Marta Markiewicz, autorka popularnej książki “Bez alko i dragów jestem nudna” opowiedziała nam o korzyściach wyjścia z uzależnienia oraz diametralnych zmianach jakie następują po podjęciu leczenia. Organizatorka trzeźwych imprez “SobeRave” przełamuje iluzje jakimi karmią się młodzi ludzie, którzy często nie dopuszczają do siebie, jak bardzo są uzależnieni. Dlaczego nie imprezujemy bez picia?
Marto, miałyśmy okazję się już poznać z racji uczestnictwa w panelu dyskusyjnym na festiwalu muzycznym Audioriver. Śledzę Twoje sociale i oczywiście jako weteranka przebytych terapii oraz osoba skuszona przewrotnym tytułem – byłam pewna, że to ważna książka. Nie myliłam się. Tutaj pozwolę się zatrzymać. “Bez alko i dragów jestem nudna” jest według Ciebie książką skierowaną szczególnie do jakiego odbiorcy?
Do odbiorcy, który doświadcza w swoim życiu ciężkich emocji. Do odbiorcy, któremu nie jest obcy wstyd i lęk. Do osób uzależnionych i takich, którzy chcą poznać tę chorobę. Do wszystkich zmagających się z kompulsjami.
Jeśli miałabyś spojrzeć na swoje życie sprzed rozpoczęcia leczenia i podjęcia trzeźwości – Co było największą iluzją, jaką wówczas się karmiłaś?
Iluzja tego, że alkohol i inne narkotyki to podstawa życia towarzyskiego i zabawy.
Świadomość polskiego społeczeństwa zmierza ku lepszemu, gdyż ludzie zaczynają dbać o zdrowie psychiczne i są gotowi podjąć świadomą pracę nad sobą. Niestety w wielu przypadkach bywa tak, że pękają po 2-3 spotkaniach. Obie wiemy, że terapia to nie jest spijanie śmietanki z cappuccino, głaskanie po głowie lub gotowa recepta na szczęśliwe życie. Jako asystentka trzeźwego życia – W jaki sposób zachęciłabyś młodych ludzi do zdecydowania się na odwyk lub pójścia na terapię?
Powiedziałabym to co moja mama mi kiedyś: “Spróbuj, przecież zawsze możesz zrezygnować!” Może to brzmi banalnie, ale zmuszanie kogoś do leczenia lub dawanie mu gwarancji, że będzie zajebiście – raczej nie przyniesie zamierzonych skutków. W moim przypadku podjęcie się terapii było niezbędne, nie miałam już innego wyjścia. Już nie było ani wątpliwości, ani prób walki. A do tych, co jeszcze mogą się chwycić pozytywnych rzeczy bez pomocy specjalisty czy terapii – praca nad sobą jest ciężka, ale niezwykle ciekawie jest uczyć się samego siebie na nowo, odkrywać rzeczy które się lubi i rzeczy, których nigdy nie lubiło. To rodzaj przygody, ale życie to też przygoda, prawda?
Istnieje takie trendy słówko w języku angielskim “sugarcoating”, które oznacza dosłownie “lukrowanie rzeczywistości”. Widzę, że dużo ludzi, którzy mają problem z zażywaniem substancji lubi włączać tryb obronny w swojej głowie. Mówią wtedy, że “mają nad wszystkim kontrolę”. Czy istnieje według ciebie jakiś uniwersalny filtr, dzięki któremu można rozpoznać, że sprawy wymknęły się spod kontroli?
Oh, jest taki filter! Ten filtr ma właśnie nazwę „mam wszystko pod kontrolą”. Jeżeli ktoś już ma tego typu myśli to znaczy, że coś jest nie tak. Jak przeczytałam to pytanie, to zastanowiłam się co bym odpowiedziała, gdybym została zapytana o to, jak sobie radzę w życiu. Wtedy prawdopodobnie chwilę bym “podumała” w milczeniu, zastanowiła się jak jest naprawdę i odpowiedziała spokojnie „no chyba jest wszystko ok.”. Osoby, które są w przysłowiowej „dupie” próbują się bronić, odpowiadają z automatu, brak im autorefleksji. Słychać w ich odpowiedziach jakiś lęk.

Czy na początku leczenia bałaś się, że dla innych okażesz się być nudna? Czy ktoś odsunął się od Ciebie, kiedy zaczęłaś wprowadzać zmiany do swojego życia?
