Poznański zespół indie rockowy Terrific Sunday po 5 latach wraca na scenę. „Muzyczne jesieniary”, jak to sami się określili, zapowiadają album pt. „Wzloty bez upadków”, który ukarz się na początku października. Naszą rozmowę skupiliśmy głównie na nowym wydawnictwie, ale porozmawialiśmy również m.in. o wypłynięciu na szerokie wody, bezpiecznych miejscach czy wygniecionych pocztówkach.
Powrót po 5 latach jako Terrific Sunday, jakie to uczucie znowu razem wydawać?
Jesteśmy perfekcjonistami (to i dobrze, i źle), dlatego tyle to czasu u nas zajmuje. Mimo, że na demo tej płyty już 4 lata temu mieliśmy z 20 utworów, długo i intensywnie pracowaliśmy nad finalną dziesiątką. Włożyliśmy w tę płytę dużo serca, emocji, krwi i potu. To piękne uczucie wydawać płytę – to tzw. highlight naszych żyć.
Kilka lat temu w jednym z wywiadów wspomnieliście o wypłynięciu na szerokie wody. Czy wraz z nadchodzącym albumem udało się Wam to?
Właściwie to dokładnie na odwrót – zawróciliśmy do portu i rozgościliśmy się w domu – na polskim rynku muzycznym. Podjęliśmy decyzję o zrobieniu albumu w całości rodzimym języku. Ale uważamy to za dobry ruch. Płyta jest bardzo autentyczna i łatwo się z nią utożsamić.
Utwór „Wyjeżdżam” swoim klimatem przygotowuje nas na nadchodzącą jesień. Nawiązujecie w nim do bezpiecznego miejsca. Jakie to miejsce dla każdego z Was? Dokąd chcielibyście uciec?
Jesteśmy muzycznymi jesieniarami. Zawsze gdzieś pomiędzy rockowo-dance’ową energią a lamentami okrzesanymi anielskimi wokalami znajdziemy miejsce na klimat, który od razu przywołuje na myśl zamglone, chłodne, piękne poranki. Ten numer jest kwintesencją „nowego” Terrific Sunday – powolny, ale potężny groove perkusji i basu tworzy mroczną atmosferę, jednak tekst i oniryczny saksofon napełniają go nadzieją i poczuciem oswobodzenia. Niczym powrót do ciepłego domu pod kocyk po nieciekawym spacerze w mroźnym deszczu.
Stefan, zawsze, gdy chce uciec, jeździ do Ośrodka Wypoczynkowego Regle – odosobnionego, przepięknego miejsca w Kotlinie Kłodzkiej, zaraz przy granicy czeskiej, gdzie nie ma zasięgu – za to jest cisza, zwierzęta, lasy i piękny ośrodek otoczony zielenią i rzekami. Ośrodek prowadzi rodzina Stefana i nasi dobrzy znajomi. Nagraliśmy tam, w górach — w tym ośrodku — wiele utworów.
Piotr jeździ nad morze. To jedyne miejsce, które jest w stanie zresetować mu głowę. Wielki bezkres sprawia, że nagle wszystkie problemy stają się malutkie. Najlepiej, żeby wiało, to od razu można popływać na desce windsufringowej.
Artur z kolei ostatnim czasem cieszy się, kiedy może po prostu wrócić do domu, do rodziny i wspólnie z nimi spędzać czas.
Michał Bąk oraz Kamil Durski pracowali z Wami nad numerami. Jak ta współpraca wyglądała? Czy możemy się spodziewać również innych artystów na nowym albumie?
Chcieliśmy koniecznie mieć dziwny, oniryczny saksofon na płycie. Michał Bąk to był dla nas najlepszy wybór – to nasz kolega, jeździliśmy kiedyś wspólnie na koncerty. Jest niesamowicie utalentowany – pewnej nocy, po jego koncercie z zespołem happysad przyjechał do nas na salkę w środku nocy i z marszu zagrał takie partie, że zmienił totalnie oblicze piosenki „Wyjeżdżam” i utworu zamykającego naszą płytę. Ta noc na długo zostanie w naszej pamięci.
Kamil Durski przyszedł nam z pomocą, kiedy Piotr, ustanawiając sobie za cel napisanie wszystkich tekstów na płytę po polsku, zderzył się z blokadą twórczą – wiedzieliśmy dobrze, że Kamil świetnie sobie radzi na tym polu, a współprace z innymi muzykami otwierają głowę i pozwalają na wpuszczenie do zespołu trochę świeżości.
