„Nie gram na wielkich festiwalach, bo wiem jakimi prawidłami rządzi się scena”

DJ Wookie
04 wrz 2026
Tomasz Grzeszkowiak

Łukasz Leśniewicz, czyli DJ Wookie – pionier i prekursor poznańskiej sceny klubowej – opowiedział nam o tym, jak to się wszystko zaczęło i dlaczego nadal trwa. To fascynująca historia DJ-a, który z płyt CD puszczał pierwsze w Poznaniu Techno Party w klubie Malta w 1994 roku, a potem – już z płyt winylowych – miksował w Fabryce, rozkręcał legendarne Post Dali oraz kultowy Eskulap. Obecnie powraca z nową energią i autorskim pomysłem na to, jak połączyć DJ-skie generacje i style, zderzając stare z nowym.

Pierwsze pytanie na luzie, na przełamanie lodów. Czy to prawda, że jesteś najstarszym czynnym DJ-em w Poznaniu? 

 Ale najstarszym wiekiem czy stażem? Bo może to i to być równocześnie! (śmiech)

Wiekiem na pewno, a stażem?

Niektórzy się z tym nie zgadzają, bo widzą w tym oczywiście jakąś inną drogę. Jeżeli jednak mówimy o kimś stale czynnym, to faktycznie jestem najstarszy, bo w 1994 roku byłem pewnie tym pierwszym. W klubie Malta DJ z Radia „S”, Maciej Ostoja Zagórski aka Anioł, zaczął robić tak zwane Techno Party. Bywałem na tych imprezach od samego początku i zawsze podrzucałem Maciejowi numery do zagrania na płytach CD. I tak już na trzeciej imprezie Maciej zaproponował mi wspólne granie. Po krótkim czasie całkowicie przejąłem te czwartki w Malcie, jako że Maciej – jako DJ radiowy – nie miał na nie po prostu czasu. Wtedy zacząłem być bardziej rozpoznawalny jako „ten DJ z Techno Party”. I tu ciekawostka: na samym początku, w 1994 roku, wybrałem sobie ksywkę DJ Trip, ale już rok później funkcjonowałem jako Wookie.

Przypomnijmy w tym miejscu młodszym czytelnikom, że w latach 90. nie było typowych klubów, tylko dyskoteki. To w nich disk dżokej z odtwarzaczy CD puszczał hity, miksując je – w wielkim uproszczeniu – poprzez wyciszanie jednego utworu i podgłaśnianie kolejnego. Wiem coś o tym, bo sam byłem takim „puszczaczem” w Jacku, Stonesie oraz w Nurcie na Dożynkowej.

Tylko i wyłącznie, dokładnie tak to wyglądało. Istniały jeszcze kluby studenckie, takie jak Piekłoraj, Cicibór, Nurt czy Trops, ale tam nigdzie nie miksowano muzyki, a jedynie ją odtwarzano.

Ale to nadal były tylko dyskoteki. Nie było w nich muzyki elektronicznej.

To prawda.

To w którym momencie doszło do takiej rewolucji, że po paru latach w klubach – już nie w dyskotekach – pojawił się DJ z płytami winylowymi?

Musimy wrócić do Malty na Jana Pawła II, gdzie grałem już regularnie. To tam wytworzyło się pierwsze środowisko klubowe. Imprezy stały się atrakcyjną alternatywą dla różnych środowisk twórczych, studentów czy freaków, którzy potrzebowali czegoś innego, a jednocześnie szukali bezpiecznych i przyjaznych miejsc, a nie lokali, gdzie można było po prostu dostać po ryju – co na klasycznych dyskotekach było nagminne. Po paru latach, w 1996 roku, ponownie DJ-e z Radia S, Anioł i Czapla, zainicjowali weekendowe techno imprezy w Eskulapie. I również szybko zrezygnowali z grania na nich, zostawiając nam pełne pole do popisu. Nam, bo drugim rezydentem stał się Kuba Kosicki, czyli DJ Moi.

W tym samym roku kupiłeś swój pierwszy gramofon.

Na początku graliśmy z odtwarzaczy CD, które tam namiętnie targaliśmy wraz z Kubą. W tym czasie od znajomego kupiliśmy dwa praktycznie nowe Technicsy. Ja kupiłem gramofon i mikser, Kuba kupił drugi gramofon i w ten sposób mieliśmy cały zestaw. Grając do tej pory z CD numery Prodigy, Chemical Brothers czy kawałki z różnych kompilacji techno, ludzie je pokochali, zaczęli je rozpoznawać i klasycznie się do nich przyzwyczaili. A my wtedy nagle przerzuciliśmy się na kompletny underground. Robiliśmy pierwsze zakupy winylowe, jeżdżąc raz w miesiącu do Berlina – zrzucaliśmy się we czterech DJ-ów na benzynę i jechaliśmy dużym fiatem mojego ojca. Na imprezach zaczęliśmy grać minimal i techno spod szyldu Tresor. Rządził Christian Vogel, Joey Beltram i wielu innych undergroundowych twórców z tamtych lat. Dla niektórych był to taki szok, że zaczęli zbierać podpisy na imprezach, żebyśmy wrócili do tamtej muzyki z CD-ków! (śmiech)

DJ Wookie w klubie Fabryka, 1997 r.

