Mieliśmy się spotkać już w zeszłym roku przy okazji 20-lecia kultowego albumu „P-Ń VI” i wydania płyty „0323”, która była swego rodzaju trybutem dla tej pierwszej. Jednak nie udało się wtedy złapać, ale co się nie odwlecze to nie uciecze, a Hans wydaje właśnie album pt. „Wilki z Rapstreet”, więc nadarzyła się kolejna okazja do spotkania. Tym samym wróciliśmy w rozmowie do starszych wydawnictw oraz pogadaliśmy o nowym projekcie. Zapraszam do szczerej podróży w czasie ze starym wilkiem z Dębca.
Zacznijmy od początku, czyli demówki „Najwyższa Instancja”, którą nagrałeś w duecie z Deepem jako 52. Co w ogóle Was zainspirowało do złapania za mikrofony i nagrania tej pierwszej nielegalnej płyty?
To był druga połowa lat 90., okres fascynacji kulturą hip-hop, która docierała do nas zza oceanu. Zobaczyliśmy, że w Polsce też powstaje hip-hop, i to nas zmotywowało żeby też spróbować. Żeby cokolwiek zrobić wystarczył komputer, obojętnie jaki mikrofon i jakaś wieża audio. Najpierw nagraliśmy demo na kasecie, a później przenieśliśmy to na komputer. Tak powstała płyta Pięć Dwa „Najwyższą Instancję”, którą nagrałem w duecie z Deepem i „wydaliśmy” w ilości 50 egzemplarzy. To były czasy pełne entuzjazmu i młodzieńczej energii, album był kopiowany przez ludzi, przegrywany z kasety na kasetę, słuchany na szkolnych boiskach, sam obiegł całe miasto. Wszystko wydawało się możliwe.
Później jednak grałeś już sam i wydałeś solowy projekt 52 Dębiec „P-Ń VI”.
Po nagraniu nielegala „Najwyższa Instancja” grałem bardzo dużo koncertów, a nawet festiwali – cały czas będąc reprezentantem podziemia. Deep wówczas się trochę wymiksował z tego układu, miał swoje sprawy i życie. Nie miał zbytnio ochoty jeździć na koncerty. więc jeździłem na nie sam, grając po pół piosenki. No i to doprowadziło mnie do tego, że musiałem nagrać coś swojego, a że nie chciałem rezygnować z tych dwóch cyfr, na które też pracowałem, to dołączyłem nazwę dzielnicy i tak powstało 52 Dębiec. Album został wydany w 2003 roku oficjalnie przez UMC Records, który stał się dość popularny i bardzo lubiany po dziś dzień przez słuchaczy.
Album ten odniósł spory sukces. A czy patrząc z perspektywy czasu, zmieniłbyś coś dzisiaj na tej płycie?
Z perspektywy czasu uważam, że utwór „Drut” jest słaby i bym go usunął. Natomiast „To my, Polacy”, to był utwór, który właściwie skończyłem sam – miałem dwie zwrotki, refreny gotowe. Nie pamiętam w sumie dlaczego zaprosiłem wtedy gości. Utwór się rozrósł, zrobił się strasznie długi. Kris w swojej zwrotce nie złapał tego samego poczucia humoru co ja, a Doniu w zasadzie nie wniósł nic specjalnego do refrenu. Ascetoholix szli już wtedy w taką komercyjno-popową stronę, która mi nie leżała. Myślę, że ich udział wpłynął na jego odbiór w środowisku. Natomiast dla słuchaczy stał się klasyką, to nadal kawałek, który musi być na koncercie. Numer „Policyjny” jest zarąbisty, chociaż dzisiaj bym już takiego nie nagrał. Ale on ma swój przekaz, to nie tylko bluzgi. Każdy z tych kawałków jest naprawdę świetny. Płyta przetrwała próbę czasu, była bardzo dobra wtedy i uważam, że nadal się broni.
Ostatnio wróciłem do recenzji tej płyty w Ślizgu. Była trochę dziwna. Napisali tam, że „to najbardziej hardkorowa płyta w historii polskiego hip-hopu” i chyba trochę prześmiewczo docenili Twoje umiejętności techniczne.
Kojarzę recenzje z tamtego czasu, nie były zbyt pochlebne. Myślę, że to był taki rodzaj ironii, że koleś poleciał po bandzie. Głównie chodziło o ten utwór „policyjne”, że nie zdarzył się jeszcze taki, co by tak pocisnął na policję. I generalnie to było utrzymywane w takim tonie ironii. Recenzje były generalnie słabe, ale ludzie wybrali inaczej i recenzenci się mylili.
