fot. Mery Wilczyńska

Le’sia: „Najjaśniejsze z ciemnych i najciemniejsze z jasnych”

Le'sia
15 paź 2026
Dawid Balcerek

Poznały się dwa lata temu podczas jednej z imprez w poznańskim klubie Schron. To właśnie wtedy inna koleżanka po fachu, Grażyna Biedroń, połączyła je za deckami. Dla Marty i Kasi był to przełomowy moment, bo od tamtej pory stały się nierozłączne. Wspólnie stworzyły projekt Le’sia, którego nazwa nawiązuje do ich scenicznych pseudonimów: Lewej i Krystyny. Od tego czasu regularnie pojawiają się w klubach i na festiwalach w całej Polsce, serwując publiczności energetyczne sety pełne indie dance, tech house’u, minimalu i progressive house’u.

Le’sia, czyli Lewa i Krysia. Skąd pomysł na połączenie sił i stworzenie wspólnego projektu?

Lewa: Pomysł tak naprawdę zrodził się z przypadku. Ówczesna bookerka Schronu, Grażyna Biedroń, ustawiła nas na b2b na jednej randomowej imprezie. Kojarzyłyśmy się już wcześniej ze środowiska.

Krysia: Ja tak naprawdę wychowałam się na setach Lewej i imprezach organizowanych przez kolektywy, które współtworzyła. Później weszłam jeszcze głębiej w ten świat, najpierw pracując w Schronie, a potem już sama grając.

L: Z Krysią przecinałam się właśnie w Schronie i na festiwalach, ale pamiętam, że zawsze podobało mi się, jaką muzykę wrzucała. Myślałam sobie: „O, słuchamy podobnie”. Napisała mi kiedyś też bardzo fajną wiadomość po moim wywiadzie w audycji Kemot b2b Łęcki. Napisała, że wszystko, co tam mówiłam, bardzo z nią rezonuje, a wybór traków też jej mocno przypasował.

K: Na pierwszym graniu tak nam siadło, co wcale nie jest takie oczywiste, że poczułyśmy, że to coś więcej niż jednorazowe b2b.

L: Po powrocie do solowego grania, po około roku, znowu dostałam tego ekscytującego wiatru w żagle i uświadomiłam sobie, że b2b to moja ulubiona formuła. Granie samej nie daje mi takiej satysfakcji. Klejąca się selekcja i energia dwóch osób to moje ulubione połączenie. Moja psycholożka w ogóle trochę „wywróżyła” mi Krysię. Po odejściu z poprzedniego duetu i po urodzeniu dziecka miałam spadek zajawy do grania solo. Powiedziała wtedy: „Najlepiej byłoby, gdybyś znalazła sobie jakąś dziewczynę o podobnej energii, może na początku swojej drogi. Ona da ci świeżość, a ty pomożesz jej swoim doświadczeniem”. Wszystko przyszło do mnie w swoim czasie. (śmiech)

K: Nie miałam wtedy dużego doświadczenia z b2b. Grałam dopiero od pół roku, ale totalnie poczułam magię takiego grania. Byłam w szoku, że można czuć aż taką podjarkę, grając z kimś. Od razu postanowiłyśmy spotkać się ponownie i nagrać seta konkursowego na LAS, nie mając jeszcze nawet w planach tworzenia duetu.

Lewa ma za sobą kilka lat w Sasafras Tree i doświadczenie we współpracy b2b. Krysiu, jak ci się gra w duecie? To zawsze kompromisy i czasami walka o własne zdanie. Jak to u was wygląda?

K: Mając dzisiejsze doświadczenie, doskonale wiem, ile kompromisów wymaga formuła b2b. Z Lewą nigdy tego nie czułam i nadal nie czuję. Nasza selekcja jest tak spójna, że każde granie to ten wyczekany moment, kiedy możemy pokazać sobie nową muzę, razem się nią jarać i wspólnie bawić. Myślę, że wpływa na to też fakt, że mamy bardzo podobną wrażliwość emocjonalną i dobrze wyczuwamy, jak każda z nas się czuje. Nie mamy totalnie potrzeby ciągnięcia wszystkiego na swoją stronę. Chcemy przede wszystkim wspólnie zbudować seta. Najfajniejsze jest jednak to, że nawet o tym nie myślimy, tylko po prostu płyniemy.