Jednak imprezy systematycznie się rozwijały i co tydzień zapełniały wielką salę koncertową Eskulapu. Razem z nami zaczęli szlifować swoje winylowe skille nowi DJ-e: Mik Sync, Basic, Ash i Kris Clifford. Każdy z nich grywał z nami na tych imprezach. To według mojej opinii tak zwana pierwsza szóstka DJ-ska ówczesnych czasów. Środowisko zaczęło się dynamicznie rozwijać. Niestety, po chyba dwóch latach Eskulap „się skończył” – zmienił się zarząd i nagle imprezy przestały się odbywać. Nastał czas posuchy!
Wtedy ktoś otworzył klub Fabryka przy Grobli i tam pojawiło się dwóch kolejnych młodych DJ-ów, Mental i Fade, którzy zostali rezydentami tego miejsca. Stefan Czubala zaczął tam robić pierwsze Tresory, na jednym z nich miałem zresztą przyjemność zagrać. Młodziutki Marcin Czubala również miał tam swój debiut. Oczywiście wszyscy już wtedy grali z winyli. Fabryka długo nie przetrwała, ale jej manager, Adam Szłapka, zaczął organizować raz w miesiącu imprezy House In w Multikinie 51, w lokalu na piętrze. Poza tym w świecie house nic ciekawego się nie działo, nastąpiła wręcz klubowa zapaść. Sam grałem już wtedy głównie house, ale zwyczajnie nie było gdzie tego robić. W Starym Eskulapie rozpoczęła się era mocnych brzmień spod szyldu Tresora, a house gorączkowo szukał swojego miejsca. Mniej więcej w tym czasie z emigracji wrócił Shamut, a na ulicy Wrocławskiej otworzył się mały pub.

Post Dali.

Tak, tam bywało bardzo dużo znajomych. Wielokrotnie namawialiśmy właścicielkę, aby zrobić tam imprezę, ale była w tym temacie bardzo oporna. I tak nie chciała, nie chciała, aż w końcu dała się namówić. Pierwszą imprezę zagrali tam chyba Haze z Shamutem, a wkrótce we czwórkę – czyli Haze, Shamut, Mental i Wookie – zostaliśmy stałymi rezydentami tego przybytku.

Przypomnijmy w tym miejscu, że Haze nie jest Polakiem.

Zgadza się, jest Walijczykiem, który na stałe osiadł w Poznaniu. Założył wytwórnię Pierogi Records, wydaje płyty, produkuje muzykę. Te imprezy tak się rozkręciły, że Post Dali stał się absolutną mekką housową Poznania. Mimo że był to malutki klubik, przychodziły tam prawdziwe tłumy – część bawiła się w środku, a dwa razy tyle osób stało na zewnątrz. Lokal mieścił maksymalnie 80 osób, a na naszych imprezach potrafiło się przewinąć nawet 250!
I tu mała dygresja: dzisiejsze Rewiry mają bardzo zbliżony klimat. Mają oczywiście większy bar i większy dancefloor, ale specyfika miejsca jest podobna. Mega atmosfera, ludzie na zewnątrz, ludzie wewnątrz. Wracając do Post Dali, nadmienię jeszcze, że właścicielka, która początkowo tak bardzo nie chciała robić tych imprez, później de facto zaczęła na nich opierać całą swoją działalność. Otworzyła duże Post Dali w wieżowcu Alfy, potem drugie piętro niżej, a następnie klub BlueBerry.

Mniej więcej w połowie lat dwutysięcznych nastąpił istny boom clubbingowy w Poznaniu. Powstało sporo klubów, wrócił kultowy Eskulap pod nowym zarządem. Organizowałeś w nim imprezy „Pussystacja” razem z Shamutem i przyznam, że obok „Importu” Glassego był to mój ulubiony cykl. Chcę cię jednak zapytać o coś innego. Byłeś naocznym świadkiem rewolucji technologicznej, gdy CDJ-e bezpowrotnie wyparły gramofony z klubów. Jak do tego podszedłeś? Jakie były twoje pierwsze doświadczenia?

