„Musimy walczyć o miłość” – Arkadiusz Jakubik

Arkadiusz Jakubik
09 gru 2016

„Wołyń”, „Jestem mordercą”, „Prosta historia o morderstwie”. Arkadiusz Jakubik jest obecnie jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich aktorów. Mimo tego znalazł czas, aby spotkać się z nami przy okazji koncertu jego zespołu Dr Misio. Rozmawiamy o kinematografii, muzyce, pasjach, marzeniach i miłości.

 

2016 jest świetnym rokiem dla polskiej kinematografii. Nie tylko pod względem frekwencji w kinach, ale także, co najważniejsze, pod względem artystycznym. Nawet debiutanci pokroju Jana Matuszyńskiego potrafią zaskoczyć. Jak myślisz, czy polskie kino wkracza na nowy poziom?

Odnoszę wrażenie, że polskie kino ma się całkiem dobrze już od kilku lat. Widzowie bardzo chętnie chodzą do kina właśnie na polskie filmy. Poza tym od jakiegoś czasu mamy wysyp polskich filmów nagradzanych na międzynarodowych festiwalach. Nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem fakt, że ta jesień upłynęła pod znakiem polskich filmów – „Ostatniej rodziny”, „Wołynia” czy „Jestem mordercą”.

Traktujesz tworzenie muzyki jako hobby, odskocznię od filmu, czy też może jako rzecz równoważna z aktorstwem?

Dla mnie muzyka to jest odrębny byt. Mam kilka swoich planet aktywności twórczej: aktorstwo, reżyseria czy scenariopisarstwo, ale muzyka jednak daje mi coś zupełnie innego – coś, czego nie mogę znaleźć na tych pozostałych planetach. Daje mi totalną, niczym nie skrępowaną wolność twórczą. Nie mam nad sobą żadnego reżysera ani producenta. Robię to co czuję i robię to jak chcę.

Wspomniałeś o producentach. Sam reżyserujesz filmy. Czy tak uznane nazwisko, jak Twoje, ułatwia kontakty z producentami?

Nie. Początkiem rozmowy, albo także jej końcem, zawsze jest scenariusz, który producent dostaje do ręki. Oczywiście, ważne jest to, czy osoba, która chce zrobić film, ma już na koncie jakiś dorobek artystyczny. Ja wyreżyserowałem dwa filmy. Ten pierwszy – „Prosta historia o miłości” – został zauważony, zdobył kilka nagród na festiwalach, dostaliśmy między innymi nominację do Orłów w kategorii „Odkrycie roku”. I myślę, że to właśnie sukces tego filmu stał się moją przepustką do świata reżyserii. Drugi film był dużo trudniejszy. Drugi film w karierze reżysera zawsze jest traktowany na zasadzie – być albo nie być w tym zawodzie. Mam nadzieję jednak, że zdałem ten egzamin.

Czyli nie zamierzasz kończyć kariery reżysera na drugim filmie?

Nie (śmiech).

Czy Twoje doświadczenie aktorskie pomaga dogadać się z aktorami na planie?

Przede wszystkim nie pokazuję aktorom, jak mają grać. (śmiech) Na pewno łatwiej jest mi ich zrozumieć, ponieważ mam w głowie podświadomie włączony tryb pracy aktorskiej. Cały czas  pamiętam o tym, że na planie filmowym najważniejsi są aktorzy, którym w pewnym momencie pracy nad filmem trzeba zaufać, w których ręce trzeba w końcu oddać bohatera swojej historii. I których trzeba słuchać – słuchać tego, co mają do powiedzenia. Przychodzi taki moment, kiedy aktor wie już więcej niż reżyser i wtedy komunikacja jest rzeczą niezwykle ważną.

Czy podczas kręcenia swoich filmów łapiesz się na tym, że myślisz, jak zagrałbyś konkretną rolę?

Nie, nigdy. Po to bierzesz do obsady swoich ukochanych aktorów, najlepszych, jakich mógłbyś sobie tylko wymarzyć. I oddajesz im totalną kontrolę nad postaciami. Jak już wspominałem, najważniejsze jest zaufanie. Nigdy nie powiem, że ja bym mógł zagrać to lepiej, czy inaczej.

Współpracowałeś z Tymonem Tymańskim przy projekcie „Polskie Gówno”. Powiedz. ile w tym projekcie ironii, a ile prawdziwej krytyki dotyczącej polskiego środowiska?