Nuda to był mój największy lęk! Byłam pewna, że z dniem trzeźwienia stracę wszystkich przyjaciół. Finalnie na początku widywałam się ze znajomymi w różnych miejscach, bez asysty alkoholu. Były to głównie; kino, wystawy, kawa. Jednak czas zweryfikował to, z kim łączyła mnie prawdziwa więź, a nie tylko ta oparta na wspólnym imprezowaniu. Niektóre relacje się skończyły, nawet jak dokładane były starania, aby przetrwały w tym trzeźwym okresie.
W książce odważnie piszesz o tym, że zdarzyło Ci się nie myć przez kilka dni w czasie aktywnego uzależnienia. Ja natomiast zapytam o inny aspekt – Co pozytywnego do Twojego życia wniosła trzeźwość, o czym wcześniej nawet byś nie pomyślała?
To, że jestem odważna! Przecież całe życie mierzyłam się z toksycznym wstydem. Kiedy to się wydarzyło, że stałam się „biznesłumen” i organizuję imprezy na 200 osób? Kiedyś sobie nie wyobrażałam zebrać grupę 3 osób, aby wspólnie pójść do kina. Zawsze polegałam na innych. Potencjał, który się wydobywa z człowieka, dzięki ciężkiej pracy na terapii – jest nieoceniony!
Jak według Ciebie można pogodzić chodzenie do klubów z byciem trzeźwym, kiedy dookoła jest tyle wyzwalaczy, a ludzie bywają natarczywi w namawianiu do picia i zażywania?
Chodzenie do miejsc z wyzwalaczami to tzw. “temat rzeka”. To nie jest tak, że polecam to każdemu. Uzależnieni sam lub z pomocą terapeuty powinni zadecydować, czy to jest środowisko odpowiednie dla nich. Dla mnie ważne było, aby wychodzić z trzeźwymi przyjaciółmi. Żeby być najedzonym. Napisałam o tym cały rozdział w mojej książce. Istotnym elementem również jest to, że ja już miałam w sobie decyzję, że nie chce i nie muszę pić i ćpać. Że to już nie spełnia takich funkcji jak kiedyś. I to jest dla mnie główny warunek wyjścia do miejsc z wyzwalaczami.
Organizujesz imprezy pod nazwą “SobeRave”. Jedna z nich niedawno odbyła się również w Poznaniu, w klubie Serce. Czy trzeźwe imprezki to duże wyzwanie dla organizatora? Jak podchodzą do tego kluby? Jak wygląda organizacja takiego wydarzenia od kuchni?
Oh, zdradzać całego procesu to nie będę! (śmiech) Z wiadomych powodów najtrudniej nam znaleźć chętny lokal na tego typu imprezę. To jasne, że na alkoholu się najwięcej zarabia, dlatego też robimy dedykowane menu z Mocktailami, żeby uczestnicy mieli więcej do wyboru niż tylko colę i sok. Też patrzymy na klimat takiego miejsca. Staramy się pisać do takich, które kojarzą się głównie z muzyką, a nie z zażywaniem. Czasem są to po prostu fajne klubokawiarnie.
Dodatkową trudnością jest upór, aby „SobeRave” odbywały się w piątki lub soboty. Moim głównym celem jest promowanie trzeźwego życia, jako świadectwa, że można „normalnie”, tak jak inni, a nie w środowe wieczory w sali gimnastycznej w domu seniora.
Jeśli chodzi o Poznań – dlaczego zdecydowałam się na klub „Serce”? A mogę być szczera? Od 2 lat szukamy miejsca Poznaniu, które chciałoby z nami zorganizować trzeźwą imprezę. Długo takiego nie mogliśmy znaleźć. Nagle ktoś nam podsunął “Serce” i po zdjęciach wnętrza wyczułam, że to może być wspaniała, idealnie pasująca miejscówka. Na początku nie było dużego entuzjazmu ze strony właścicieli, gdyż jasnym jest, iż lokale zarabiają głównie na sprzedaży alkoholu. Nie biorą pod uwagę, że przecież trzeźwe osoby piją “Mocktaile”! W Katowicach była tak długa kolejka do baru, że ludzie czekali po 20 minut. Na szczęście “Serce” dało się w końcu przekonać!