To był moment, kiedy bardzo dużo grałem po całej Polsce. Byłem zapraszany do wielu klubów w największych miastach, między innymi do Utopii, Inqubatora, Cienia, Sfinksa i wielu innych. W związku z tym często podróżowałem pociągami i trzeba było te płyty ciągle targać. Mój case, mieszczący około 100 winyli, ważył jakieś 35 kg. Choć kiedy trzeba było z nim przejść dłuższy odcinek, odczuwalnie było to raczej 100 kg! (śmiech)
Przejście na pliki MP3 wypalane na płytach CD znacznie to usprawniło. Ale przede wszystkim sprawą, która jest nie do przeskoczenia w przypadku winyli – pomijając ich ciężar – jest dostępność muzyki. Zaczęły się zakupy plików przez Internet, wypalało się je na CD i miałeś dany numer od ręki. Ja i tak przez wiele lat jeździłem z miksem winyli i CD-ków, ale nie musiałem już brać wielkiego case’a z setką płyt, który ważył milion kilogramów. Brałem kilkanaście winyli plus dwa klaserki z CD i miałem tam więcej muzyki niż w tym ciężkim kufrze.
Poza tym CDJ-e dały zupełnie nowe możliwości w kreatywnym miksowaniu, jakich gramofony nigdy nie były w stanie zaoferować. Dobry DJ, korzystający choćby z części tych nowoczesnych funkcji, może dziś znacznie więcej. Oczywiście sprzęt daje też funkcję sync, ale osobiście nigdy nie skalałem się jej włączeniem w klubie. Jestem w końcu oldschoolowcem! Przepraszam, włączam ją teraz w swoim domowym piekiełku synkowi, który dopiero uczy się „djować”. Ale jak skończy 10 lat, od razu mu ją wyłączę! (śmiech)

Przed wieczornym graniem przygotowujesz sobie wcześniej set w domu?

Nie, nigdy. Szykuję oczywiście nowe numery, ale zawsze niosę się z tłumem na parkiecie i pod to układam seta na gorąco, na pełnym spontanie. Myślę, że to bardzo ważna umiejętność DJ-ska – dostosowanie się do parkietu. Nie chodzi mi oczywiście o granie zamawianek na życzenie każdego. DJ ma prezentować swój autorski repertuar, to nie wodzirej czy puszczacz dyskotekowy. Jednak wybierając z selekcji odpowiednie numery, można przecież inteligentnie reagować na to, co dzieje się na dancefloorze. Czytanie nastrojów i ruchów ludzi na parkiecie to bardzo istotna umiejętność.

Czy zdarza się jeszcze, że ktoś podchodzi do ciebie na imprezie i prosi o jakiś konkretny kawałek?

Takie akcje zawsze się zdarzały i będą się zdarzać. Tym bardziej że mamy teraz sporo imprez i eventów komercyjnych, a nie wydarzeń stricte housowych czy techno. Wbrew pozorom znowu pojawia się więcej przypadkowych ludzi, którzy miewają przeróżne upodobania i nieco inną wizję roli DJ-a.

Utrzymywałeś się wyłącznie z grania czy równolegle musiałeś normalnie pracować?

Po skończeniu studiów podjąłem normalną pracę w dziale marketingu, ale nigdzie dłużej nie zagrzałem miejsca. W 2001 roku, kiedy z Shamutem stworzyliśmy projekt PussyDog, zaczęliśmy robić własne imprezy. One tak niesamowicie wypalały, że przez wiele lat żyłem tylko i wyłącznie z grania i organizacji eventów. W końcu nastąpiło jednak przesilenie i stwierdziłem, że nie po to skończyłem studia, żeby robić w życiu tylko to. Wyjechałem do Warszawy, gdzie dostałem dobrą pracę. Tam zdobyłem niezbędne know-how i kiedy wróciłem do mojego Poznania, założyłem firmę, którą prowadzę do dzisiaj – Music4Business. Sprzedaję muzykę tła dla przestrzeni publicznych. Obsługuję dużych i małych klientów sieciowych, którzy odtwarzając moją firmową muzykę, nie muszą płacić z tego tytułu ZAiKS-u. Także pozostałem blisko tematu muzyki, choć nie ma to oczywiście nic wspólnego z bezpośrednim graniem w klubach.

W Poznaniu jesteś bardzo rozpoznawalną postacią. Czy nie masz czasami wrażenia, że mogłeś zrobić większą karierę ogólnopolską?