„Polskie gówno” to przede wszystkim sowizdrzalstwo, ironia i wszystko, co niesie ze sobą poczucie humoru Tymona Tymańskiego, tylko, że zrobione w sosie, który osobiście bardzo lubię, czyli – realistycznym. Bardzo dobre, ostre, punkowe kino. Mocno trzymam kciuki, za następny projekt filmowy Tymona. Zdaje się, że mam tam nawet zagrać. (śmiech)

Więc myślisz, że tworzenie takich filmów jak „Polskie Gówno” wymaga bardziej odwagi, niż umiejętności?

Produkcja filmu to bardzo złożona materia, a tworzenie takich offowych filmów jak „Polskie gówno” wymaga raczej dużej liczby bogatych przyjaciół. (śmiech)

„Wołyń” to z pewnością ważny film, nie tylko pod względem stricte filmowym. Czy wyobrażasz sobie, że w przyszłości ten film jest oglądany na lekcjach historii? Jak myślisz, jak ten film zostanie zapamiętany w polskiej kulturze?

Mam ogromną nadzieję, że „Wołyń” stanie się częścią naszej tożsamości historyczno-kulturowej. Natomiast jestem przeciwny spędom szkolnym, nakładaniu odgórnego obowiązku na licea czy gimnazja i nacisku na to, by uczniowie oglądali konkretny film. Ostatnio w czasie festiwalu Opolskie Lamy rozmawiałem z dyrektorką kinopleksu w Opolu, która powiedziała mi, że jest niebywale zaskoczona, ponieważ największą część widowni „Wołynia” w jej kinie stanowiła właśnie młodzież od osiemnastego do dwudziestego piątego roku życia. Młodzież, która sama podejmuje decyzję na jaki film chce kupić bilet.

Wielokrotnie wspominałeś, że praca nad „Wołyniem” była intensywna i ciężka. Czy rola Skiby wymagała od Ciebie nowego podejścia aktorskiego?

Nie. W podejściu do pracy aktora na planie filmów Wojtka Smarzowskiego nic się u mnie nie zmieniło. Zmieniają się tylko okoliczności, które w tym wypadku były naprawdę ciężkie. U Smarzowskiego trzeba zawsze grać na 100% i po prostu zamienić się w swoją filmową postać. Przy „Wołyniu” było tak samo.

W „Wołyniu” partneruje Tobie debiutantka Michalina Łabacz. Mimo jej krótkiego aktorskiego stażu, udaje się Wam stworzyć na ekranie elektryzującą relację. Jak wyglądała współpraca z Michaliną?

Wojtek bardzo długo szukał odtwórczyni głównej roli. Robił mnóstwo castingów, przesłuchał kilkaset dziewcząt. Michalina jest absolutnym odkryciem tego filmu. Aż trudno uwierzyć, że to jej debiut przed kamerą. Michalina jest obdarzona fantastyczną intuicją aktorską. Ma w sobie niebywały magnetyzm, kamera ją uwielbia. Ten rodzaj skupienia, który potrafi osiągnąć na planie filmowym i świetny kontakt, jaki nawiązaliśmy, to dwie rzeczy, które umożliwiły nam zbudowanie trudnej relacji Zosi Głowackiej i Macieja Skiby. Uwielbiam Michalinę, jestem wyznawcą jej talentu i cieszę się, że za swoją rolę dostaje nagrody, bo należą jej się jak mało komu w tym sezonie filmowym.

Dlaczego Dr Misio? Skąd nazwa zespołu? Kim jest Dr Misio

Nazwa wzięła się z piosenki „Mr Hui”, autorem tekstu jest Krzysiek Varga. Piosenka opowiada o tajemnicy natury mężczyzny, że każdy facet jest Doktorem Misiem, każdy lubi jak się go głaszcze po głowie i przytula. Po to, by za chwilę zamienić się Mr Huia, wyjść na miasto, robić brzydkie rzeczy, których sam się wstydzi. A potem wraca do domu i znowu zamienia się w Dr Misio. Zasada jest prosta i stara jak świat. Dr Jeckyll i Mr Hyde. Na początku chcieliśmy się nazywać Mr Hui… (śmiech), ale spękaliśmy i zmieniliśmy nazwę na Dr Misio.

