fot. Dorota Majcher

LuLu Malina DJ-ka uniwersalna

LuLu Malina
11 lip 2024
Rafał Szaroleta

Mimo że nie jest z Poznania, to może się wydawać, że gra tutaj cały czas. Ma w naszym mieście swoją publikę, którą zdobywała przez wiele lat – najpierw grając muzykę DnB, a teraz m.in. house. Ma na koncie granie na największych festiwalach w kraju, gdzie prezentuje swoje zróżnicowane gatunkowo sety. To właśnie one charakteryzują jej styl grania, nad którym pracowała latami. Tutaj nie ma przypadku. Oprócz grania, nawet kilka razy w tygodniu, regularnie pracuje nad swoimi produkcjami. Jakby tego było mało, sama odpowiada za organizację imprez. Jak na to wszystko znajduje czas? Pogadajmy.  

Twoje sety są dość energiczne – mix stylów od progressive house, przez indie disco, po melodic techno. Czy mimo wszystko energia z drum n bassów przekadła się jeszcze na Twój dzisiejszy styl?

Powiedziałabym raczej, że bardziej niż energia na mój styl przekłada się warsztat techniczny, który posiadłam grając DnB. Ciężko jest mówić o podobnej energii w wypadku dnb i gatunków, które gram obecnie. Myślę, że energia obecna w moim graniu bierze się po prostu ze mnie, ze środka. Niezależnie od tego czy mam na liczniku 120 czy 170 bpm, ona po prostu tam jest. Nie zamulam, nawet gdy zamulam. (śmiech)

Na Twoim koncie jest wiele ciekawych supportów: Pan Pot, Rampue, Catz ‘n Dogz czy Oscar Mullero. To świadczy o tym, że jesteś bardzo uniwersalna. Z łatwością Ci to przychodzi?

Faktycznie wymieniłeś dość mocno oddalone od siebie stylistycznie postaci. Może, żeby jeszcze bardziej urozmaicić ten zestaw dołożę od siebie np. Trikka i Kollektiv Turmstrasse. Faktycznie, gdyby spojrzeć przekrojowo przez ostatnich pięć lat na artystów, u boku których występowałam, można zauważyć moją uniwersalność. Kilka ostatnich lat, to z mojej strony bardzo dużo pracy nad wykreowaniem własnego stylu za deckami. W tych poszukiwaniach rzucało mnie po różnych obszarach muzyki elektronicznej. Myślę, że trochę można przypisać temu również duże urozmaicenie stylistyczne headlinerów, których wymieniłeś wyżej. Częściowo występy w tych zestawieniach były właśnie efektem poszukiwań. Dzisiaj z pełną powagą i odpowiedzialnością mogę powiedzieć: jestem DJ-ką uniwersalną, gram wielogatunkowo w ramach elektroniki, ale udało mi się odnaleźć styl, który ten eklektyzm trzyma w szerokich ramach spójności. Zamyka mnie on poza szufladą, w której zawiera się „mocniej”. Obecnie raczej bym już z Oscarem Mullero nie zagrała, chociaż jaram się jego stylem okrutnie.

W zeszłym roku podczas audycji radiowej u Eelke Klein zaprezentowałaś swój pierwszy numer producencki. Czy możemy sie spodziewać kolejnych produkcji? Minęło sporo czasu i cisza. Działasz coś jeszcze w tym kierunku?