L: Ja tylko dodam od siebie, że od początku jest między nami stuprocentowe zaufanie. Nie ma tekstów typu: „Nie wiem, czy ten kawałek siądzie” albo „Czy nie zepsuje klimatu?”, tylko raczej: „Dawaj, zobaczymy, co się wydarzy”. Dzięki temu nie raz odkrywałyśmy gatunki, które łączą się ze sobą w wyjątkowy sposób, choć nie zawsze jest to oczywiste. Nasze sety potrafią być jednocześnie najjaśniejsze z ciemnych i najciemniejsze z jasnych. Kocham ten brak szablonu i element zaskoczenia. Nasze ADHD jest zadowolone. (śmiech)

Jaki aktualnie gracie rodzaj muzyki? Jakie klimaty przeważają w waszych setach?

Jeśli chodzi o gatunki, to indie dance, tech house, minimal i progressive. Lubimy pokombinować i stworzyć z tego coś swojego.

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat powstało kilka damskich duetów w Poznaniu. Co was wyróżnia na tle innych kolektywów?

K: Myślimy, że sam fakt bycia damskim duetem nie ma aż takiego znaczenia. Natomiast to, że obie mamy kobiecą wrażliwość i emocjonalność, sprawia, że świetnie się razem czujemy, wspieramy się i przyjaźnimy. To po prostu widać. Przez to nasze samopoczucie i to, co odbieramy z parkietu w danym momencie, bardzo mocno wpływa na nasze granie i od razu słychać to w muzyce. To nasza największa siła, ale momentami też największa zmora. To, że jesteśmy razem zarówno w swoich prime momentach, jak i wtedy, kiedy przychodzą małe czy większe kryzysy, wraca do nas w postaci wsparcia i wzajemnego wyciągania się na scenie. Wtedy wpadają szybkie żarty do ucha, teksty typu „dobry traczek” albo „świetne przejście”, czy po prostu bardziej żywiołowy taniec za konsolą. (śmiech) To jeszcze bardziej umacnia nas jako duet i jednocześnie buduje przyjaźń.

Lewa, w życiu prywatnym jesteś również matką. Jak łączysz życie klubowe z macierzyństwem?

L: Chyba jestem dość niestandardowa, bo zawsze się śmieję, że tak samo kocham moje „fit matcha mommy life”, jak i zadymione kluby do rana oraz kilkudniowe festiwale, gdzie mogę trochę odpiąć wrotki. Przestałam już udawać, że jestem tylko jedną z tych wersji siebie. To było bardzo uwalniające, kiedy to zrozumiałam. Dzisiaj nie wstydzę się powiedzieć w przedszkolu, że mój pies ma na imię After, a moje dziecko było na weekend u dziadków, bo ja grałam o piątej rano na drugim końcu Polski dla grupy dorosłych ubranych w stroje jednorożców. (śmiech)

fot. Kamila Żurek

Na backstage’ach też zdarza mi się pokazywać zdjęcia dziecka, więc to działa w dwie strony. (śmiech) Dzielę też weekendy opieki z byłym partnerem i nie boję się prosić dziadków o pomoc. Jestem mistrzynią planowania, więc jeśli naprawdę mi na czymś zależy, zwykle znajduję rozwiązanie. Oczywiście równie ważne jest nauczyć się odmawiać. Nie trzeba być wszędzie, a Luna zawsze będzie moim priorytetem.

Ostatnio w przestrzeni klubowej trwa dyskusja, czy dziś łatwiej jest zrobić karierę dzięki mediom społecznościowym. Jakie jest wasze zdanie?

L: Media społecznościowe są nieodłącznym elementem tej gry, czy tego chcemy, czy nie. Rozumiemy to i staramy się robić to po swojemu, ale konsekwentnie. Mówi się o tym otwarcie w środowisku, że jest to konkretna wartość na rynku. Uważamy jednak, że jeśli ktoś ma duże social media, ale nie stoi za tym dobra muza i jakość, to długo nie przetrwa. Jeżeli ktoś konsekwentnie czyści parkiet i nie ma w tym prawdziwej zajawy, to prędzej czy później wyjdzie i nikt nie będzie chciał bookować takiego farbowanego lisa.

Poznań ostatnio zrobił się mocno techniczny, jeśli chodzi o scenę klubową. Jak oceniacie ten trend?

K: A my widzimy, że coraz więcej ludzi wraca do zabawy przy lżejszych brzmieniach.