Wasza muzyka jest bardziej kierowana do płci męskiej. Czy kobiety też mają szansę znaleźć coś w Waszych utworach?

Jak najbardziej! Na naszych koncertach widać wyraźnie, że mamy naprawdę zacne grono fanek. Na przykładzie ostatniej płyty „Pogo” przekonałem się, że większość naszych piosenek jest – krótko mówiąc – o miłości. Oczywiście o tej prawdziwej, nie z seriali czy kolorowych czasopism, tylko o takiej miłości, którą widzą faceci po czterdziestce, miłości pełnej depresji i rozczarowań. Miłości, o którą trzeba każdego dnia walczyć. Jedna z naszych piosenek pod tytułem „Powstaniec” o tym opowiada. Powstajesz codziennie rano z łóżka ze swoją kobietą i musicie walczyć o miłość. To powstanie z łóżka to nasze małe Powstanie Warszawskie. Ja walczę za jej małe cycki, a ona za mój wysoki cholesterol.

Porozmawiajmy o Waszej trzeciej płycie. Jak przebiegają sesje nagraniowe i jakiego brzmienia możemy się spodziewać?

Przed chwilą dzwonił do mnie nasz producent muzyczny Kuba Galiński, który właśnie zrobił kolejną wersję aranżu do numeru „Klubokawiarnia Smutek”. Prace cały czas trwają. Chcemy skończyć nagrywanie do końca grudnia. Mam nadzieję, że album będzie dużym zaskoczeniem. Po premierze „Pogo” stało się dla mnie jasne, że trzecia płyta, którą nagramy z Dr Misio, musi być zupełnie inna i różna od tego, co zrobiliśmy na drugim krążku. Miałem dwie alternatywy. Pierwszą było zamknięcie się z chłopakami w schronie atomowym i po prostu darcie się do mikrofonu, granie piosenek zupełnie live, nie strojąc gitar, fałszując, próbując wykrzesać przy tym pokłady energii, normalnie uzyskiwane na żywo w trakcie konfrontacji z publicznością. Drugim wyjściem było pójście w zupełnie nowym kierunku. Wybrałem opcję numer dwa. Nowa płyta będzie różna od poprzednich – będzie dużo elektroniki, więcej melodii i duży rozstrzał stylistyczny. Puściłem kilka nowych kawałków demo mojej mamie, która bynajmniej nie jest naszym targetem, ale szanuje to, co robi jej ukochany syn. Mama nigdy nie była na koncercie, ale zna doskonale twórczość Dr Misio. Posłuchała nowych utworów z wielką uwagą i powiedziała: „No ładnie, synku, naprawdę ładnie… Ale powiedz mi, co na to Twoi dotychczasowi fani?” (śmiech). To chyba najlepsza recenzja tego, co się wydarzy. Mam nadzieje, że na wiosnę przyszłego roku będzie już można tej płyty posłuchać.

Wyobraź sobie, że dostajesz propozycję zagrania u kogoś pokroju Christophera Nolana lub Quentina Tarantino. Przyjąłbyś tę propozycje?

Najpierw poprosiłbym o scenariusz do przeczytania. I nie chodzi o to, że przewróciło mi się w głowie, tylko o to, że jeżeli mam grać rolę, której absolutnie nie czuję, no to musiałbym się poważnie nad tym zastanowić. Tak naprawdę jednak to pytanie jest retoryczne – oczywiście, że bym się zgodził (śmiech)! Tym bardziej, że chodzi o takie nazwiska, a zwłaszcza o Quentina Tarantino.

Właśnie Tarantino odkrył Christopha Waltza, Twojego partnera z planu…

Tak, miałem kiedyś grać z Christophem Waltzem u Mike’a Newella (reżysera filmu „Cztery wesela i pogrzeb”, przyp. red.). Film nosił tytuł „Reykjavik”. Niestety w ostatniej chwili wycofał się jeden ze sponsorów. Wyobraź sobie, że na casting, który wygraliśmy razem z Danielem Olbrychskim, przyjechał do Warszawy sam Newell. Mieliśmy zagrać całkiem poważne, duże role u boku właśnie Christopha Waltza jako Gorbaczowa i Michaela Douglasa, który miał grać Ronalda Reagana. Szkoda, że film nie doszedł do skutku. No ale nie można mieć wszystkiego. I tak jest dobrze, tak jak jest.