Cały czas. Siedzę w studio, dłubię, zdobywam nowe umiejętności, uczę się rzemiosła producenckiego od ludzi dużo mądrzejszych ode mnie. Brak releasów związany jest tylko i wyłącznie z moim – czasem zbyt daleko posuniętym – perfekcjonizmem. Wymagam od siebie bardzo dużo. Każdy producent wie, jakim taka postawa może być blokerem wydawania muzyki. Robię numery, kończę je i jest już zdecydowanie bliżej niż dalej do pierwszych releasów. Jest jeszcze drugi aspekt, który mocno wpływa na tryb pracy w studio – ilość grań. Ja gram naprawdę sporo. Biorąc pod uwagę sezon – od maja do połowy września –  mam do zagrania 45 – 50 imprez. Takie natężenie nie sprzyja rygorowi pracy w studio. Wyobraź sobie, że wracasz do domu po 4 graniach (w tym czasem dwóch jednego dnia), masz za sobą kilka zarwanych nocy no i nie masz już 20 lat. Regeneracja zwyczajnie trwa dużo dłużej. Rozpoczęcie pracy w studio, w poniedziałek rano, w takim trybie jest trudną rzeczą. Podjęłam decyzję, że stopniowo będę dążyć do ograniczenia ilości grań w miesiącu, po to, żeby zrobić sobie przestrzeń na regularną pracę w studio. Nie zrozum mnie źle, ja zupełnie nie narzekam. Uwielbiam to co robię. Teraz po prostu przyszedł czas na przestawienie się na dualistyczny lifestyle DJ-ki\producentki.

Na co dzień jesteś mocno związana z Warszawą, ale dość często też grywasz w Poznaniu. Wiele razy mogliśmy Cię usłyszeć w Nurcie, Tamie czy na imprezach Garden of God. Wydaję mi się, że masz tutaj sporą grupę fanów. Czujesz to przyjeżdżając do nas grać? Jakie emocje towarzyszą Ci w związku z Poznaniem?

Był czas, że w Poznaniu spędzałam sporo czasu i niekoniecznie był to czas związany z graniem. Mam ogromny sentyment związany z Waszym miastem. Dobrze się tu czuję. a gdybym miała rozważać zmianę miejsca zamieszkania, to Poznań byłby w topie wyborów, jeśli mówimy o mieszkaniu w mieście. Jeśli chodzi o granie, mam wrażenie, że mam tu sporą publikę. Przyjeżdżam trochę jak do siebie. Mam tu również mnóstwo muzycznych znajomości. Czuję się w Poznaniu po prostu dobrze.

Jak oceniasz nasze podwórko na tle innych miast?

Scena w Poznaniu z pewnością nie jest tak rozbudowana jak w Warszawie czy we Wrocławiu. Jest tutaj coś, czego w Warszawie np. nie ma. Mam na myśli pewną swojskość i luz.

W tym roku dotarł do Poznania cykl imprez spod szyldu Splot Słoneczny – niedzielne imprezy pod chmurką, który w Warszawie przyjął się znakomicie. Myślisz, że w Poznaniu również wypali?

Wypali, trzeba tylko włożyć w to wszystko sporo pracy i środków. Zmiana przyzwyczajeń ludzi nie jest łatwym zadaniem. Splot Słoneczny w Warszawie potrzebował kilku lat, żeby znaleźć się na takim poziomie popularności na jakim jest obecnie. W Poznaniu to też nie wydarzy się od razu. Natomiast mając za sobą wszystkie doświadczenia budowania marki w Warszawie, pójdzie to w moim przekonaniu dużo szybciej. Ekipa Splotu wie co robi. Fajnie, że mogę dołożyć do tego projektu swoje 3 grosze. Z tego miejsca chciałam zaprosić wszystkich do udziału w Splotach Słonecznenych odbywających się na Nocnym Targu Towarzyskim. To świetna okazja do wspólnego tworzenia nowego rozdziału w poznańskiej kulturze klubowej.

Grywasz w berlińskim KaterBlau, ale i równieź na ich imprezach typu showcase. Szykuje się jakaś dłuższa współpraca?