L: Przecież większość z nas świetnie bawi się na house’owych scenach Garbicza, Summer Contrast czy Mystic Creatures. Ludzie lubią jednak dostawać coś więcej. Dobrym przykładem jest cykl, który współtworzy Krysia, „Gaya x Tansy”, gdzie są zagraniczne bookingi, świetnie dobrani lokalni artyści, przepiękne dekoracje, światła i dobrze poprowadzona promocja wydarzenia.
Tama też zrobiła duży krok, otwierając Slow. W czasie największej mody na hard techno trudno było uwierzyć, że znajdzie się tam miejsce dla fanów lżejszych brzmień. Mój House od dziewięciu lat świetnie radzi sobie z taką muzyką. Rewiry czy Nurt latem również. Ogólnie cały clubbing przechodzi dziś kryzys, bo kolejne pokolenia nie wychodzą już tak licznie jak kiedyś. Z drugiej strony mówi się, że nowym wellness stanie się właśnie wychodzenie do klubów offline, więc warto być dobrej myśli.

Czy poznańska scena zjada już swój własny ogon?

L: Wolimy myśleć o tym tak, że odrabia swoją lekcję.

Październik za rogiem. Macie jakieś plany związane z cyklem „Rodeo House”?

L: Tak, zapraszamy na nasz cykl „Rodeo House”. Warto śledzić social media House Szkolna i sprawdzać daty wydarzeń. Szykuje się tego trochę, zarówno w Poznaniu, jak i w innych miastach, więc po licznych plenerach nie możemy się doczekać powrotu do klubowych zakamarków.

Lato za nami. Jak wspominacie występy na festiwalach?

K: Obie jesteśmy festiwalowymi zwierzakami i od wielu lat właśnie tak spędzamy wakacje. Czekamy na to cały rok. Możliwość grania na festiwalach, na których jednocześnie bawimy się do setów naszych ulubionych artystów oraz koleżanek i kolegów z branży, daje nam ogromną radość i wdzięczność. Trudno wskazać jeden ulubiony festiwal, bo każdy ma swoją magię.
Summer Contrast to dla Lewej trzynaście lat regularnych wizyt i grania. Dla mnie to również wiele lat jako festiwalowiczki i dwa lata grania na ukochanych scenach. To trochę jak wielki rodzinny zlot. Lubimy się z organizatorami i spędzamy razem czas także poza festiwalem.

L: Wisłoujście było kolejnym spełnionym marzeniem. Telefon dwa tygodnie przed wydarzeniem wywołał u nas sporą euforię. Organizacja była wspaniała, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Mamy nadzieję, że wrócimy tam za rok.
Mystic to z kolei jakaś zupełnie odrealniona, piękna kraina i idealne zakończenie sezonu letniego. Chyba właśnie tam grało nam się najlepiej. Ten set jest zresztą dostępny na naszym SoundCloudzie, więc zapraszamy do odsłuchu.
Miałyśmy też niesamowite wsparcie lokalnej ekipy. Liczba znajomych twarzy na naszym secie i te dzikie tańce zostaną z nami na długo. Warto wspomnieć też o wakacyjnych setach w Nurcie, który kochamy, oraz o bardzo fajnym, kameralnym festiwalu Micronoce. Koniecznie sprawdźcie. Festiwale to zawsze cenna lekcja muzyczna i piękne wspomnienia wynikające z połączenia grania z zabawą.

W takim razie jaki jest przepis na idealny festiwal?

L: Trochę Niemców do zabawy, bo dają unikatowy luz, i Polaków po stronie organizacyjnej, bo wtedy wszystko jest dopięte na tip-top. (śmiech) Dorzuciłybyśmy jeszcze słońce albo chociaż brak deszczu. Pogoda nie raz pokazała, że potrafi zabić nawet najlepszą organizację, muzykę i nastroje.

K: A tak serio? Niech każdy zostawi strach w domu, otworzy głowę i przyjedzie z nastawieniem na nowe doświadczenia muzyczne i emocjonalne. Organizatorzy poskładają to w całość z odpowiednimi ludźmi od techniki, dekoracji i wizualiów, DJ-e dołożą dobrą muzykę i mamy festiwal idealny.

Marta, a jak u Ciebie z produkcją muzyczną? Pamiętam twoje Neko. Działasz dalej? Czy możemy się spodziewać w najbliższym czasie wspólnych produkcji? 

Co do produkcji, to po urodzeniu Luny jeszcze do tego nie wróciłam. Krysia na razie też chce się mocno rozegrać, bo jest na rynku od 2 -3 lat, ale chciałabym kontynuować produkcje muzyczne jako Lesia. Myślę, że to misja na przyszły rok, bo jeszcze zaczynam kolejne studia z coachingu z psychologią.