosną jabłonie, dynie, jarmuż i zioła, którymi opiekują się mieszkanki i mieszkańcy okolicznych osiedli. W gęstych krzewach, żywopłotach i nieskoszonej trawie żyją chrząszcze, ślimaki, motyle, dzikie pszczoły i trzmiele. W parku wydzielonych jest kilka stref, na przykład strefa dla dzieci, której centralnym punktem jest kuchnia błotna. W czasie kiedy maluchy lepią klopsy z błota, ich rodzice zbierają warzywa na sobotni obiad. To nie jedyne takie miejsce na świecie — w ten sposób organizowane jest każde osiedle w mieście. Ludzie nie muszą już pracować ośmiu godzin, dlatego mogą poświęcać więcej czasu na spacery, spotkania z rodziną i pracę w ogródku. Przeniesienie części upraw w przestrzeń miejską, mogłoby przyczynić się do przemian w zakresie produkcji i dystrybucji żywności. Monokulturowe uprawy, z których pochodzi większość kupowanego przez nas jedzenia, bazują na wyzysku ziemi i ludzi, przyczyniając się do masowego wymierania wielu istot. To chyba wystarczający argument za tym, żeby choć spróbować zastanowić się nad tym, jak inaczej mógłby wyglądać świat, a w kolejnym etapie przejść do działania i zacząć eksperymentować.

Prototypami nowej miejskiej rzeczywistości są ogrody społeczne. Jednym z nich jest Otwarty Ogród Nadolnik prowadzony przez mieszkańców i mieszkanki poznańskiej dzielnicy Główna. Pomysł na ogród urodził się spontanicznie podczas sąsiedzkiej gry w siatkówkę. Pierwszy warunek pozwalający na założenie inicjatywy ogrodowej został spełniony — znalazła się grupa osób, która chce działać razem i ma wspólny cel, czyli dostęp do świeżych warzyw, owoców i ziół, uprawianych bez pestycydów i herbicydów. Inną motywacją była chęć stworzenia zielonej przestrzeni relaksu i integracji. Sąsiedzi i sąsiadki, tworzący Kołorking Ogrodniczy, to głównie mieszkańcy i mieszkanki nowych bloków, które — wydawać by się mogło — nie są zaprojektowane ani dla ludzi (przestrzenie otwarte nie pełnią funkcji wspólnototwórczych), ani dla roślin i zwierząt. Jak pokazuje przykład OON-u, ludzie potrzebują tzw. trzecich miejsc, czyli stref odpoczynku, dzielenia się doświadczeniami i swobodnego nawiązywania kontaktów, które nie są ani ich domem, ani pracą. Istnienie ogrodów społecznych to jednak nie tylko wynik samoorganizowania się mieszkańców, ale również splot innych czynników. Potrzebna jest ziemia (na Głównej działkę udostępnił ksiądz), a zazwyczaj również podmiot pozyskujący środki (jest nim Stowarzyszenie Młodych Animatorów Kultury prowadzące Fyrtel Główna) oraz instytucja chętna do tego, aby działania ogrodu sfinansować (OON wspiera Fundacja Veolia oraz Rządowy Program Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO). „Postawienie” ogrodu to jedno, ale prowadzenie takiego miejsca z sukcesem to proces, który — jak pokazuje historia wielu ogrodów w całej Polsce — w pewnym momencie się urywa.

Kłody pod nogi

— Łopatą się nie da. Ledwo ją tu wbijesz. My tu kilofów używamy — mówi Tomek. Otwarty Ogród Nadolnik powstał w miejscu, gdzie wcześniej firma budująca na Głównej bloki składowała gruz. Hałdy gruzu zniknęły z powierzchni działki, ale ziemia nadal zanieczyszczona jest pokruszonym betonem, kawałkami tynku i odłamkami plastiku. Trudna przeszłość terenu daje o sobie znać do dziś, bo zapisana jest w ziemi. Twardej jak skała. Ubite przez ciężkie materiały budowlane podłoże tworzy obustronnie nieprzepuszczalną warstwę, która oprócz tego, że uniemożliwia kopanie, to nie pozwala na przenikanie wody — ani od góry, ani od dołu. Podziemne mikrokorytarze, czyli pory w glebie, które pełnią funkcję sieci transportowych wody, zapadły się pod wpływem ciężaru. Teraz ziemia ma raczej strukturę asfaltu. — Jednym z rozwiązań jest ściółkowanie — mówi Marcelina Haremza, ekspertka od permakultury, która wpadła w marcu do OON na konsultację. — Pozwala to na magazynowanie dużych ilości wody, dzięki czemu ogrody nawet w czasie największych upałów i suszy nie wymagają podlewania — dodaje, a Tomek, Aśka, Paulina, Marta, Krystian i Łukasz słuchają z uwagą. 