KaterBlau to „moje” miejsce na klubowej mapie świata. Czuję się tam wyśmienicie, zarówno jako gość, jak i jako DJ-ka. Stylistyka muzyczna, wygląd i vibe panujący w klubie, to w 100% ja. Z częścią ekipy rezydenckiej KaterBlau poznałam się już wcześniej, z niektórymi w trakcie Showcase’ów, o których wspomniałeś. Bardzo chciałam na swoje urodziny zaprosić Mirę i Chrisa Schwarzwaldera. Myślałam o tym już od dłuższego czasu. Z pomysłem organizacji Showcas’u (a właściwie 2) wyszła druga połowa teamu LuLu, czyli Mateusz Babiarz – człowiek, który stoi za organizacją i koordynacją wszystkich moich działań. KaterBlau wyraziło zainteresowanie organizacją przez nas dwóch imprez KaterBlau Schowcase. To co się dzieje, nazwałabym raczej reakcją niż jednorazowymi strzałami.

W jednym z wywiadów wspominałaś, że Twoim marzeniem jest granie na Burning manie. Coś się zmieniło w sferze marzeń, czy to cały czas top? 

Moje muzyczne marzenie się nie zmieniło, doszło jeszcze kilka innych. Wierzę, że rozpoczęcie produkowania muzyki, oprócz radości samej w sobie, delikatnie mnie do realizacji moich marzeń przybliży.

Wróćmy jeszcze na koniec do Twojego grania jako Green Rose i muzyki DnB.. Wiele się teraz mówi, że drumy wracają do łask, a wręcz, że stały się modne. Jak Ty to widzisz?

Zależy od punktu widzenia. Faktycznie obserwujemy jakiś powiew zmartwychwstania gatunku. Imprezy organizowane są już z jakąś regularnością. Ma to miejsce tylko w niektórych miastach i raczej raz w miesiącu niż raz w tygodniu. W porównaniu do imprez techno czy house, wciąż jest to zjawisko raczej marginalne, ale mimo wszystko jakiś powiew nadziei czuć.

Czy publiczność na imprezach DnB i techno jest taka sama? Masz jakieś przemyślenia w tej kwestii lub odbioru samej muzyki

Szczerze mówiąc, dawno na imprezie DnB nie byłam. Z tego co pamiętam z przeszłości, jakaś część publiki się pokrywa, ale całościowo nie jest to to samo grono odbiorców. Części ludzi, którzy słuchają DnB, bliżej jest np. do nielegalnych psytrance’owych imprez w lasach na łonie natury, niż do ciężkiego powietrza rave’ów w postindustrialnych miejscówkach, gdzie prym wiodą harnessy i „szybkie” okulary.

Przed nami weekend z Audioriver, gdzie również zagrasz. Tym razem będziemy się bawić na nowej miejscówce w innym mieście. Jak podchodzisz do tych zmian?

Dla mnie Audioriver jest już nieodłącznym elementem festiwalowego kalendarza. Oczywiście powielę tutaj popularne stwierdzenie: ciekawi mnie jak to wszystko będzie wyglądało w nowej przestrzeni. Zmiana miejsca była moim zdaniem odważnym i słusznym posunięciem. Nie łatwo jest przenieść tak duże i dobrze działające wydarzenie. Trzymam mocno kciuki za organizatorów. Zmiany bywają trudne, ale bez nich nie ma rozwoju. 

Zamykasz sobotę. Czego możemy się spodziewać i jakie towarzyszą Ci emocje?

Tradycyjnie już przy każdym wydarzeniu tej skali towarzyszą mi ekscytacja oraz lekkie podenerwowanie. Mój kalendarz grań jest w tym roku jeszcze intensywniejszy niż w latach poprzednich. Biorąc pod uwagę wysokie natężenie grań i ciągłą chęć odświeżania mojego materiału, często stresuję się czy zdążę wydigować świeże tracki na kolejne granie. Przygotowuję zazwyczaj kilkadziesiąt kawałków na set. Trzeba się trochę naszukać.  Tym razem przypadła mi rola closingu soboty, dołożę wszelkich starań, aby ta malinka na torcie została zapamiętana na długo. (śmiech) Będzie energetycznie i klasycznie różnorodnie. Zajrzyjcie na Studio o 4.30, żeby się przekonać.