Po sukcesie „P-Ń VI” była sodówka? W ogóle długo nic po tej płycie nie wydałeś.
Nie, nie było czasu na świętowanie. Po wydaniu płyty ruszyłem w trasę koncertową, która trwała cztery lata. Byłem pochłonięty koncertami, imprezami i wszystkim, co się z tym wiązało. Nie myślałem nawet wtedy o tworzeniu nowych rzeczy. Cały czas były propozycje, pewnie pograłbym jeszcze z dwa lata z tym materiałem. Musiałem przystopować. Po pewnym czasie, kiedy wszystko się uspokoiło i wróciłem do normalnego trybu życia, mogłem zacząć dopiero myśleć o nowej muzyce.
W zeszłym roku minęły dwie dekady od wydania tego klasyka. Z tej okazji wydałeś płytę „0323” wracając do nazwy 52 Dębiec. Nawiązałeś nie tyko do nazwy, ale i stylu.
Tak, w 2023 roku świętowaliśmy dwudziestolecie wydania płyty „P-Ń VI” i chciałem uczcić tę rocznicę czymś wyjątkowym. Zamiast iść na łatwiznę i wydać reedycję, postanowiłem odświeżyć markę 52 Dębiec i nagrać solowy album, który oddawałby ducha tamtych lat.
Na płycie „0323″ zaskoczyła mnie liczba gości. Jak doszło do tych współprac?
Zazwyczaj tworzyłem sam lub z Deepem, ale tym razem chciałem złamać tę konwencję i zaprosić do współpracy innych artystów. Zacząłem od ludzi, których twórczość cenię, nawet jeśli nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Kontaktowałem się przez Instagram i ku mojemu zaskoczeniu, każdy chętnie przystał na propozycję. To było niesamowite doświadczenie, pełne otwartości i artystycznego zrozumienia. Hip-hop to nie tylko rywalizacja, ale też wspólnota ludzi, którzy dzielą tę samą pasję.
Utwór „Telefony” z Numerem Razem był zaskoczeniem dla wielu. Czy możesz opowiedzieć więcej o tym, jak doszło do tej współpracy?
Do Numera zadzwoniłem bardzo spontanicznie. Pamiętam historię związaną z nim i z Flintem. Recenzowali płyty w swoim podcaście, omawiali bieżącą sytuację w hip-hopie, i zawsze byłem tam przez Numera krytykowany. Wyczuwałem rezerwę, myślałem nawet, że mnie nie lubi. To mnie dodatkowo zmotywowało, żeby się do niego odezwać i zaprosić go do współpracy. Okazało się, że jest spoko kolesiem i nagraliśmy ten kawałek. Ta współpraca była dla niego okazją, żeby lepiej poznać moją twórczość i wyjść poza te kilka singli sprzed lat, które utkwiły mu w pamięci, na podstawie których wyrobił sobie o mnie zdanie.
A co stary wilk powiedziałby temu młodemu wilkowi z „P-Ń VI?”, który dopiero zaczynał swoją karierę?
Wiesz co? Myślę, że nic. Nie uważam, że należałoby coś w moim życiu zmieniać, ponieważ ta cała kręta ścieżka – pełną potknięć, „fuck up’ów”, ślepych zaułków, źle obranej drogi, zakrętów, w które nie powinienem w ogóle wchodzić – to mnie doprowadziło do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Żyję bardzo dobrze, nie chciałbym tego życia zamienić na żadne inne, dlatego też ważne jest umieć zaakceptować swoją prawdę i drogę w życiu. Liczy się to, gdzie nią doszedłeś, a nie jak szedłeś. Oczywiście można sobie mówić, że można uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji. Gdybym się cofnął w czasie, to bym postąpił tak czy siak, ale czy to by było dobre – nie wiem tego, nie potrafię przewidzieć. Może gdybym w 2004 roku nagrał drugie 52 Dębiec i przypieczętował swój sukces, może popłynąłbym tak szeroko, że dziś bym był zupełnie innym człowiekiem, a może w ogóle już by mnie tu nie było? Cała droga była potrzebna w takiej właśnie formie, w jakiej się odbyła, żebym dziś był tym, kim jestem i to jest wartość, której nie chciałbym zmieniać. Podsumowując, nie udzielałbym żadnych rad temu samemu sobie sprzed lat.