Spotykają się co wtorek w ramach Kołorkingu Ogrodniczego, który opiekuje się OON-em. W marcu i kwietniu przygotowują się do sezonu. Planują nasadzenia, dyskutują o organizacji przestrzeni, zastanawiają się, jak zwerbować więcej ludzi do pracy. Prowadzenie ogrodu to nie tylko sielankowe chwile zbierania świeżych cukinii i pomidorków koktajlowych. Pracy jest więcej niż ludzi. Zniszczony teren powoli zamienia się w miejsce, w którym jest coraz więcej życia, ale taka przemiana wymaga zaangażowania, które spada, kiedy latem zdarzają się akty wandalizmu. Ktoś spuszcza ze zbiorników wodę i wyrywa marchewki z grządek tylko po to, żeby porozrzucać je dookoła. Ogrody społeczne jako miejsca otwarte i dostępne mają działać na zasadzie zaufania społecznego, ale — kiedy ich „otwartość” jest rozumiana w różny sposób — ideowe podwaliny poddawane są w wątpliwość. Czy w takim razie ogród ma być zamykany na kłódkę, do której kluczyk będą mieć tylko wybrane osoby? Jednak wtedy istnieje ryzyko, że miejsce, które ma służyć całej społeczności, zamieni się we własność kilku osób.

Teren, na którym znajduje się Otwarty Ogród Nadolnik, położony jest między Parkiem Nadolnik a budynkiem kościoła i plebanii. Działka należy do księdza, który zgodził się ją wydzierżawić, ale jeszcze zanim pojawili się na niej ogrodnicy, jej fragment przejęli „psiarze”, którzy spontanicznie przekształcili ją w wybieg dla swoich czworonogów. Teraz podzielona jest na dwie części — część ogrodową i  „psiarską”. Granicę między nimi, a dokładniej to, jak poruszają się psy, szczególnie wyraźnie widać latem, kiedy teren od strony wejścia do Parku Nadolnik porośnięty jest jedynie przez niskie trawy. Nie oznacza to jednak, że psy nie biegają po ogrodzie. Zapuszczają się i tam, rozkopując grządki i podkopując rośliny. Na wtorkowym spotkaniu Kołorkingu Ogrodniczego pojawia się pomysł — wzdłuż działki trzeba by postawić niskie ogrodzenie, barierkę dla psów. Najlepiej zrobić ją z tego, co już jest, czyli ze zrzyn tartacznych — pozostałości po rzeźbie, którą w ogrodzie postawił lokalny artysta Adam Sowiński. Tylko jaka jest pewność, że w wakacje ktoś tego ogrodzenia nie zniszczy…

System naczyń połączonych

Latem Krzysztof, obecny lider Kołorkingu, sam zapyla cukinie. Zrywa kwiat męski, obrywa płatki kwiatowe i pręcikami dotyka słupka kwiatu żeńskiego. Ten pierwszy osadzony jest na dłuższym ogonku, a przy tym drugim pod kwiatem znajdziemy zalążek owocu, który przypomina miniaturę cukinii. Samodzielne zapylanie zwiększa prawdopodobieństwo pojawienia się owocu, który może nie zawiązywać się z kilku powodów. Temperatura, nasłonecznienie, opady, jakość gleby, obecność zapylaczy — owocowanie roślin jest składową połączonych ze sobą procesów. Deszczowe poranki zniechęcają trzmiele i dzikie pszczoły do wypraw w poszukiwaniu pyłkowego śniadania, a ludzcy architekci miast niszczą ich siedliska, źródła pożywienia i miejsca lęgowe. Miasto z betonowymi chodnikami i równo strzyżonymi trawnikami to dla nich pustynia, na której nie da się żyć, dlatego z niej uciekają. A my pozostajemy bez zapylaczy.

Ogrody społeczne to miejsca, w których możemy obserwować naszą zależność od innych stworzeń. Obecność czosnku, bazylii, oregano, dali czy lawendy wabi trzmiele i dzikie pszczoły, dzięki którym owocują owoce i warzywa. Jeśli uprawy atakują mszyce, to nie trzeba zabijać ich środkami chemicznymi. Wystarczy, że w ogrodzie pojawią się aksamitki, koniczyna, koper ogrodowy i bez, za którymi przyjdą biedronki, które rozprawią się ze szkodnikami i uchronią rośliny przed obumarciem. — Szczególnie istotne są rośliny z rodziny astrowatych, które skłaniają biedronki do zapadania w sen zimowy w pobliżu roślin. A dzięki temu wiosną na ogrodzie pojawią się dorosłe chrząszcze — pisze Marcelina Haremza w raporcie z konsultacji przygotowanym dla ogrodników. Mieszkańcy i mieszkanki Głównej zaangażowani w działalność ogrodu uczą się rozpoznawać te zależności, a ich znajomość pozwala im tworzyć miejsce bardziej inkluzywne.

Działalność ogrodnicza, która z jednej strony sprawia, że mieszkańcy osiedli mają dostęp do świeżych i naturalnych warzyw i owoców, z drugiej strony przyczynia się do tego, że ogród może być miejscem zatrzymywania wody w mieście i siedliskiem dla wielu innych istot. To przykład podwójnego zwycięstwa — zarówno dla ludzi, jak i drzew, krzewów, owadów i ptaków, które współtworzą to miejsce. Ogród społeczny powinien więc „służyć” nie tylko ludzkiej społeczności lokalnej, ale też zwierzętom i roślinom, „niewidzialnym” sąsiadom, którzy w ogrodzie — tak jak my — znajdują pożywienie. Wtedy jadalne miasto jest jadalne nie tylko dla ludzi, a sąsiedzkość zyskuje nowe znaczenie.

Jeśli chcesz włączyć się w działania Kołorkingu Ogrodniczego prowadzącego Otwarty Ogród Nadolnik, napisz do Marty Pawlak: kontakt@dietoharmonia.pl.