No tak, utarło się, że jestem mocno lokalnym DJ-em w Poznaniu. Choć gdy intensywnie organizowałem imprezy, bardzo dużo grałem po całej Polsce. Miałem przyjemność zagrać w 2008 i 2009 roku w klubowym namiocie na Open’erze, grałem też na Coke Live Music Festival. Obecnie gram już tylko hobbystycznie, dla czystej przyjemności, w takich miejscach jak Rewiry czy na okazjonalnych imprezach w SQ. Wiadomo, że z rozkoszą zagrałbym na jakimś dużym festiwalu, ale jak brutalnie dał do zrozumienia mi niedawno pewien kolega z branży: „Ale Łukasz, ty nie zagrasz już prawdopodobnie na żadnym festiwalu. Ja na nich gram, bo od lat znam organizatorów i piję z nimi wódkę”.
Trochę się jednak pomylił, bo właśnie zagrałem na Salt Wave w Jastarni. Niestety w deszczowy dzień, ale zagrałem! Zresztą właściwie zawsze tak było – jeżeli dużo grasz, masz możliwości bookowania innych u siebie, to automatycznie jesteś zapraszany w rewanżu. Pomaga też, jeśli pracujesz w radiu albo w jakimś innym medium klubowym. No i oczywiście jeśli masz pierdyliard followersów w social mediach. My dorastaliśmy zupełnie bez tego. OK, ja też mam swojego Instagrama i widzę, że po każdej imprezie w małych Rewirach tych obserwujących systematycznie przybywa, ale nie pracuję specjalnie nad tworzeniem profesjonalnego contentu. Pozostanę oldschoolowcem, a zabawy w socialach zostawmy młodym. Ja się już z tego polskiego klubowego torcika w życiu najadłem i nadal jakiś fajny kawałeczek z niego dla siebie zgarniam.
Tutaj chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie mam absolutnie pretensji do całego świata o to, że nie gram regularnie na festiwalach. Zwyczajnie rozumiem prawidła, jakimi rządzi się ta scena. Sam byłem i nadal trochę jestem w tym świecie, nie mam z tym żadnego problemu. Swoje już w życiu nagrałem. A jeśli może kiedyś ktoś sobie przypomni, że w Poznaniu jest taki stary wyga, który bez problemu podniesie każdą publikę, to wiadomo, że zagram z największą przyjemnością!

Masz swój autorski cykl w Rewirach – „That Gold House” – gdzie zapraszasz głównie klubowych dinozaurów. Jakie masz dalsze plany?

Mam od jakiegoś czasu taką ideę, aby połączyć ze sobą różne DJ-skie generacje i style – stare z nowym. Rozmawiałem na ten temat z chłopakami z Dusznego Grania i oni wymyślili świetną nazwę: Slalom. Pierwsza impreza odbyła się w lipcu i miała być z Kemotem, ale niestety z przyczyn od niego niezależnych nie doleciał. Było oczywiście mega dobrze, jak to zawsze w Rewirach, ale zabrakło tej fuzji muzycznej, jaką ten pomysł oryginalnie zakłada. W idei tej imprezy chodzi o bezpośrednie łączenie młodego ze starym, różnych pokoleń i podejść do tematu. Chciałbym zapraszać na te imprezy młodych, zdolnych DJ-ów i DJ-ki. To będzie połączenie zarówno różnych stylów grania, jak i miksowanie samej publiki.
To się już oczywiście dzieje od lat w Rewirach, za co absolutnie kocham ten klub. Zarówno młodzi, jak i starsi bawią się tam wyśmienicie, a atmosfera kreowana przez tę międzypokoleniową mieszankę tworzy wręcz paliwo rakietowe dla każdego DJ-a!

Świetny pomysł. Znam to miejsce, potwierdzam.

Młodzi DJ-e mają często niesamowitą energię i ściągają fajnych, chłonnych nowych brzmień ludzi. Co prawda na jednej z takich imprez w Rewirach zaobserwowałem, że młoda publika często już o 2:00 w nocy wraca do domu, podczas gdy ci starsi ciągną imprezę do samego rana, ale to oczywiście nie musi być regułą.

Ach, ta dzisiejsza młodzież…

Ale ta młodzież świetnie się bawi i jest niesamowicie otwarta na nową muzykę. Ja zawsze chętnie połączę siły z DJ-ską młodzieżą. Z takich kooperacji mogą wyniknąć tylko i wyłącznie plusy. Sam jestem już nieco zmęczony graniem samych klasyków na imprezach, które z założenia mają być oldschoolowe. Od dwóch lat w Rewirach raczej tylko czasem przemycam je między świeżymi numerami. Stąd właśnie ta nowa idea. Na fajnych imprezach, z fajną publicznością mogę grać do końca życia i będę to robił zawsze z olbrzymią przyjemnością.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia pod lustrzaną kulą dyskotekową!