Przejdźmy do najnowszego albumu. Czy singiel „Wilk z Rapstreet” idealnie opisuje Twoje obecne miejsce w hip-hopie?
Tak, to utwór o starym wilku, który obserwuje młodzież szukającą swojej drogi. To refleksja nad rolą rodzica, który musi pozwolić dzieciom popełniać własne błędy, uczyć się na nich i przyjmować konsekwencje. To trudne, ale konieczne, żeby mogły dorosnąć i stać się samodzielne.
Na nowej płycie jest mocny numer „Tatada”, w którym opowiadasz o relacji z ojcem i o jego śmierci. Czy można powiedzieć, że ten numer to pewnego rodzaju forma terapii?
Nie tylko ja miałem coś do powiedzenia na ten temat. Razem z Deepem i Bobikiem, którzy również noszą w sobie swoje historie związane z ojcami, stworzyliśmy utwór, który opisuje całkowicie różne historie i relację z nimi. Wierzę, że wielu słuchaczy odnajdzie w tym utworze cząstkę siebie, a może nawet pomoże im to uporać się z własnymi przeżyciami. Gdy w życiu pojawia się jakieś doświadczenie, to rap jest po to, by przekazać je dalej.
Na wcześniejszych płytach nagrałeś również utwory dla swoich dzieci oraz żony. Twoja rodzina wydaje się być dla Ciebie ważnym źródłem inspiracji.
Hip-hop, jak go rozumiem, zawsze był dla mnie sposobem na wyrażanie osobistych doświadczeń i dzielenie się nimi ze słuchaczami. To, co przeżywasz, o czym możesz szczerze opowiedzieć – stanowi esencję tej muzyki. Będąc autentycznym, dotykam różnych aspektów życia, a rodzina, jako jego ważny element, naturalnie znajduje swoje miejsce w moich tekstach. Niezależnie od tego, czy są to „laurki dla dzieciaków”, czy utwory o trudnych relacjach damsko-męskich jak „Kastet”, staram się przekazać prawdziwe emocje, bez lukrowania rzeczywistości. Prawdziwa miłość, to nie ciągłe motylki w brzuchu i tęcza na niebie, są różne etapy i trudności i trzeba je przewalczyć, ale razem jesteśmy i potrafimy być silni jak ten kastet. Jak coś czujesz i jesteś raperem, to jesteś w stanie o tym opowiedzieć. Wiele osób może się z tym identyfikować, przeżyć, przemyśleć, odnieść do własnego życia. O to chodzi, to jest dla mnie normalne. Czasami smutek bywa silniejszym bodźcem do tworzenia, ale inspirację czerpię również z radosnych chwil i pozytywnych doświadczeń. To właśnie autentyczność i szczerość w przekazywaniu emocji sprawia, że moja muzyka rezonuje z ludźmi. To jak dziennik, w którym zapisuję swoje przeżycia i przemyślenia.
Jak Twoja rodzina odbiera Twoją twórczość?
Moje dzieci są jeszcze małe, więc nie słuchają zbyt wiele. Traktują moją muzykę raczej jako hobby, coś, co robię w wolnym czasie. Dla mojej żony to po prostu element naszego życia, który istnieje od wielu lat. Jest przyzwyczajona do tego, że tworzę muzykę i wspiera mnie w tym. Nie analizujemy razem moich tekstów, ani nie rozmawiamy o nich zbyt często. To po prostu część mnie, którą ona akceptuje i szanuje.
Na płycie jest też luźny numer „Szynszyl”, pełen zabawy słowem i niepoprawnej polszczyzny.
Inspiracją była muzyka DJa Dusta, która narzuciła trochę tematykę. Tak powstał pomysł na utwór o relaksie, o odpoczynku od pędzącego świata, o tym „cheat meal’u” dla duszy, kiedy pozwalamy sobie na chwilę zapomnienia i robimy wszystko, co „niezdrowe”. A autentyczna pomyłka językowa – „szynszyl” zamiast „szynszyla” – stała się takim „backstory”, które obudowuje treść. To pokazuje, że nawet w błędach i niedoskonałościach można znaleźć coś ciekawego i inspirującego, a nawet zbudować na tym cały numer.
Okładka płyty nawiązuje ewidentnie do albumu „Doggystyle” Snoop’a. Opowiedz więcej o tej grafice.