Na albumie znajdą się jeszcze kolaboracje tekstowe ze świetnymi osobami – Michałem Wiraszko oraz Patrykiem Pietrzakiem!
Piotrze, o utworze „Mów Tak” powiedziałeś, że jest jak „wygnieciona pocztówka znaleziona na dnie szuflady”. Jakie miejsce przedstawia dla Was ta pocztówka? Jakie wspomnienia w Was wzbudza?
Akurat ten utwór bardzo mi się kojarzy z kalifornijskim słońcem w okolicach 2010’s. Śmialiśmy się, robiąc ten utwór (mieliśmy przy tym bardzo dużo funu), że gdyby wyszedł on w 2011 roku, prawdopodobnie bylibyśmy gigantami muzyki indie. Stąd też jest to pocztówka raczej z tego okresu. Jako dzieciaki słuchaliśmy wszyscy podobnej muzyki.
„Wzloty bez upadków” wprawiają słuchacza w tajemniczy, nostalgiczny nastrój. Poruszają ważny temat wychodzenia z depresji, zmiany, która zachodzi wtedy w człowieku. Myślę, że to niezwykle ważny temat, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Możecie powiedzieć coś więcej o tym utworze?
Według nas to najważniejszy i najlepszy utwór, jaki kiedykolwiek stworzyliśmy. Chyba też najprawdziwszy, najbardziej oryginalny. To zapis tego, co dzieje się w głowie osoby w trakcie depresji i podczas wychodzenia z niej – przypomnienie, że nie trzeba być w tym samemu oraz to, że na końcu tego mrocznego tunelu jest światło. Temat bardzo ważny. Cieszy nas to, że ludzie znajdują w tej piosence ukojenie, i że w polskiej muzyce też widać tendencję podejmowania dyskusji w tej kwestii, która jeszcze do niedawna wydawała się pozostawać tematem tabu.
Wasz nowy album kryje w sobie wiele nowych brzmień. Poprzez dźwięki saksofonu, zabawę syntezatorami, bębny i gitarowe riffy. Jaką muzyczną odsłonę chcieliście na nim pokazać?
Pamiętamy naszą rozmowę o „kierunku artystycznym”, który mieliśmy spróbować spójnie podjąć po wydaniu poprzedniego albumu. W celu eksploracji nowych pól dźwiękowych chcieliśmy odstawić gitary i spróbować przekazać emocje muzyczne w sposób bardziej autentyczny. Pierwsze się nie udało (i całe szczęście!), ponieważ nie będziemy na siłę nie grać na gitarach! Kochamy to i zawsze to właśnie te instrumenty pomagały nam w przekazywaniu tego, co chcemy. Natomiast rozwinęliśmy swój muzyczny arsenał, spróbowaliśmy śpiewania w nowy sposób (Stefan śpiewa dużo na płycie), nie powstrzymywaliśmy się też z używaniem brzmień, których dotychczas się baliśmy, a teraz po prostu wydawały się zgodne z nami samymi.
Graliście na dużych scenach, dużych festiwalach. Który koncert wspominacie najlepiej?
Zdecydowanie występ na Main Stage Open’er 2016. Pierwszy slot, godzina ok. 16:30, pełne słońce i my dający z siebie absolutnie wszystko w stresie razy milion, przed naprawdę sporą publicznością – na scenie, pod którą przychodziliśmy sami od wielu lat słuchać Arctic Monkeys, Queens of the Stone Age, Radiohead, Blur, HAIM i wielu innych.
Czy jest jakiś numer na albumie, który najbardziej Was poruszył, zaangażował emocjonalnie?
Na pewno wspomniany już „Wzloty bez Upadków”. Trzeba było wejść głęboko w swoje emocje. Dlatego wyszedł nam najlepszy i najprawdziwszy utwór ever. Dlatego nazwaliśmy tak całą płytę. „Wzloty bez Upadków” – tego życzymy sobie i swoim słuchaczom.
Możemy spodziewać się trasy koncertowej?
Koncerty gramy rzadko, ale kiedy je gramy, gramy tak „jakby to był nasz ostatni koncert”. Zaraz po wydaniu płyty zagramy cztery ekskluzywne koncerty, a nieco więcej szykujemy na wiosnę.