To hołd dla czasów, które kojarzą mi się z tym albumem. To był okres, kiedy hip-hop był dla mnie wszystkim, a „Doggystyle” był jednym z moich ulubionych albumów. Chciałem, żeby okładka mojej płyty była zabawna, kolorowa i wywoływała pozytywne skojarzenia, zarówno u mnie, jak i u słuchaczy. To taki powrót do korzeni, do czasów, kiedy fajna muzyka zazębiała się z fajnymi czasami. Temu zadaniu sprostał Adam Wasiewicz, zdolny grafik, z którym miałem przyjemność współpracować. Adam świetnie uchwycił ten klimat i stworzył okładkę, która idealnie oddaje charakter mojej płyty.
Przez cały wrzesień, co tydzień w poniedziałek, wrzucałeś do sieci nowy klip. Skąd pomysł na taką formę promocji?
U mnie ta forma wynikła z tego, że po prostu tak się złożyły terminy. Wcześniej nie miałem gotowych klipów, a nie chciałem przeciągać premiery w nieskończoność. Miałem czas do końca września, bo w październiku ruszają wysyłki, więc trzeba było działać szybko.
Miałem szczęście, że mam wielu znajomych i przyjaciół, którzy zajmują się filmowaniem, część z nich nawet komercyjnie. Dla nich to była miła odskocznia, zrobić coś artystycznego, dać swoje know-how i sprzęt, żeby zrobić coś dla mnie w budżetach dużo niższych niż rynkowe. I tym razem też tak zrobiliśmy. Mieliśmy super sprzęt od firmy Cinescope, Marcin Pałaszyński podzielił się swoją wiedzą, a realizacją zajął się Grzegorz Prałat, który też jest raperem, znany jako Bobson. Zrobiliśmy bardzo fajne teledyski i daliśmy je ludziom. Gdybym nie miał klipów, to byłyby jakieś odsłuchy na YouTube, grafika czy animacja plus digital i tyle.
Ruszacie z nowym albumem w trasę po kraju, ale i również z setem ze starszych płyt. Do tego na koncercie będzie dostępny jeszcze mixtape autorstwa DJ Soiny. Co to za materiał i jak doszło do tej niecodziennej współpracy z Maciejem?
Firma KMV Dj’a Soiny zajmuje się bukowaniem nam koncertów. Padł pomysł na bilet kolekcjonerski, a że nie przyszłoby mi do głowy, żeby dawać ludziom kawałek kartonika ze zdjęciem, to postanowiłem zrobić taki bilet w formie mixtape’u. I takie coś stowrzył Dj Soina oraz Gruby Bounce. Niesamowity materiał, który będzie w formie CD pamiątką po koncercie i nigdy nie będzie w sprzedaży. I taki bilet VIP to rozumiem.
Ok, wyjaśnijmy jeszcze coś. Rozmawialiśmy już o rozgraniczeniu Pięć Dwa i 52 Dębiec. Masz jeszcze inny solowy projekt – Hans Solo. Cym w sadzie one się różnią między sobą?
52 Dębiec to konserwatywny, konsekwentny hip-hop, bez eksperymentów i eklektyzmu. Skupiam się na rapowaniu i przekazie, wracając do podstaw tego gatunku, do tego co prezentowałem na albumie PŃ VI.
Hans Solo to z kolei projekty, w których pozwalam sobie na więcej swobody i eksperymentów. Na tych płytach znajdziesz elementy reggae, różne klimaty i muzyczne wycieczki. To przestrzeń do twórczych poszukiwań i przekraczania granic gatunku. To jakby dwie strony mojej muzycznej osobowości – jedna bardziej klasyczna i ugruntowana, druga otwarta na nowe dźwięki i inspiracje.
Na koniec mam dwa pytania od fana z Q&A. Co dalej z Pięć Dwa i Twoją współpracą z Deepem? Macie coś w planach? (Pytania od Pawelll)
To pytanie, które często gdzieś pada. Szczerze mówiąc, przyszłość Pięć Dwa leży teraz w rękach Deepa. Okoliczności i proza życia sprawiała, że Deep sukcesywnie ograniczał swoje zaangażowanie w zespół, a ja nie chcę już mieć poczucie, że sam ciągnę ten wózek. Aktualnie Deep nagrywa projekty, które mają zapoczątkować prace nad nowym Pięć Dwa.
A co Waszym projektem Statler i Waldorf?
W momencie, kiedy skończymy nową płytą Pięć Dwa, Statler i Waldorf będą takim fajnym dodatkiem do preorderu. Mamy już nawet gotową okładkę, więc wszystko idzie w dobrym kierunku. Po prostu trzeba trochę cierpliwości, a na pewno się doczekacie!